Ostatni dzień

4 0 0
                                        

W chatce panował jeszcze szary, chłodny półmrok. Dziewczynka usiadła na swoim sienniku i rozejrzała się. Ojciec spał na plecach, matka wtulona w jego ramię, a brat Kaelan zwinięty w kłębek przy ścianie. Wszyscy oddychali spokojnie i głęboko.
Mira miała sześć lat, długie, prawie białe włosy i jasnozielone oczy. Na nosie i policzkach nosiła drobne piegi. Wstała cicho, narzuciła tunikę i wsunęła stopy w za duże buty ojca. Otworzyła skrzypiące drzwi i wyszła na zewnątrz.
Usiadła na starym pniu niedaleko chatki, podciągnęła kolana pod brodę i objęła je rękami. Lubiła te poranne chwile, kiedy cały świat jeszcze spał. Tylko ona, las i ptaki.
Po jakimś czasie wróciła do środka. Matka już krzątała się przy palenisku.
– Znowu pierwsza na nogach? – zapytała z uśmiechem, krojąc marchewki.
– Nie mogłam spać – mruknęła Mira.
W tym momencie podniósł się ojciec, Elar. Wysoki, szczupły, z długimi ciemnymi włosami związanymi z tyłu i starą blizną na policzku. Zerknął na łuk oparty o ścianę.
– Idę na polowanie. Wezmę Kaelana.
Brat Miry poderwał się od razu, wyraźnie zadowolony. Mira poczuła ukłucie w piersi.
– A ja? – zapytała szybko. – Weźmiesz mnie tym razem?
Elar pokręcił głową i pogłaskał ją po białych włosach.
– Jeszcze za mała jesteś, córeczko. Zostajesz z mamą i pomagasz.
Mira zacisnęła usta, ale nic nie powiedziała. Patrzyła, jak ojciec i brat zabierają łuki i wychodzą z chatki.
Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, usiadła przy stole i zaczęła pomagać matce. Obierała marchewki ostrym nożem, robiła to mocno i niechlujnie, widać było że robi to w złości.
– Dlaczego ja nigdy nie mogę? – wypaliła w końcu. – Kaelan może, a ja ciągle siedzę w tej samej chatce i na tej samej polanie. Nic innego nie znam.
Matka westchnęła i odłożyła nóż.
– Las jest niebezpieczny, Mira. Ale nie tylko zwierzęta. Czasem można spotkać ludzi... A ludzie nie lubią elfów.
– Dlaczego? – Mira uniosła głowę. – Tylko dlatego, że mamy spiczaste uszy? A moje włosy... nikt nawet nie wie, skąd się wzięły takie białe. To nie jest normalne, prawda?
Matka spojrzała na nią smutno.
– Nie wiem, córeczko. Może boją się tego, co inne. Może po prostu lubią czuć się lepsi. Dlatego żyjemy tutaj, z dala od wszystkich.
Mira nie odpowiedziała. W głowie kołatało jej tylko jedno: To nie w porządku.
Resztę ranka spędziły w ciszy. Mira nosiła wodę, zbierała chrust i karmiła króliki. Pracowała, ale była zła.
Tuż przed południem wrócił ojciec z bratem. Elar niósł dwa dorodne zające, a Kaelan uśmiechał się od ucha do ucha. Matka od razu zabrała się do pieczenia mięsa. W chatce zapachniało ziołami i dymem.
Przy stole Mira nie wytrzymała. Kiedy wszyscy jedli, powiedziała cicho, ale uparcie:
– Tato... proszę. Weź mnie następnym razem. Obiecuję, że będę cicho i nie będę przeszkadzać.
Elar westchnął, odłożył kawałek mięsa i spojrzał na nią. Widział te zielone oczy pełne nadziei i złości jednocześnie.
– Dobrze – powiedział w końcu. – Na twoje następne urodziny. Za cztery miesiące. To będzie twój prezent. Wezmę cię na pierwsze polowanie.
Mira rozpromieniła się, ale tylko na chwilę. Zaraz potem zmarszczyła brwi.
– Cztery miesiące? – mruknęła. – To strasznie długo...
– Cierpliwości, mała – uśmiechnął się ojciec. – Czas szybko minie.
Mira kiwnęła głową, ale w środku aż się gotowała. Cztery miesiące. To cała wieczność. Nie chciała czekać. Chciała pokazać już teraz, że jest gotowa.
Po kolacji, kiedy w chatce zrobiło się ciepło i pachniało pieczonym mięsem, ojciec jak zwykle usiadł przy ścianie. Mira, Kaelan i matka przysunęli się bliżej.
– Opowiedz coś – poprosił Kaelan.
Elar uśmiechnął się i zaczął niskim, spokojnym głosem opowiadać o Czarnym Smoku z Gór. Mira próbowała słuchać. Naprawdę. Ale co chwilę wracała myślami do obietnicy ojca. Cztery miesiące. To strasznie długo. Nie chciała czekać.
