Po obszernych korytarzach rozniósł się huk zatrzaskiwanych drzwi.
– Czy ty chociaż raz w życiu nie możesz przez kilka sekund racjonalnie pomyśleć?! Ciskasz się jak dziki pies w klatce! – ryknął mężczyzna, chwytając w dłonie stertę papierów z biurka i uderzając nimi o blat kilkadziesiąt centymetrów dalej. Część kartek spadła na podłogę, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.
– Nie było cię tam! Nie słyszałeś go! Obraził nasze wojsko!
– W dupie mam, kogo obraził! – krzyknął, zaciskając palce na drewnie i patrząc na wkurzoną dziewczynę przed sobą. – To ambasador! Pieprzony ambasador!
– Świetny z niego polityk, skoro mówi, że nasi żołnierze mogą wracać do garów!
– Widocznie ma rację, skoro z tego powodu robisz taki burdel!
Dziewczyna aż się zapowietrzyła. Na czerwonej twarzy rysowały się coraz wyraźniej piegi, a zazwyczaj ciasno związane włosy były w nieładzie.
– Nie dam obrażać swoich ludzi! – krzyknęła, pokazując palcem za drzwi, za którymi pracowała cała główna jednostka wojskowa miasta. – Przysięgałam to pod flagą! Ty z resztą też!
– Przysięgałaś bronić honoru! Nie atakować gości! – Na podłodze wylądowała teczka i długopisy, na szczęście projektor wbudowany był w biurko, jednak niekontrolowane ruchy wybudziły go ze stanu czuwania i teraz sprzęt wariował, piszcząc szaleńczo.
– Rozbroiłam go tylko! – wrzasnęła, uderzając pięścią we framugę.
– Rozbroiłaś?! – Uderzony komputer rozbłysnął i zgasł. – Rzuciłaś nożem w ambasadora! - Mężczyzna złapał się za głowę i ściszył trochę głos. - Za drzwiami jest dziewczyna, którą miałem ci oddać pod opiekę. Miała się uczyć. Uczyć! Komu mam ją teraz dać, gdy aktualnie najlepszy człowiek w jednostce zachowuje się jak małpa w cyrku?
– Sprowadziłeś małpy do miasta, to nie dziw się, że jest cyrk!
– Sam!
Dziewczyna warknęła cicho i ponownie zacisnęła pięści.
– Jak chcesz robić kolejną burdę, to proszę bardzo! Zdegraduję cię!
– Jak mnie udupisz, to bogowie mi świadkiem, że wyjdę stąd i dokończę, co zaczęłam!
– Cisza! – ryknął, a ciężki przedmiot huknął w ścianę niecałe pół metra od Sam. Do zbioru na podłodze dołączył Żelazny Krzyż, jedno z najwyższych odznaczeń wojskowych. Zaniemówiła na chwilę.
Naprawdę tym we mnie rzucił?
– To ja cię awansowałem i to ja mogę ci to wszystko zabrać! Działasz na szkodę jednostki! Przez ciebie wyglądamy w oczach Asatanu jak banda neandertali! Kto będzie chciał utrzymywać kontakty handlowe i wojskowe z miastem, gdzie u władzy są rozkapryszone dzieciaki, rzucające nożami w czasie pertraktacji?! Powinienem cię oddać pod sąd, a nie tłumaczyć!
Sam zgrzytnęła zębami. Z jednej strony widziała w tych słowach nieco racji, ale po co im sprzymierzeniec, który ich nie szanuje? Jednak Żelazny Krzyż, nadal leżący nieopodal, dał jej jasny sygnał, że tym razem to nie tylko zwykła utarczka, a pełnoprawna awantura, z której może nie udać jej się wyjść bez poważnych konsekwencji. Siedziała cicho.
Mężczyzna oparł drżące ręce o stół i wziął głęboki oddech, chowając głowę między ramionami. Palce zaciskały się spazmatycznie na drewnie, jakby powstrzymywał się, by znowu czymś nie rzucić. Wybudzony projektor wciąż piszczał wściekle, domagając się uwagi.
Po krótkiej chwili i głębokim westchnieniu sprzęt wreszcie został wyłączony. Darryl Velar podniósł wzrok i spojrzał na swoją córkę, wciąż nabuzowaną i gotową do walki.
– Patrol do odwołania. I nawet nie próbuj dyskutować, bo zdegraduję cię na stałe. Weźmiesz pod opiekę tę dziewczynę, dopiero skończyła szkołę, nie chcę żadnych krzywych akcji. Jeżeli usłyszę choć jedno złe słowo o twoim zachowaniu, będziesz do końca swojej kariery pilnować śmierdzących zaułków miasta, bo nawet do żadnej eskorty cię nie puszczę. Dostaniesz harmonogram na swój wax, od jutra zaczynasz, a dzisiaj nie pokazuj mi się już na oczy, muszę po tobie posprzątać.
