1 Zakład

25 2 3
                                        

Światła kasyna migotały jasnym światłem, za szybko i za pewnie, nad każdym stołem i każdymi żetonami. Ktoś wygrał,  szczęście, ktoś przegrał,  złość. A w tym wszystkim ja. Stałam obok rodziców, którzy doskonale się bawili, Penacony świat snów, bez zmartwień, bez kłopotów. Można by rzec, że idealny, myślałam tak do czasu. 

Moi rodzice wygrywali wszystko, każde partię, bawili się przy tym jak na randce. Matka zgarniała żetony z uśmiechem, który zawsze pojawiał się, gdy wszystko szło po jej myśli. Ojciec pochylał się nad stołem z błyskiem w oczach, jakby świat wreszcie grał według jego zasad.

Skoro im tak łatwo to idzie... To może mi też? Prawda?  Myśląc to podeszłam do jednego ze stołów z ruletką, Penacony była snem, zjawą, wszystko co się tu działo było nieprawdziwe, skoro tak. Mogłam ryzykować wszystko i świetnie się przy tym bawić. Serce o mało mi nie wyskoczyło z piersi, postawiłam żeton w jedno miejsce, skoro to był sen, to nie ważne gdzie bym go postawiła. Nie ważne czy wygram czy przegram, jeśli będę chcieć to wygram. Tak myślałam, to tylko sen, co mi szkodzi. Postawię wszystko. Po sekundzie ruletka się zakręciła i padło słowo klucz.

 Przegrałam.

Na ułamek sekundy zmierzyłam się ze wzrokiem rodziców, którzy tylko jak mnie dostrzegli, podbiegli. Matka złapała mnie za włosy przy wszystkich.

- Gówniaro co zrobiłaś!!- Nie okazywałam złości, miałam wrażenie, że to część snu. Po prostu niefortunne zdarzenie.

- Ale mamo, to tylko sen.- Zamachnęła się i uderzyła mnie dłonią w policzek. Poczułam jak opadam z krzesła na podłogę.

- To nie jest sen! Przegrałaś wszystko!- Była wściekła, widziałam to po jej twarzy.

- Skoro tak pogrywasz to może i ciebie wystawimy na ruletkę!- Powiedział zły ojciec, zmarszczki na jego czole dokładnie odzwierciedlały jego zamiary, nie sądziłam, że sen może okazać się tak brutalny.

- Powariowaliście!- Krzyknęłam wstając. - Tak to sen, ale ja nie jestem przedmiotem! Nie możecie tak!

- Skoro to tylko sen, może i ja dołączę do gry.- Nagle obok stołu pojawił się nieznajomy. Miał na sobie bardzo eleganckie ubranie i lekko ciemne okulary, wyglądał jak z filmu o dżentelmenach, nie miałam teraz ochoty na pogaduszki z jakimś lalusiem. Wolałam po prostu przekonać rodziców o tym, żeby nie robili głupstw.

 Wolałam po prostu przekonać rodziców o tym, żeby nie robili głupstw

Hoppla! Dieses Bild entspricht nicht unseren inhaltlichen Richtlinien. Um mit dem Veröffentlichen fortfahren zu können, entferne es bitte oder lade ein anderes Bild hoch.

- Podziękujemy.- Powiedziałam za rodziców, którzy stali tak wpatrzeni w niego.

- Doigrałaś się.- Wtrąciła się matka.- Zagramy, o wszystko albo nic. Skoro to tylko sen córciu.- Spojrzała na mnie jakby chciała mnie ukarać samym wzrokiem. Chociaż nie wyrażał już uczuć, tylko otępienie. Zaślepienie bogatctwem, które wygrają, albo i nie.

Mężczyzna ubrany w zieloną koszulę miał bardzo uważne spojrzenie, miałam wrażenie, że doskonale się bawi patrząc na naszą szopkę rodzinną. Miałam serdecznie dość takich osób oraz takich rozmów.

- W takim razie proponuję grę o wszystko.- Powiedział nawet na mnie nie spoglądając. Poczułam się pominięta, odrzucona, znów spojrzałam gniewnym wzrokiem na rodziców, który nie zdawali sobie sprawy z konsekwencji tego czegoś.

- N-nie! NIE ZGADZAM SIĘ!- Krzyknęłam patrząc na nich błagająco.

- Anya przecież to tylko sen.- Powiedział ojciec patrząc gdzieś w dal. Uścisnął dłoń z tamtym facetem i zasiedli do stołu.

- Boisz się konsekwencji swoich czynów?- Zapytała nagle matka a ja powstrzymałam łzy w oczach.

- Nie boję się! Proszę was, nie róbcie tego!- Powiedziałam zestresowana ostatni raz patrząc na nich.

- Nie.- Krzyknął ojciec. - Zamknij się i patrz uważnie jak wygrywam.

- Mam swoją godność! Nie jestem przedmiotem, który można wygrać albo przegrać!- Mówiłam zawzięcie.