Kiedy historia się skończyła, matka zgasiła ogień. Wszyscy położyli się spać. Mira długo jeszcze patrzyła w sufit, zaciskając palce na kocu.
Następnego ranka obudziła się pierwsza.
W chatce panowała zupełna cisza. Ojciec chrapał, matka spała spokojnie, a Kaelan leżał zwinięty w kłębek. Mira serce waliło jej mocno. Miała plan.
Wstała bardzo powoli, ubrała się najciszej jak umiała i podeszła do kąta, gdzie stał łuk ojca i kołczan. Łuk był dla niej zdecydowanie za duży, ale Mira zacisnęła zęby. Dam radę. Zarzuciła ciężki kołczan na ramię i wymknęła się tylnymi drzwiami.
Las był chłodny i wilgotny. Mira ruszyła dobrze znaną ścieżką, rozglądając się uważnie. Chciała upolować coś sama i wrócić z dumą do chatki, zanim ktokolwiek się obudzi.
Szła długo. W końcu dostrzegła młodą sarnę stojącą przy małej polance. Serce podskoczyło jej w piersi. Dziewczynka przykucnęła za krzakiem i sięgnęła po strzałę. Kiedy jednak próbowała ją wyjąć, cały ciężki kołczan zsunął się z jej ramienia. Kilka strzał wypadło z głośnym stukotem na ziemię.
Sarna poderwała głowę i jednym susem zniknęła w gęstwinie.
Mira zaklęła cicho pod nosem.
Wtedy usłyszała głosy. Męskie, zasapane, jakby ktoś biegł.
Zaciekawiona podkradła się bliżej, kryjąc się za pniem starego drzewa. Trzech mężczyzn stało na małej polance kilka metrów dalej. Byli brudni, zarośnięci i wyraźnie zmęczeni. Jeden opierał się o drzewo, drugi rozmasowywał sobie nogę.
– Kurwa... myślicie, że królewscy nadal nas ścigają? – sapnął ten najniższy. – Uciekamy już dwa dni.
– Na pewno – odparł wyższy. – Za próbę zabicia króla łatwo nie odpuszczą. Musimy dotrzeć do granicy i uciec do innego królestwa. Tutaj nas w końcu dopadną.
Mira wstrzymała oddech. Zabicia króla? To brzmiało strasznie. Chciała usłyszeć więcej.
Przesunęła się trochę bliżej... i nadeptała na suchą gałązkę.
Trzask poniósł się po lesie jak strzał.
Trzej mężczyźni odwrócili głowy jednocześnie.
– O kurwa... patrzcie! – powiedział ten najwyższy. – Mała elfka!
Mira poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Odwróciła się i rzuciła do ucieczki.
– Łapcie ją! – ryknął ktoś za nią. – Za nią, chłopaki! Sama w lesie... na pewno zna jakąś kryjówkę!
Dziewczynka pędziła ile sił w nogach. Gałęzie smagały ją po twarzy i rękach. Serce waliło jej tak mocno, że prawie nic nie słyszała poza własnym oddechem i tupotem nóg za plecami.
– Stój, elfico!
– Nie uciekniesz!
Mira biegła prosto w stronę chatki. Łzy napłynęły jej do oczu.
Dom. Muszę do domu.
Mira pędziła ile sił w nogach. Gałęzie chłostały ją po twarzy, serce waliło jak oszalałe. Już widziała polanę i zarys chatki.
Wypadła spomiędzy krzaków, krzycząc:
– Tato!!!
Elar stał przed chatką z siekierą w ręku. Na jej widok twarz mu stężała.
– Mira! Co ty tu robisz?! Mówiłem, że masz...
Nie dokończył.
Z lasu wypadli trzej bandyci. Ten najwyższy złapał Mirę za ramię tak mocno, że aż krzyknęła.
Elar rzucił się naprzód z siekierą. Uderzył raz – niezgrabnie. Bandyta uniknął ciosu i wbił mu nóż w brzuch. Ojciec zacharczał, upadł na kolana i osunął się na ziemię.
– Tato... – wyszeptała Mira.
Drzwi chatki otworzyły się z hukiem. Wybiegła matka z nożem kuchennym, a za nią Kaelan.
Dwóch bandytów rzuciło się na nich. Kaelan stanął przed matką, ale pierwszy cios miecza powalił go na ziemię. Drugi skończył sprawę.
Matkę powalili na trawę. Zerwali z niej ubranie i gwałcili ją na oczach Miry – brutalnie, po kolei, śmiejąc się i przeklinając. Matka krzyczała, błagała, walczyła, aż w końcu jej głos zamienił się w ciche, zduszone jęki.
– Nie... przepraszam... to moja wina... – Mira ledwo wydobywała z siebie słowa. Cała drżała. – Mamo... przepraszam...
Bandyta trzymający Mirę zaśmiał się prosto w jej ucho.
– Tak, mała. To twoja wina. Patrz dokładnie, co narobiłaś.
Kiedy skończyli, jeden z nich poderżnął matce gardło. Ciało znieruchomiało w kałuży krwi.
