Prolog

5 0 0
                                        


   Człowiek jest sztuką, zniszczoną przez umysł, przez czyny.

Ciało to rzeźba.
Czym byliby ludzie, gdyby nie niszczyli wszystkiego wokół siebie? Pewnie zadajesz sobie to pytanie codziennie.
Co gdyby człowiek był tym, do czego został stworzony?

Spędziłem ogrom lat tworząc dzieła i poprawiając je aż do perfekcji, tylko po to, żeby usłyszeć kilka dobrych słów, trochę współczucia po stracie siostry. A jednak teraz jestem tu, z zamysłem na naprawienie ludzi, na stworzenie z nich czegoś pięknego. Czegoś, czym powinni być.
Ale moje dzieła nie naprawią ich środka, bo każda z tych kurewskich istot jest zgnita. Chodzą po Ziemi nie zwracając uwagi na robaki, które wychodzą z każdego ich otworu, zjadają ich od środka, wypełzają brzuchem.
Oczy mają puste, myślą, że żaden ich czyn nie ma znaczenia.
Że świat jest za duży, by musiał im odpowiedzieć.

Wiem, wiem.
Myślisz sobie: „O czym ty mówisz? Co za psychol!"
Nie zrozumiesz.
Nie dopóki nie otworzysz oczu.
Nie jestem psychopatą. Jestem artystą.
Rzeźby ze śmieci są przecież w modzie.

Tylko że moje śmieci mają mięśnie, puls i grzech.
A pierwszy z nich... był jej chłopakiem.

Zabił ją. Może nie nożem, może nie pistoletem. Ale zabił.
Słowami, pięściami, upokorzeniem.
Każde jego słowo było gwoździem.
Każda noc – śrubą w czaszce.

A ona, moja siostra... moja jedyna siostra...
Leżała martwa, zimna, samotna.
Z jego zdjęciem w dłoni.
Jakby do samego końca wierzyła, że ją kochał.
Jakby to była jej wina.
Jakby zasłużyła.

I wtedy pojąłem, że świat nie potrzebuje kolejnego artysty.
Potrzebuje chirurga duszy.
Kogoś, kto rozetnie ten zgniły materiał i wydłubie, co trzeba.

Zacząłem od niego.
Znalazłem go — nie był zbyt sprytny.
Jak każdy pasożyt, wrócił do swoich śmieci, myśląc, że może zatruwać kolejną ofiarę.
Ale zamiast dziewczyny... czekałem ja.

Nie zabiłem go od razu.
To byłby akt zemsty, a ja nie jestem mścicielem.
Jestem twórcą.

Rozciąłem go ostrożnie. Z troską.
Jak restaurator wydobywający spod farby ukryty obraz.
Każde cięcie mówiło: „Rozumiem, że cię skrzywdzono, ale ty też krzywdzisz".
Każda rana była manifestem.
Każdy krzyk – akordem symfonii.

Zostawiłem go w swojej pracowni.
Podwieszone ciało, palce wepchnięte w oczy, usta zszyte drutem – nie mógł patrzeć, nie mógł mówić.
Bo i tak nigdy nie widział.
I zawsze tylko ranił.

Nazwałem go „Miłość".
Nie, nie ta z bajek.
Ta prawdziwa – wyniszczająca, dusząca, toksyczna.
Taka, która zostawia siniaki, a potem kwiaty.

To nie był koniec.
To był początek.

Gdy raz otworzysz oczy, nie możesz ich zamknąć z powrotem.
Zacząłem widzieć ich wszędzie – tych, którzy żyją kosztem innych.
Którzy depczą, żerują, pieprzą wszystko, co delikatne i święte.

Więc zacząłem ich naprawiać.
Nie zabijać.
Tworzyć na nowo.

Każda z moich rzeźb jest lustrem.
Zniekształconym.
Ale szczerym.

Moje muzeum nie ma białych ścian.
Ma ślady krwi, krzyk odbity w betonie i zapach rozkładu.
Ale każda wystawa to lekcja.

Nie zrozumiesz?
Jeszcze nie.
Ale w końcu przyjdziesz tu.
I kiedy spojrzysz w oczy mojego dzieła, poczujesz jak coś cię gryzie od środka.

To będzie twoje człowieczeństwo.
Wreszcie przebudzone.

Miara CzłowiekaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz