PROLOG

11 1 1
                                        



W ogromnej hali sportowej, na której trwał właśnie trening szkolnej drużyny siatkarskiej rozgrywał się mecz przygotowujący główny skład do tegorocznych zawodów międzyszkolnych.

Zagrywka górą.
Przyjęcie, wręcz idealne.
Rozegranie, lekką parabolą.
A na końcu atak z wyskoku.
Lecz gwizdek nie kończy rozgrywki.
Piłka znowu zostaje poprowadzona ku górze.

"Wraca", "Szansa" słowa odbijają się w umysłach zawodników. Wszystko dzieje się szybko, ale nie dla dwunastu skupionych nastolatków stojących na zaledwie osiemnastu metrach. Piłka leci idealnie przed dziewczynę z napisem "Davis" widniejącym na tyle koszulki. To kapitan drużyny. Nie była nią bez powodu. Precyzja, zwinność, szybkość, skupienie, odwaga, wytrwałość, umysł analityka, zrozumienie. Wszystkie te cechy tworzą z niej idealną zawodniczkę, nie tylko drużyny szkolnej, ale prawdziwych reprezentacji. Marzyła o tym od dziecka, kiedy po raz pierwszy obejrzała mistrzostwa wraz ze swoim tatą.
Jednak gra stanęła w momencie, gdy piłka uderzyła bezwładnie o parkiet tuż przed stopami Britney. Nie zrobiła kroku w przód, nie ustawiła rąk, jej oczy nie były skupione na piłce. Klatka piersiowa dziewczyny poruszyła się niespokojnie. Oddech był przyspieszony, a powietrze łapczywie nabierane do płuc. Zaczęła kaszleć, dostawała zawrotów głowy. Instynktownie przykładając dłoń do ust spostrzegła jak ta robi się brudna od szkarłatnej krwi.

Nie wiedziała ile było objawami nieznanej jak dotąd choroby, a zwykłym, lecz przerażającym atakiem paniki.

***

Epizody kaszlu, duszności czy zawroty głowy stały się nieodłączną częścią jej życia, tak samo jak częste wizyty u lekarzy i badania. Diagnoza została postawiona szybko. Tak szybko jak wprowadzone leczenie. Rak płaskonabłonkowy płuc. Diagnoza, która była wyrokiem dla wielu ludzi, teraz została wydana na młodą dziewczynę pełną perspektyw. Najpierw była opanowana. Dopiero w momentach, gdy siedziała na krześle w małym gabinecie lekarza, słysząc jak to wyniki się nie poprawiają spokój ją opuszczał.

***

W jeden ze spokojnych wakacyjnych dni Britney została poproszona o szybszy powrót do domu. Wraz z rodzicami wsiadła do samochodu i wspólnie udali się w stronę kliniki. Tam czekała na długim ciągnącym się korytarzu podczas, gdy jej opiekunowie byli już w środku gabinetu. Po upłynięciu piętnastu-dwudziestu minut drzwi uchyliły się, a ta została zaproszona do środka. Pierwsze na co zwróciła swą uwagę była jej matka z chustką w dłoni tępo patrząc w ścianę naprzeciwko, podobnie do ojca. Nie odzywali się, nie patrzyli na nią. Po prostu tam byli, jednak odczucie było zupełnie inne. Powoli szła w głąb pomieszczenia siadając na fotelu.

"Miło cię znowu zobaczyć Britney." - Odezwał się nieco starszy mężczyzna również zajmując swoje miejsce. Był to dr. Thompson, który stanowił rolę lekarza prowadzącego dziewczyny.

"Wolałabym w innych okolicznościach."

"Wiesz, że twoje rokowania nie były dobre. Wprowadzone przez nas metody leczenia nie zadziałały, a twój stan się nie polepszył." - Widać było po jego twarzy jak bardzo skupiał się na doborze słów.

"Do czego Pan dąży?"

"Twój stan już się nie polepszy. Nie możemy przewidzieć jak szybko rak się rozwija. Szacunkowo przerzuty przejmą twój organizm w parę następnych miesięcy." - Zrobił przerwę. "Dlatego też przerwiemy dalsze leczenie i zapewnimy ci opiekę pod względem zdrowia psychicznego. Wiem, że nie byłaś przekonana do rozmów z psychologami, ale wraz z twoimi rodzicami uznaliśmy, że powinnaś spróbować."

"Okej." - To były ostatnie słowa jakie wypowiedziała tego dnia.

***

193 DniDonde viven las historias. Descúbrelo ahora