We've updated our Content Guidelines.
Review the latest guidelines to keep sharing stories safely.

Strzał 1.

66 7 1
                                        

Beton krawędzi wieżowca wrzynał mi się w uda, lodowaty i szorstki, ale dla mnie był tylko martwym tłem

Oops! This image does not follow our content guidelines. To continue publishing, please remove it or upload a different image.

Beton krawędzi wieżowca wrzynał mi się w uda, lodowaty i szorstki, ale dla mnie był tylko martwym tłem. Moje ciało przestało istnieć jako tkanka i krew – stało się stalowym przedłużeniem karabinu. Każdy wdech był wyliczony, płytki, niemal niedostrzegalny, by nie zakłócić stabilności lufy. W lunecie świat skurczył się do złotego, dusznego od luksusu prostokąta apartamentu po drugiej stronie ulicy.

Czułam na karku wilgotny dotyk nocnej mgły, ale mój wzrok był wbity w cel. Palec spoczywał na spuście z lekkością, która dla postronnego obserwatora byłaby przerażająca. Poniżej, kilkadziesiąt pięter pod moimi butami, miasto tętniło życiem, nieświadome, że właśnie trzymam w dłoniach wyrok śmierci.

Mój cel nie był sam. Dwóch mężczyzn piło whisky, ich sylwetki rzucały długie cienie na mahoniowe ściany. Gestykulowali żywo, śmiali się – widziałam ruch ich warg, ale ich głosy nie miały znaczenia. Byli dla mnie tylko punktami na siatce celowniczej, mięsem, które za chwilę przestanie oddychać. Interesował mnie tylko ten jeden, krótki moment, w którym ich losy splotą się w linii prostej.

Cierpliwość to moja największa broń. I moje przekleństwo.

Nagle jeden z nich podszedł do drugiego, by pokazać mu coś na ekranie telefonu. Ich głowy znalazły się w jednej linii, niemal się stykając. 

Idealnie.

Wstrzymałam oddech. Czas zwolnił, serce uderzyło ostatni raz w rytmie spokoju, a potem świat po prostu zamarł.

Puff.

Tłumik pożarł większość huku, zostawiając jedynie suche mlaśnięcie i metaliczny odgłos mechanizmu. Odrzut uderzył w moje ramię jak brutalne, dobrze znane pozdrowienie od starego przyjaciela. Przez szkło zobaczyłam tylko fontannę ciemnej czerwieni, która zbrukała nieskazitelnie biały dywan. Ciała osunęły się bezwładnie, jak szmaciane lalki, którym nagle przecięto sznurki. Czysto. Jedna kula, dwa zmarnowane życia, jeden wykonany kontrakt.

W powietrzu unosił się ledwo wyczuwalny zapach spalonego prochu – dla mnie to był zapach dobrze wykonanej roboty.

– Zadanie wykonane – rzuciłam krótko. Mój głos był wyprany z emocji, suchy i twardy jak łuska, która właśnie upadła na beton.

– Dobra robota, Atsu. Potwierdzam eliminację – usłyszałam w słuchawce niski, zachrypnięty głos kapitana Vane'a. Brzmiał inaczej niż zwykle. Bardziej szorstko. – Zwijaj się stamtąd i wracaj do bazy. Natychmiast. Mam coś ważnego do przekazania.

W jego głosie wyczułam napięcie, którego nie potrafiłam zignorować. Coś gęstego, co osiadło mi na dnie żołądka szybciej niż dym z lufy.

***

Baza tętniła życiem, ale gdy tylko przekroczyłam próg głównego sektora, powietrze zgęstniało. Rozmowy rwały się gwałtownie, a śmiech cichł, zastąpiony przez nerwowe chrząknięcia. Szłam pewnie, a każdy stukot moich ciężkich butów o betonową posadzkę brzmiał jak odliczanie zegara. Mój czarny, taktyczny strój opinał ciało niczym druga, chłodna skóra. Włosy, ściągnięte w wysoki kucyk, nie miały prawa drgnąć. Czarna maska skrywała dół mojej twarzy, zostawiając na widoku jedynie oczy – zimne, puste, pozbawione błysku litości.

Ludzie rozstępowali się przede mną jak morze przed nadciągającym sztormem. Widziałam w ich spojrzeniach mieszankę podziwu i pierwotnego lęku. Byłam dla nich upiorem, narzędziem, które wracało z mroku nocy z zapachem śmierci na rękawach. Nikt nie śmiał przeciąć mojej linii marszu. Wiedzieli, że dla mnie granica między swoim a celem jest cienka jak włos.

Pchnęłam ciężkie, stalowe drzwi do gabinetu dowódcy. W środku unosił się gęsty dym. Kapitan Arthur Vane stał plecami do mnie, wpatrzony w noc za oknem. W milczeniu dopalał papierosa, ignorując regulamin, który sam kiedyś spisał. Odwrócił się powoli, a jego surowa twarz, przeorana bliznami lat służby, wydawała się dzisiaj starsza.

– Siadaj, Atsu – rzucił chrapliwie, gasząc niedopałek w przepełnionej popielniczce.

