1

8 0 0
                                        

Ida pov

Warszawa. Miasto, które nigdy nie śpi. Nienawidzę go.

Dla wielu to mekka ambicji. Miejsce, w którym spełniają się marzenia dzieciaków z małych miasteczek — o własnym kącie, pracy w wieżowcu i rytmie życia, który nigdy nie zwalnia. Dla mnie? Cóż... dla mnie to raczej sen na jawie, z którego nie mogę się obudzić.

Nie jestem z małego miasta. I nigdy nie marzyłam, żeby tu mieszkać. Od pierwszego roku studiów powtarzałam to znajomym jak mantrę: „Warszawa to nie dla mnie." A jednak... oto jestem. Sama. W sercu Polski.

Dlaczego?

Poza głównym marzeniem — by zostać lekarzem — miałam jeszcze jedno, równie silne pragnienie. Może mniej racjonalne, bardziej emocjonalne, ale nie mniej ważne. Chciałam zostać trenerką tańca. Zaistnieć w świecie, który znałam od środka. Świecie, w którym spędziłam ostatnie dziesięć lat życia — spocona, zmęczona, ale szczęśliwa, tańcząc hip-hop.

Dla niektórych to może brzmieć jak dziecięca fantazja. Dla mnie to naturalna konsekwencja ciężkiej pracy, pasji i serca, które zostawiłam na salach treningowych w każdym mieście, gdzie były zawody. A było ich niemało.

Mój tata kręci głową. Uważa, że to strata czasu. Przecież nie wiążę z tańcem przyszłości. Może ma rację. Może rzeczywiście to wszystko nie ma większego sensu, jeśli spojrzeć na to wyłącznie przez pryzmat życiowych kalkulacji. Ale prawda jest taka, że jeżeli chcę mieszkać na swoim, to muszę zacząć zarabiać. Dlaczego więc nie w czymś, co kocham? A jeśli przy okazji uszczęśliwię tę małą wersję siebie, która kiedyś zaczęła stawiać pierwsze kroki do bitu... tym lepiej.

Ale wszystko po kolei.

Bo zanim cokolwiek się zacznie, trzeba zdobyć kontakty. A z tym bywa ciężko. Mimo uczestnictwa w ogólnopolskich zawodach i sukcesów jako grupa, moje poprzednie studio było raczej niszowe. Jako ekipa — świetni. Jako jednostki — trudniej nam było się przebić.

Pamiętam ostatnie zajęcia sezonu jak dziś. Trenerka weszła na salę z tą swoją poważną miną. Powiedziała, że rezygnuje z prowadzenia zajęć z hip-hopu. Że zaprasza nas na inne style, jeśli tylko chcemy zostać.

Zrobiło mi się żal. Dziesięć lat. Cała dekada ruchu, potu, muzyki i wspólnoty. Tak po prostu miałam to zostawić?

Nie. Postanowiłam, że wezmę sprawy w swoje ręce.

Znaleźć mieszkanie na wynajem, które akceptuje zwierzęta? Jasne, trochę kręcenia nosem właścicieli, kilka rozmów zakończonych ciszą, ale dało się. Tymczasowa praca jako kelnerka na imprezach okolicznościowych? Żadna nowość — uczy pokory, szybkich ruchów i jeszcze szybszych uśmiechów. Przewiezienie całego życia w starej, ledwo zipiącej Toyocie Yaris, przez ponad trzysta kilometrów? Trochę ciasno, trochę głośno, ale jeszcze pewnie przeżyjemy nie jedną taką podróż razem.

To wszystko wydawało się drobiazgiem w porównaniu z transferem dokumentów z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego na Warszawski Uniwersytet Medyczny. Setki maili, rozmów telefonicznych i wymiany dokumentów. Kiedy wreszcie udało się wszystko dopiąć, poczułam, jak z moich barków zszedł ogromny ciężar. Od października kontynuowałam studia na czwartym roku — na WUM-ie.

Weszłam do klatki razem z właścicielką mieszkania, które — jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem — miało być moim domem na najbliższe lata. Trzecie piętro, dosyć nowy budynek, spokojna okolica na obrzeżach miasta. Od pierwszego wejrzenia w ogłoszenie wiedziałam, że to będzie idealne miejsce. Dla mnie... i dla Mii.

Drzwi do kawalerki otworzyły się z cichym kliknięciem. Mały korytarz. Po lewej stronie duża szafa z lustrzanymi drzwiami ciągnącymi się od podłogi po sufit. Po prawej, tuż za wieszakami, skromna biała łazienka. Wąska, ale schludna. Na wprost otwierał się salon: wystarczająco przestronny, by zmieścić biurko, telewizor, kanapę... i nawet trochę miejsca zostawało na taneczne treningi. Po prawej, widoczna była kuchnia — przytulna i pełna ciepła. Za moimi plecami, ukryta za szafą wnęka z łóżkiem. Całe mieszkanie było w stylu pop-art: dużo kolorów, niecodzienne kształty i dodatki. Taki jaki miałam u siebie w pokoju w domu rodzinnym.

Na sąsiedzkim dystansieStories to obsess over. Discover now