Rozdział 1

372 9 1
                                        

Dla mnie życie w ciągłym biegu nie jest wyborem — to styl życia.

Kubek kawy w jednej ręce, teczki w drugiej, a pomiędzy tym desperacka próba niezapodziania samej siebie. Oczywiście w mojej głowie wszystko wygląda elegancko i profesjonalnie.

W rzeczywistości prawdopodobnie przypominam kobietę, która właśnie przegrała bójkę z biurową logistyką.

Nazywam się Nicole Hogg i jestem drugą asystentką Cole'a Harringtona — prezesa oraz założyciela Harrington Enterprise. Brzmi imponująco, prawda?

W praktyce oznacza to tyle, że każdego dnia uczę się sztuki przetrwania w świecie, gdzie kawa jest walutą, a kalendarz mojego szefa wygląda jak plan przejęcia małego kraju.

Przyspieszam kroku, starając się za wszelką cenę nie stukać obcasami o marmurową posadzkę. W teorii wygląda to jak profesjonalny pośpiech.

W praktyce? Jak cicha próba prześlizgnięcia się przez biuro niezauważoną.

W oddali słyszę głos Marie:

— Nicole, łap!

Nawet nie muszę się odwracać, żeby wiedzieć, że się uśmiecha. Tym swoim słodkim uśmiechem, który nigdy nie oznacza niczego dobrego.

Marie jest pierwszą asystentką pana Harringtona. Oficjalnie: prawa ręka prezesa. Nieoficjalnie: kobieta, która z chirurgiczną precyzją potrafi przerzucić na mnie każde zadanie, którego sama nie chce tknąć.

— To dla ciebie! — dodaje radośnie, jakby wręczała mi bukiet kwiatów, a nie dodatkowe trzy godziny roboty.

Uśmiecham się pod nosem i poprawiam teczki w ramionach.

W Harrington Enterprise nie istnieje coś takiego jak „niczyje zadanie". Są tylko zadania, które jeszcze nie znalazły właściciela. A Marie ma wyjątkowy talent do pomagania im w odnalezieniu mnie. Nie czeka nawet sekundy dłużej. Rusza pewnym krokiem prosto do smoczej jamy, czyli biura pana Harringtona. Znikanie za tymi drzwiami zawsze wygląda tak samo. Jak wejście na własną odpowiedzialność, bez gwarancji przeżycia.

Wślizguję się do środka dokładnie sekundę przed zamknięciem drzwi. I natychmiast tego żałuję. Bo widok Cole'a Harringtona w wersji zdecydowanie mniej „prezes korporacji", a bardziej „powód licznych pozwów o rozproszenie w miejscu pracy", sprawia, że mój mózg dramatycznie zawiesza system.

Stoi tam kompletnie niezgodnie z moim planem dnia. A ja zastygam w progu jak pracownik, który przypadkiem kliknął folder oznaczony: zdecydowanienie powinieneś tego oglądać w godzinach pracy.

Szef biegnie na bieżni bez koszulki, jakby to była absolutnie normalna część korporacyjnego poranka. Krople potu spływają po jego klatce piersiowej i mięśniach brzucha, a mój mózg podejmuje bardzo profesjonalną decyzję o natychmiastowym opuszczeniu czatu. Fantastycznie. Naprawdę fantastycznie. Bo oczywiście zamiast raportów, Excela i cierpienia psychicznego dostaję nagle... to. Widok, który absolutnie nie powinien być częścią mojego zakresu obowiązków. A jednak. Nie mogę przestać patrzeć.

Łał. Nic dziwnego, że brukowce nazywają go „skarbem, którego pożądają wszystkie kobiety na Manhattanie". Szkoda tylko, że najwyraźniej zapomnieli dodać dopisek: „i źródłem nieustannego problemu dla jego asystentek". Kiedy kropla potu spływa niżej, znikając pod gumą od spodni dresowych, mój mózg na chwilę odmawia współpracy. A mój kubek z kawą? Prawie podejmuje decyzję o ucieczce z moich rąk. Łapię go w ostatniej sekundzie, udając, że absolutnie nie wydarzyło się nic, co mogłoby zakłócić moją zawodową godność.

Łał. To trochę niestosowne. Zdecydowanie więcej pana Harringtona, niż chciałam oglądać o tej porze dnia. Zwłaszcza rano, kiedy mój mózg nie zdążył jeszcze przełączyć się w tryb „profesjonalna asystentka" i nadal działa głównie na kofeinie, stresie i pytaniu: dlaczegoja właściwie żyję?

Zwolnij, zanim sie zakochamStories to obsess over. Discover now