– Postoję, kapitanie – odparłam, a mój głos wydawał się obcy w tej małej przestrzeni. – O czym chcesz pomówić?

Vane westchnął ciężko, a w jego spojrzeniu mignęło coś, czego nie potrafiłam nazwać. Żal? Strach o mnie? Oparł się o biurko i przesunął w moją stronę czarną teczkę. Na środku widniał tylko jeden symbol - krwistoczerwona cyfra zero wpisana w okrąg.

– Zostałaś oddelegowana. Jednostka Specjalna Zero przejęła twoje akta.

Zesztywniałam. Moje palce mimowolnie zacisnęły się w pięści. Jednostka Zero. Elita elit, cienie, o których szeptano w koszarach, że nie posiadają dusz. Ludzie, których wysyła się tam, skąd nikt inny nie wraca.

– Stracili swojego snajpera podczas ostatniej akcji na wschodzie – kontynuował Vane, świdrując mnie wzrokiem. – Szukali kogoś, kto nie mruga, gdy naciska spust. Kogoś, kto potrafi zabić i wrócić na kolację bez śladu drżenia rąk. Wybrali ciebie, Valerius. Bo jesteś najlepsza, a oni potrzebują maszyny, nie człowieka.

W gabinecie zapadła cisza tak głęboka, że słyszałam bicie własnego serca. Najlepsza z najlepszych. To wyróżnienie smakowało w moich ustach jak krew. Czułam, jak narasta we mnie lodowate napięcie. Wiedziałam, że to bilet w jedną stronę.

– Nie dali mi wyboru – dodał ciszej, niemal przepraszająco. – Rozkaz przyszedł z samej góry.

– Zrozumiałam – ucięłam, czując, jak w środku wszystko mi drętwieje. Nie było miejsca na strach, tylko na akceptację losu. – Kiedy?

– Masz godzinę na spakowanie sprzętu. Transport na lądowisku nie będzie czekał.

Odwróciłam się na pięcie, nie czekając na uścisk dłoni czy pożegnanie. Wyszłam na korytarz, czułam na plecach ciężar, który nie pochodził od karabinu ani od kamizelki kuloodpornej. To był ciężar nowej tożsamości – etykiety Zero, która wypalała mi znamię na karku, zanim jeszcze opuściłam tę bazę.

W mojej kwaterze panował sterylny porządek, który teraz wydał mi się nieludzki. Ruchy miałam mechaniczne, precyzyjne, wyćwiczone przez lata dyscypliny, która zabiła we mnie dziewczynę, a stworzyła potwora. Czarna, brezentowa torba z głuchym mlaśnięciem pochłonęła mój szpej - zapasowe magazynki, noże o czernionych ostrzach, które nigdy nie odbijały światła i zestaw do czyszczenia broni. Wrzuciłam tam też kilka osobistych drobiazgów – pamiątki po życiu, którego już nie pamiętałam. Nie miały znaczenia. Były tylko zbędnym balastem w świecie, w którym liczył się tylko czas reakcji i pewność palca na spuście.

Zatrzasnęłam zamek. Huk rozszedł się po pustych ścianach, odbijając się echem jak wystrzał w zamkniętym pomieszczeniu.

Podeszłam do małego, porysowanego lustra nad umywalką. Przez chwilę wahałam się, czy chcę widzieć to, co pod spodem. Moje dłonie, wciąż lekko odrętwiałe po nocnej misji, powoli powędrowały do twarzy. Rozpięłam rzepy i zdjęłam czarną maskę menpō.

Powietrze w pokoju wydało mi się nagle zbyt rzadkie. Moja twarz była blada, niemal przezroczysta w trupim świetle jarzeniówki. Ale to oczy... oczy były najgorsze. Były puste. Nie było w nich strachu przed nieznanym, nie było ekscytacji awansem. Była w nich tylko lodowata, bezdenna tafla jeziora, pod którą pochowałam wszystko, co czyniło mnie człowiekiem. Wyglądały, jakby już dawno należały do Jednostki Zero. Jakby śmierć, którą niosłam innym, w końcu zaczęła kiełkować we mnie samej.

Poczułam dreszcz, który przebiegł wzdłuż kręgosłupa, ale nie pozwoliłam mu się rozwinąć. Zdławiłam go w zarodku, tak jak dławiłam każdą inną emocję.

– Nie bój się mroku, Scarlett – szepnęłam do własnego odbicia, a mój głos brzmiał jak szelest suchego liścia na grobie. – Sama się nim stałaś.

Zaciągnęłam maskę z powrotem na twarz. Poczucie bezpieczeństwa, jakie dawał mi ten kawałek czarnego materiału, było chorobliwe. Ukryta, anonimowa, gotowa do unicestwienia wszystkiego, co stanie mi na drodze. Chwyciłam torbę i bez oglądania się za siebie wyszłam z pokoju.

Nie żegnałam się ze ścianami. One i tak nie miały mi nic do powiedzenia. Na zewnątrz, na lądowisku, czekał na mnie transport do piekła, a ja zamierzałam wejść w nie z podniesioną głową.

PROJEKT ZERO: Cień Vendetty Stories to obsess over. Discover now