– Tak jest, generale – warknęła, jednak nie odniosło to zamierzonego skutku. Ojciec nie dał się ponownie sprowokować. Widocznie chwilowo nie interesowało go, że nie zwraca się do niego „ojcze". Po raz kolejny po korytarzu rozniósł się huk zatrzaskiwanych drzwi.
Sam ruszyła szybkim krokiem w stronę wyjścia. Parsknęła, gdy jej wzrok spoczął na wielkim logo jednostki tuż przy łuku drzwi. Miastowa Agencja Obrony.
Dobry żart. Nie potrafią samych siebie obronić, nie mówiąc już o mieście.
Dopiero po przekroczeniu progu dostrzegła podążającą za nią dziewczynę. Drobna szatynka w zgrabnych okularach dzierżyła w ramionach wielką teczkę, którą zaborczo przyciskała do piersi, jakby od tego miało zależeć jej życie.
Sam westchnęła w duchu. Przerażona małolata to ostatnie, co było jej teraz potrzebne, ale chyba niewiele mogła poradzić na tę niedogodność.
– Masz jakieś imię? – rzuciła przez ramię, zatrzymując się na przystanku odpowiedniej windy. Potrzebowała odetchnąć świeżym powietrzem, co na środkowych piętrach było niemożliwe.
Małolata poderwała głowę, o mały włos nie zrzucając z nosa okularów.
– Szeregowy Amelia Astera, pani porucznik! – wyrzuciła z siebie, uderzając pięścią prawej dłoni w miejsce, gdzie powinno znajdować się jej serce. Na szczęście cały impet uderzenia przyjęła na siebie gigantyczna teczka, bo dziewczyna salutowała z taką siłą, jakby chciała połamać sobie mostek.
– Skończyłaś Akademię?
– Nie, pani porucznik! Uniwersytet Khatery!
Sam znowu spojrzała przez ramię. Entuzjazm tej dziewczyny był wręcz chorobliwy, jednak kwestia Uniwersytetu była zbyt interesująca, żeby nie ciągnąć konwersacji.
– Jesteś z Khatery? Nigdy nie opuściłam Vermut.
– Urodziłam się...!
– Wypuść powietrze, szeregowy, bo się udusisz. Nikt ci nie zabronił oddychać, a tutaj nie słucha cię żadna szycha. Gdy jesteśmy same, możesz do mnie mówić po nazwisku.
Amelia obruszyła się nieco, ściskając mocniej teczkę, choć wydawać się mogło, że to już niemożliwe. Wzięła głęboki oddech i lekko przygarbiła plecy, dotychczas wyprostowane niczym grobowa deska.
– Urodziłam się na obrzeżach Khatery, gdzie miasto stawało się już polami. Na szczęście rodzina zrobiła wszystko, żebym mogła trafić do samego centrum i tam się kształcić. Gdy dostałam możliwość wyjazdu, nakłaniali mnie, żebym zobaczyła świat. Perspektywy wojskowe w Vermut wydają się lepsze niż u nas, więc skorzystałam.
– Ładnie tam jest? – zapytała Sam, nieco rozmarzona.
– Widać więcej nieba – odparła. – W centrum są wysokie budowle, ale pojedyncze, z każdej musisz wyjść, by wejść do następnej, nie jak tutaj.
Sam rozejrzała się, próbując zobaczyć swoje rodzime miasto takim, jakim musiała je ujrzeć dziewczyna. Nawet nie była sobie w stanie wyobrazić życia na jednopoziomej przestrzeni.
Vermut kiedyś był jednym z wielu miast. Większe i mniejsze aglomeracje otoczone były obszarami rolnymi, pastwiskami dla zwierząt czy graniczyły z wodami, z których pozyskiwano zasoby. Z czasem jednak większość wykształconych mieszkańców zaczęła przeprowadzać się do stolicy, która rozwijała się szybciej niż reszta miast. W wyniku wielopokoleniowych zmian powstało państwo-miasto, gigantyczny zespół budowli, które złączyły się w jedno. Budynki wciąż miały piętra, jednak zaczęto je łączyć, najpierw pojedynczymi mostami, następnie gigantycznymi platformami, na których powstawały kolejne konstrukcje, tworząc wielopoziomowego molocha. Światło słoneczne zostało zastąpione przez nowoczesne oświetlenie, nie do rozróżnienia przez ludzkie oko. Powstała cała nowa gałąź odbiorników, które produkowały ekrany imitujące naturę za oknami.