- Godność...- Odezwał się nieznajomy tasując karty. - Ciekawe słowo, rzadko się tu pojawia. - Mruknął.- Nigdy nie rzucam słów na wiatr więc, żeby ujednolicić moją ofertę, proszę. - Na stole pojawił się papierowy kontrakt umowy kupna. Moje imię, nazwisko, dane. Moje serce przyspieszyło.

- Nie.- Położyłam pięść na zimnym papierze. - Nie dam się tak po prostu zastawić. Nie jestem żetonem.- Byłam rozdarta, a moich rodziców to nie obchodziło. Odsunęłam się od stołu patrząc na nich. 

- Uspokój się.- Mruknęła mama stojąc obok ojca.

- Przecież to tylko, sen, jak się obudzimy będzie po staremu.- Powiedział ojciec patrząc na swoje karty.

- C-co jeśli nie.- Nie mogłam uwierzyć w to co słyszę i widzę. Stałam tak pozbawiona emocji, zaciskałam mocno pięści próbując nie zwymiotować ze stresu. Z każdą minutą bałam się bardziej, z każdym żetonem zastawianym przez rodziców. Pieniądze pieniądze, ludzie za żetony. Co to do cholery miało być. Gra trwała w najlepsze. Patrzyłam, jak żetony przesuwają się, jak rodzice ryzykują coraz więcej, śmiejąc się nerwowo, jakby to wszystko nadal było zabawą. Kiedy patrzyłam na mężczyznę siedzącego po drugiej stronie zdałam sobie sprawę, że zachowywał się bardzo rozważnie i spokojnie. Tasował karty jak prawdziwy mistrz gry, każdy jego ruch był spokojny i opanowany, nie patrzył w stronę swojej nagrody. Ani razu na mnie nie spojrzał, był pewny swojej wygranej. Przełknęłam ślinę. Poczułam wtedy, że rodzice przegrają. 

Wzięłam głęboki oddech kiedy ostatnie karty opadły na stół.

Przegrali.

Cisza była wymowna. 

- Przegrali państwo.- Powiedział nieznajomy porządkując kary. - Umowa obowiązuje.- Dodał  śmiało a ja zacisnęłam pięści.

- Nie, nie zgadzam się!- Tupnęłam nogą patrząc na nich.

- Eh. - Ojciec wstał z miejsca a mama stanęła obok niego.

- N-nie nie zostawiajcie mnie tu!- Mówiłam szybko podchodząc do nich. Mój policzek nadal piekł od wcześniejszego uderzenia, ale to się teraz nie liczyło. Musieli cos zrobić, nie mogli tak po prostu mnie tu zostawić.

- To tylko sen.- Mruknęła kobieta idąc obok mężczyzny. 

- Obudzimy się i będzie po sprawie.- Zaczęli odchodzić. Złapałam za ramię taty.

- Nie proszę!- Mówiłam zła i przerażona. - Nie odchodźcie!!- Błagałam. 

Ojciec odsunął ramię popychając mnie na podłogę, upadłam na pośladki patrząc jak oni odchodzą. Zostawiając mnie jak żetona na planszy. Nie obejrzeli się pogrążeni w transie. Byłam zła, osamotniona i przerażona. Zacisnęłam dłonie wstając, obróciłam się do mężczyzny patrząc mu prostu w oczy.

- Nie jestem rzeczą.- Fuknęłam a jego oczy wyraziły lekkie rozbawienie całą tą sytuacją. - Nigdy nie będę nią dla kogoś takiego jak ty.

- ,,Kogoś takiego jak ja''.- Powtórzył zderzając się ze mną spojrzeniem, pierwszy raz, jego wzrok wydał  się bardzo odległy. Nie wyrażał emocji, teraz nie. - Wiem to.- Powiedział spokojnym tonem.

- Po co w takim razie było to wszystko?- Byłam zła.

Mężczyzna wyciągnął złotą kartę z kieszeni i położył na stole. - Teraz wypada się przedstawić.- Złota Karta wyglądała na bardzo pięknie ozdobioną, na obu stronach widniała litera A. 

- Aventurine. - Patrzyłam na niego, jego sowa zabrzmiały jak wyrok. Wyrok śmierci.

- Wygrałem.- Powiedział ciszej.

- Nie wygrałeś mnie. - Poprawiłam go zdenerwowana. - Możesz mieć to kasyno, pieniądze, ale nigdy nie mógłbyś posiąść kogoś. Moi rodzice zrobili mi na złość, wystawili mnie jak rzecz. Nie myśl sobie, że mógłbyś wygrać mnie. Ludzie to nie pionki, nie można nimi sterować.- Stanęłam twardo na podłodze widząc jego wyraz twarzy, najwyraźniej to wszystko było dla niego tylko grą. Bawił się czyimś życiem.

Na własnych zasadachGeschichten, die süchtig machen. Entdecke jetzt