Przetarłam zmęczone oczy, które wpatrywały się w rażące światło monitora. Pisanie długich, monotonnych maili, nie należało do ulubionych zajęć. Wolałam bezpośredni kontakt z klientem. Mogłam z mowy ciała wyczytać czego pragnie, co mu się podoba, a co należy zmienić.
To był wyjątkowo ciężki dzień - Walentynki. I nie dlatego, że od kilku lat spędzam je w samotności, z pudełkiem lodów i nędznym romansidłem, ale dlatego, że z niewiadomych mi powodów bogata klientela akurat w ten dzień pragnęła oglądać nieruchomości, chcąc zrobić swoim lubym niespodzianki. Jakby bukiet kwiatów i czekoladki nie wystarczyły. Tak czy inaczej mój terminarz pękał dziś w szwach.
Po wszystkich prezentacjach jako jedyna wróciłam do biura. Katie i Alan po spotkaniach z ostatnimi klientami wracali od razu do domów świętować ze swoimi połówkami. Nie przeszkadzało mi to. Dopóki dobrze wykonywali swoją robotę i sprzedawali dla mnie luksusowe posiadłości, nie mieli sztywnego grafiku. Często bywało tak, że w biurze zjawiali się na chwilę, by domknąć jakieś transakcje. Jedyną osobą, która przebywała w agencji osiem godzin dziennie była Mary - sekretarka, bez której to by nie funkcjonowało. Nigdy nie wymagałam od niej niczego poza umawianiem terminów z klientami, odbierania telefonów i dbania by zawsze była kawa, ale ona była niezastąpiona i nigdy nie słyszałam żeby marudziła a powodów miała wiele. Rok przed zatrudnieniem się u mnie straciła w wypadku samochodowym osiemnastoletnią córkę, a zaledwie dwa lata po tamtej tragedii jej mąż dostał wylewu i do dziś wymaga praktycznie całodobowej opieki.
- Jesteś pewna, że nie chcesz żebym została dłużej? - spytała, zerkając na mnie zza okularów.
- Nie. - Pokręciłam głową na dowód swych słów. - Wracaj do męża. Ja też zaraz wychodzę.
- W takim razie do jutra. - Uśmiechnęła się, ale w tym geście widoczny był smutek.
I doskonale rozumiałam dlaczego. Wielokrotnie opowiadała nam, jak jej mąż w każde Walentynki wręczał jej jedną czerwoną różę, zabierał do chińskiej knajpki, gdzie się poznali i jedli ramen. Teraz to Mary wracając do domu kupuje mu jedną czerwoną różę i ramen na wynos, który je sama, czuwając przy jego łóżku.
- Do jutra, Mary.
Wysłałam ostatniego maila, kończąc pracę. Chwyciłam telefon, leżący na blacie i wsunęłam go do tylnej kieszeni spodni. Zarzuciłam na ramiona lekką marynarkę, spodziewając się chłodu znad oceanu.
Zimy w Los Angeles bywają łagodne. Przypominają wręcz wiosnę, jednak wieczorami warto zabezpieczyć się jakimś okryciem wierzchnim.
Zerknęłam za witrynę biura. Na zewnątrz było jeszcze jasno, co niezwykle mnie cieszyło. Byłam zmęczona, ale nie na tyle by wracać do pustego mieszkania. Postanowiłam przejść się bulwarem i zaczerpnąć świeżego powietrza. Wyciągnęłam z torebki klucze od lokalu, zgasiłam światło i wyszłam. Wkładając właściwy klucz do zamka, ktoś na mnie wpadł, chwycił zza mnie za klamkę i nim zorientowałam się w sytuacji, wpadliśmy z impetem do środka. Usłyszałam charakterystyczny dźwięk zamykanych drzwi. Chciałam zaprotestować, ale napastnik położył dłoń na moich ustach i przyciągnął do siebie, nie dając mi możliwości odwrócenia się i spojrzenia na niego.
Mam przejebane - ta myśl była jak mentalny policzek.
Mogłam być ostrożniejsza, choć z drugiej strony kto by się spodziewał. Z pewnością nie ja.
Napastnik zaczął na mnie napierać, zmuszając bym ruszyła przed siebie. Przerażona spojrzałam na ladę za którą przeważnie siedziała Mary. Kasa! Byłam już pewna, że to napad, na szczęście bez broni w ręku. Póki co. Tylko, że nie trzymalismy tu gotówki. Napastnik musiał się pomylić i wziąć Openhouse za lokal usługowy.
YOU ARE READING
Only One Shot
ActionKiedy trzydziestolenia Alison Hoover napotyka na swojej drodze Jin-Woo Fushiguro, jej dotąd poukładany świat staje na głowie. Zalewa ją fala chaosu, brutalnych zagrywek, kłamstw i bólu, z którego wydaje się nie być ucieczki. Każda decyzja jaką pod...