Dostęp do światła i świeżego powietrza stał się towarem luksusowym ze względu na rosnące ceny szczytowych fragmentów miasta. Razem z nią wykształciła się kastowość wśród mieszkańców Vermut. Przy samej ziemi mieszkali najubożsi mieszkańcy, na szczycie zaś najbogatsi. Większość osób wolała nawet nie wiedzieć, co się działo w podziemiach. Ośrodki produkcyjne starano się umieszczać na obrzeżach miasta, jednak z czasem były one wchłaniane przez rosnącą wciąż aglomerację, przez co powstało wiele dzielnic robotniczych. Większość klasy średniej mieszkała na środkowych piętrach, gdzie znajdowały się też działy usług, sklepy i mniejsze firmy. Szczyt zarezerwowany był dla urzędników miastowych, bogaczy i najlepiej prosperujących firm. Nadal wiele osób mieszkało poza miastem, na terenach rolnych, jednak poziom zmechanizowania produkcji na tyle wzrósł, że to, co kiedyś obsługiwały dziesiątki osób, dziś była w stanie kontrolować jedna.
Sam miała to szczęście, że MAO mieściło się dosyć wysoko, a w prostej drodze w górę rozciągał się jeden z kilkunastu parków. Zdecydowanie większy niż tego typu obiekty sprzed czasu transformacji, wciąż jednak był zaledwie ziarenkiem piasku na pustyni, jaką było Varmut.
Z rozmyślań wyrwał ją przyjazd windy. Przeszklona gablota bliższa była sposobem użytkowania do pociągu, gdyż zatrzymywała się po kolei na wszystkich piętrach, omijając jedynie wewnętrzne kondygnacje danych poziomów.
– I znowu to... – westchnęła Amelia.
Sam uniosła brwi.
– Te windy bardzo szybko jeżdżą i przyprawiają mnie o chorobę lokomocyjną.
– Przecież mają specjalnie unormowane ciśnienie, żeby zmniejszyć dyskomfort. Większość ludzi nawet nie odczuwa różnicy.
– Każdy, kto mieszkał pod otwartym niebem, poczuje.
Kolejna rzecz, o której Sam nigdy by nie pomyślała.
Winda była wielkości średniego mieszkania i skokowo przemieszczała się coraz wyżej. Już po chwili dziewczyny wysiadły na ostatnim piętrze, gdzie Sam od razu głęboko odetchnęła. Ruszyła główną aleją z Amelią depczącą jej po piętach.
Zachód zastał je wśród zieleni i szumu pobliskiej fontanny. Amelia przysiadła na wyszlifowanym przez lata erozji głazie, wreszcie odkładając kurczowo trzymane dokumenty, jednak Sam leżała w trawie z zamkniętymi oczami, uspokajając myśli. Gdy była bliska drzemki, odezwał się wax. Po trzecim dźwięku leniwie otworzyła jedno oko i uniosła rękę, by sprawdzić sprzęt na nadgarstku. Po zczytaniu jej twarzy, wax wyświetlił nowe wytyczne, które miały obowiązywać ją przez czas degradacji. Dziewczyna pobieżnie przejrzała informacje, a po chwili jej ręka znowu opadła na miękką darń. Nie dane jej jednak było dalej wypoczywać.
– Pani porucznik...?
Sam jedynie machnęła lekko ręką na znak, że słyszy. Jakoś nie miała ochoty unosić powiek. Domyśliła się, że Astera też otrzymała ich nowy harmonogram.
– Czy MAO pracuje zawsze w trybie dwa plus jeden?
– Tak. Na Uniwersytecie było inaczej?
– Tak samo – westchnęła Amelia. – Ale ten system na przyjął się na peryferiach miasta. Tam zawsze pracowaliśmy według planu pięć plus dwa. W czasie tych dwóch ostatnich dni otwarte były tylko miejsca pierwszej potrzeby, ludzie mogli odetchnąć i zrobić coś dla siebie. A tutaj zawsze jest normalny dzień.
Sam ponownie otworzyła oko. Wokół zapadał już zmrok, więc z ociąganiem usiadła i spojrzała na swoją podwładną.
– W mieście nie miałoby to racji bytu. Tutaj wszystko musi funkcjonować codziennie. W systemie dwa plus jeden wolne dni nie pokrywają się, dzięki czemu miasto nigdy nie śpi. Jaki miałoby to sens, żeby wszyscy mieli wolne w tym samym dniu? Nic by się nie dało załatwić. Co miałabym wtedy robić?
– Żyć, pani porucznik. Żyć...
Sam spojrzała na nią, dostrzegając lekko zaciśnięte pięści i delikatnie drżenie warg.
Kiedy straciliśmy tę tęsknotę za szczęściem?
– Velar. Mów mi Velar.
ESTÁS LEYENDO
Gdy Wyginęły Smoki
FantasíaFantastyczna opowieść o dziewczynie zmuszonej uciekać przez światy, tylko po to, by móc zacząć gonić i odkrywać rzeczy, które znane były wcześniej tylko z legend. Musi odnaleźć swoje miejsce w historii, choć największym wyzwaniem może okazać się wyj...