Trzeci bandyta podszedł bliżej i uśmiechnął się szeroko.
– A może tę małą weźmiemy ze sobą? Będzie nam służyć.
– Nie mamy czasu – warknął ten, który trzymał Mirę. – Zabijmy ją i spadamy.
– Eee, chwila... – Ten pierwszy wyciągnął zakrwawiony nóż. – Najpierw pozbądźmy się tych paskudnych elfich uszu.
Mira próbowała się szarpać, ale była za słaba. Bandyta chwycił ją za prawe ucho, mocno odciągnął i jednym brutalnym cięciem odrąbał je. Ostrze zjechało niżej, rozcinając policzek głęboką, krwawą raną – od miejsca, gdzie było ucho, aż do połowy policzka w stronę ust.
Ból był tak potworny, że Mira zawyła przeraźliwie. Krew zalała jej całą twarz, szyję i tunikę. Dziewczynka osunęła się na kolana, drżąc i szlochając.
– Kurwa, skończmy z nią już – warknął ten niecierpliwy. – Musimy jeszcze przejrzeć chatkę, zabrać zapasy i spieprzać dalej. Nie mamy czasu na pierdoły.
– Spoko – odparł ten z nożem, ocierając ostrze o spodnie. – Długo uciekaliśmy, mamy sporą przewagę. Królewscy nas tak szybko nie dogonią. Możemy się jeszcze chwilę zabawić z małą elfką...
Mira klęczała w kałuży krwi swojej rodziny. Prawe ucho już nie istniało. Głęoka rana na policzku paliła żywym ogniem. W głowie kołatało jej tylko jedno zdanie, raz po raz:
To wszystko przeze mnie
Mira klęczała w kałuży krwi swojej rodziny. Prawe ucho już nie istniało. Głęoka rana na policzku paliła żywym ogniem.
Bandyta z nożem chwycił ją za włosy, odciągnął głowę do tyłu i uniósł ostrze.
– No to pożegnaj się z drugim uchem, elfico...
W tym momencie świsnęła strzała.
Ostrze wbiło się prosto w oko bandyty z głośnym, mokrym plaśnięciem. Mężczyzna zawył i upadł do tyłu.
– Kurwa mać! – wrzasnął ten, który trzymał Mirę. Gwałtownie ją puścił i dobył miecza. – Dopadli nas Królewscy!
Z zarośli wypadło kilku uzbrojonych mężczyzn w metalowych zbrojach. Na piersiach mieli wyryte godło feniksa w locie. Na czele biegł wysoki mężczyzna w czerwonej pelerynie, z dużo lepiej wykonaną, zdobioną zbroją. W ręku trzymał miecz.
– Nareszcie was dopadliśmy, ścierwa! – krzyknął donośnym głosem. – Zabić ich wszystkich!
Żołnierze rzucili się naprzód. Psy tropiące warczały i szarpały się na smyczach. Walka była krótka i brutalna. Bandyci nie mieli szans – zostali szybko rozbrojeni, pocięci i dobici.
Mira, cała we krwi, na czworakach doczołgała się do ciała ojca. Dotknęła jego zimnej ręki.
– Przepraszam... – szeptała drżącym głosem. – To moja wina... przepraszam... tato...
Przed oczami wirowało jej wszystko. Ból w twarzy był nie do zniesienia. Świat zaczął się rozmazywać.
Straciła przytomność.
Kiedy się ocknęła na chwilę, usłyszała głosy nad sobą.
– Dowódco Adrienie, co robimy? – zapytał jeden z żołnierzy. – Wszyscy tutaj są martwi. Tylko ta elfka jeszcze oddycha. Powinniśmy skrócić jej cierpienia.
Mira ledwo widziała przez mgłę bólu. Wysoki mężczyzna w czerwonej pelerynie patrzył na nią w milczeniu. Jego twarz na moment stężała, jakby zobaczył coś, co bardzo mocno zabolało.
– Chcesz zabić dziecko? – powiedział cicho, ale twardo. – Niewinne dziecko? Nie ma na to mojego pozwolenia. Zabieramy elfkę ze sobą. Opatrzcie jej ranę, jak tylko będziemy mogli.
Żołnierze nie dyskutowali. Jeden z nich ostrożnie podniósł nieprzytomną Mirę. Inni szybko odcięli bandytom głowy i spakowali je do worka – dowód, że zadanie zostało wykonane.
Generał Adrien spojrzał po raz ostatni na masakrę na polanie, zacisnął pięści  i ruszył przodem.
– Wracamy do koni. Zadanie wykonane. Jedziemy do stolicy.
Mira znów odpłynęła w ciemność. Ostatnie, co poczuła, to kołysanie – ktoś niósł ją przez las. W głowie wciąż brzmiało jej jedno zdanie, ciche i uporczywe:
To wszystko przeze mnie

Naabot mo na ang dulo ng mga na-publish na parte.

⏰ Huling update: May 16 ⏰

Idagdag ang kuwentong ito sa iyong Library para ma-notify tungkol sa mga bagong parte!

Elfka bez ucha Tahanan ng mga kuwento. Tumuklas ngayon