Prolog: Lily

40 1 1
                                        


Nie powinnam była tam iść.

Ta myśl pojawiła się w mojej głowie dokładnie w chwili, gdy przekroczyłam linię drzew i światło ogniska zniknęło za moimi plecami. Jeszcze kilka minut wcześniej stałam wśród znajomych, słuchając ich śmiechu, który nagle zaczął mnie drażnić bardziej, niż powinien. Kłótnia wybuchła z niczego. O głupotę, o coś, co jutro nie będzie miało żadnego znaczenia. A jednak zabolało. Za bardzo.
Dlatego odeszłam bez słowa, zostawiając za sobą muzykę, ciepło i ludzi, którzy jeszcze chwilę temu wydawali się bezpieczni.

Las przyjął mnie natychmiast. Powietrze było chłodniejsze, cięższe, jakby gęstsze niż przy ognisku. Każdy mój krok rozbrzmiewał zbyt głośno w tej ciszy, przerywanej jedynie szumem liści i cichym trzaskiem gałęzi pod butami. Zatrzymałam się na moment, czując dziwne napięcie rozlewające się po ciele, jakby coś było nie tak, choć nie potrafiłam powiedzieć co. Powinnam była wrócić. Wiedziałam o tym. A mimo to zrobiłam kolejny krok, potem następny, zagłębiając się coraz bardziej w ciemność.

Nie wiem, ile czasu minęło, zanim to usłyszałam.

Głos.

Cichy, przytłumiony, jakby dochodził zza ściany albo przez materiał. Zamarłam, wstrzymując oddech, nasłuchując uważniej. Nie potrafiłam określić, czy należał do mężczyzny, czy kobiety — był dziwnie płaski, pozbawiony emocji, nienaturalny.

— Spokojnie… — padło w końcu.

Serce zaczęło bić szybciej.

— Nie martw się. Jeszcze tej nocy ją zabiorę. Niech matka zobaczy, że zdrada zawsze ma cenę.

Słowa uderzyły we mnie jak zimna woda. Porwę? To nie był żart. To nie była rozmowa, którą powinnam była usłyszeć. Cofnęłam się powoli, starając się nie wydać żadnego dźwięku, ale gałąź pękła pod moją stopą, zbyt głośno, zbyt nagle.

Głos ucichł.

Cisza, która zapadła, była gorsza niż wszystko inne.

Odwróciłam się gwałtownie i ruszyłam w stronę ogniska, najpierw szybko, potem coraz szybciej, aż prawie biegłam. Serce waliło mi jak oszalałe, a myśli zaczęły się mieszać. Musiałam im powiedzieć. Musiałam wrócić. Musiałam...

Telefon zawibrował w mojej dłoni.

Zatrzymałam się odruchowo i spojrzałam na ekran. Palce zaczęły mi drżeć, kiedy odblokowałam telefon i przeczytałam wiadomość.

📩 WIADOMOŚĆ PRZYCHODZĄCA

Mogłaś tu nigdy nie przychodzić.
— ???

Zamarłam. Telefon zawibrował ponownie.
Tym razem nie było już wątpliwości, ktoś wiedział, że tam byłam.

📩 WIADOMOŚĆ PRZYCHODZĄCA

Teraz zapłacisz karę za podsłuchiwanie.
— ???

Przez chwilę nie potrafiłam się ruszyć. Powietrze jakby uciekło z moich płuc, a serce na moment przestało bić. Powoli uniosłam wzrok.

I wtedy go zobaczyłam.

Stał kilka metrów ode mnie, częściowo ukryty w cieniu drzew. Ciemna sylwetka, nieruchoma, a jednak przytłaczająca. Coś w nim było znajome. Zbyt znajome. Moje ciało zareagowało szybciej niż umysł, napięło się, jakby próbowało mnie ostrzec, zanim jeszcze zdążyłam zrozumieć dlaczego.

Otworzyłam usta, chcąc coś powiedzieć, krzyknąć, zapytać, zrobić cokolwiek ale nie wydobył się ze mnie żaden dźwięk. Strach sparaliżował mnie całkowicie, odebrał mi głos, myśli, wszystko.

Zrobił krok w moją stronę.

Potem kolejny.

A ja wciąż nie potrafiłam się ruszyć.

Dopiero gdy znalazł się tuż przede mną, zrozumiałam, że to koniec. Że nie zdążę uciec.

Poczułam nagły ruch, czyjąś dłoń przyciskającą materiał do mojej twarzy. Ostry, chemiczny zapach natychmiast uderzył do głowy, sprawiając, że obraz zaczął się rozmywać. Drzewa zlewały się w jedną ciemną plamę, a moje ciało stało się ciężkie, obce.

Ostatnie, co zobaczyłam, to jego sylwetka pochylająca się nade mną.

A potem wszystko zgasło.

Nie widząc Ciebie Mga kuwentong kahuhumalingan mo. Tumuklas ngayon