Prolog

5 2 0
                                        

Wybiegłem z domu w pośpiechu, jak tydzień temu, jak miesiąc temu. Właściwie można  to nazwać moją rutyną. Do szkoły wszedłem z impetem, a wzrok pierwszaków od razu skierował się wprost na mnie. Szepnęli coś między sobą, inni się zaśmiali, gdy podeszła do mnie pani dyrektor wolnym, ale nie lada eleganckim krokiem.

Zatrzymałem się. Serce zabiło mi szybciej, a lekkie wahanie w oczach, które próbowałem ukryć, zdradzało mnie. Podobnie jak moje spodnie od piżamy, których widocznie nie zdążyłem przebrać.         

Starsza kobieta przeskanowała mnie wzrokiem. Założyła ręce na piersi i machnęła w stronę swojego gabinetu, który budził strach wśród uczniów. Powolnym krokiem ruszyłem pierwszy i stanąłem oparty o ścianę, nie siląc się nawet na to, by usiąść przy biurku.

Dyrektorka czekała, aż coś powiem i może zacznę się tłumaczyć, lecz widząc, że nie mam nic do powiedzenia, klasnęła w ręce.

- Brawo, Josten - zaczęła zachrypniętym głosem. - Testowałeś moją cierpliwość na wszelkie sposoby. Teraz moja kolej przetestować twoją.

Dokończyła z tym swoim pewnym siebie uśmiechem. Powstrzymałem się od przewrócenia oczami. Mówiła tak od lat.

Gdy miałem dziewięć lat i grałem w zbijaka z kolegą z klasy, przypadkiem wybiłem szybę, a przy okazji rozbiłem jej ulubiony kubek, do którego nalała sobie ulubionej, gorącej kawy. Mówiła też tak, gdy jako ośmiolatek stale kradłem zabawki z szafek oraz z plecaków moich kolegów z klasy.

Kątem oka zauważyłem, jak łapie za telefon i do kogoś dzwoni. Próbowałem zrozumieć rozmowę, jednak słyszałem tylko urwane zdania, które wypowiadała. Po niecałych dziesięciu minutach kobieta odłożyła telefon i uśmiechnęła się do mnie niby ciepło, jednak jej uśmiech był nieszczery.

- Pan Everettl wyraził zgodę, byś był u niego wolontariuszem.

Na samo nazwisko zastygłem, mimo że przez całe spotkanie przebierałem nogami, obgryzałem paznokcie i, w skrócie, robiłem wszystko, byle jak najmniej uczestniczyć w rozmowie.

Noah Everettl był właścicielem schroniska. Dziwnym typem, którego rzadko widywałem poza schroniskiem. Ludzie mało o nim wiedzieli. Mówili, że jest spokojny, zawsze na klatce mówi „dzień dobry" i nie szuka problemów.

Część mnie już pisała testament, a druga modliła się, by to był nieśmieszny żart panny Willson.

- Pani nie może mówić poważnie? Ja z bezpańskimi kundlami i tym dziwolągiem?

Dyrektorka powoli pokiwała głową.

- Zgadza się. Miejmy nadzieję, że to nauczy cię trochę dyscypliny i szacunku do czasu oraz innych ludzi. Nie jesteś sam na tej planecie. - Uśmiechnęła  się, tak jakby rozwiązła problem światowy, a nie skazała rozwydrzonego dzieciaka na udrękę.

Between You and MeStories to obsess over. Discover now