ZAPRASZAM NA PIERSZĄ ŚWIĄTECZNĄ OPOWIEŚĆ :)
w planach jest opublikowanie dwóch opowiadań, ale może po drodze wpadnie jakieś dodatkowe krótkie dziwadełko. :)
_____________________________________________
Wsiadłam do autobusu pełnego ludzi. Niektórym z toreb wystawały papiery ozdobne i kolorowe pudełka od zabawek. Gwiazdka za dwa tygodnie. Szał świąteczny trwał w najlepsze. Sama na ten szał narzekać nie mogłam, to dzięki niemu teraz zarabiałam. W sklepach tłumy ludzi, poszukujących idealnych prezentów dla swoich bliskich. Mariah Carey i Wham! bombardują swoimi piosenkami z każdej strony. Tylko śniegu brak...
Na szczęście, bo jakbym musiała użerać się jeszcze z błotem pośniegowym, to chyba szlag by mnie trafił. Czy jestem zgorzkniała? A i owszem. Bliżej mi do Grincha niż świątecznego elfa. Co jest dosyć ironiczne, ponieważ od kilku lat robię wszelkiej maści ozdoby świąteczne i zarabiałam na tym, całkiem fajne pieniądze. Kompletnie przy tym nie czując magii świąt. Szczególnie w tym momencie, bo jakiś geniusz stojący obok mnie, zaczął wbijać mi pod żebra paczkę, którą trzymał.
- Spokój, tylko spokój nas uratuje. - wymamrotałam pod nosem. Na szczęście, już za chwilę miał być mój przystanek. Kiedy w końcu wysiadłam mogłam odetchnąć, w miarę, świeżym powietrzem.
Ktoś pchnął mnie w bok, przez co prawie upadłam, w ostatniej chwili łapiąc równowagę. Co nie było łatwe, bo byłam obładowana torbami. Odwróciłam się gwałtownie, ale zobaczyłam tylko odbiegającego dzieciaka. - Szlag by to trafił. - powiedziałam już na głos. Ten dzień zdecydowanie nie był mój. Po raz kolejny odetchnęłam głęboko i zaczęłam iść do domu. Musiałam jeszcze dokończyć dwa zamówienie dla klientów.
Dziś był mój ostatni dzień w pracy. Oficjalnie pracę kończyłam trzydziestego pierwszego grudnia, ale nikt nie mógł zabronić mi wykorzystania zaległego urlopu. Z czego aktualnie korzystam. Dotarłam do mieszkania. Rozpakowałam zakupy i usiadłam do dokończenia zamówienia. Dopracowywałam właśnie dziadka do orzechów, którego miałam doczepić do stroika, gdy na telefonie wyświetliło się powiadomienie o nowym zamówieniu. Odłożyłam figurkę do wyschnięcia i idąc do kuchni zgarnęłam telefon.
Zatrzymałam się w pół kroku czytając zamówienie: "...chcę zamówić wszystko z oferty... Z dostawą do domu..." Koleś chce zamówić wszystko. Oszalał. Jeśli przyjmę to zamówienie wpadnie mi na konto kilkanaście tysięcy, ale nie będę mogła przyjmować nic nowego...
Na końcu wiadomości był numer telefonu i email. Zdecydowałam się zrobić na szybko wycenę i wysłać ją do klienta, jeśli to go nie odstraszy, to będę ustawiona na kilka miesięcy. Zrobiłam sobie kawę i usiadłam do komputera. Godzinę później miałam gotową wycenę. Przesłałam ją mailem i przyjęłam w międzyczasie dwa inne zamówienia, na pojedyncze ozdoby.
"Dziadek" wysechł, więc mogłam go dokleić do stroika i koniec na dziś. Usłyszałam przychodzącą wiadomość. Tak, klient odpisał, że się zgadza. Chcę omówić wszystkie szczegóły jutro w jego biurze? Prychnęłam.
No idealnie, jeszcze tylko zadufanego w sobie biznesmena mi brakowało do szczęścia. - powiedziałam na głos. Jednak pieniądze były mi bardzo potrzebne, więc odpisałam, że będę o czasie, który zaproponował.
Skoro przyjęłam tak duże zamówienie nie miałam już czasu na inne. Napisałam informacje o zakończeniu przyjmowania nowych zamówień, umieściłam ją na stronie i przejrzałam maile z zamówieniami do zrealizowania. Trzy czekały do wysyłki, którą zrobię jutro i dwa do zrobienia jutro. Dodatkowo dzisiejsze dwa, ale są małe wiec w kilka dni się wyrobie. Uporządkowałam zamówienia. W ciągu dwóch dni powinnam je już wysłać do klientów, a skoro jestem prawie oficjalnie bezrobotną, będę miała czas na zrobienie wszystkiego w terminie.
Zaparzyłam sobie kolejną kawę i po przejrzeniu rzeczy jakie miałam na stanie, zrobiłam dużą listę zakupów. Dochodziła dwudziesta pierwsza godzina, więc mogłam usiąść do jeszcze jednego zlecenia.
Leciałam na złamanie karku do wieżowca, w którym byłam umówiona z klientem. No oczywiście, że musiał pracować na najwyższym piętrze. Byłam już spóźniona dziesięć minut. Wysiadłam z windy i weszłam do jasnej poczekalni. Za biurkiem siedziała dziewczyna, która w tym momencie mogłaby uchodzić za moje totalne przeciwieństwo. Piękna blondynka z włosami związanymi w idealny kok. Nawet jeden włosek nie śmiał wystawać. Ubrana w czarne spodnie i białą koszulę wyglądała jak idealna sekretarka. Teraz pomyślałam, że dżinsy i zwykły sweter to chyba jednak nie jest odpowiedni strój na, bądź co bądź, spotkanie biznesowe. Dziewczyna wstała:
- Pani Zawada? - zapytała, wychodząc zza biurka.
- Tak, przepra... - próbowałam się wytłumaczyć.
- Proszę o pani płaszcz, wiceprezes już czeka. - przerwała mi z uśmiechem.
- Dziękuję. - odpowiedziałam zdejmując płaszcz i szalik, którym byłam opatulona.
Poszłam za dziewczyną, która wprowadziła mnie do drzwi gabinetu.
- Panie Michale, pański gość już jest. - sekretarka przepuściła mnie w drzwiach. Weszłam do gabinetu.
Szklana ściana, to pierwsze co rzuciło mi się w oczy. No oczywiście, pan wiceprezes. Jego biurko stało o dziwo nie na środku pokoju, ale z boku, po prawej stronie. Na lewo kanapy i stolik pomiędzy nimi, pewnie na większe spotkania albo raczej mniej formalne. Mężczyzna podniósł się zza biurka.
Był wysoki, bardzo wysoki. Miał ciemne włosy przyprószone siwizną i praktycznie czarną, krótko przystrzyżoną brodę. Onieśmielił mnie. Nie wyglądał na lalusia pracującego za biurkiem, ale bardziej na drwala, który pracuje całe dnie na dworze. - Jezu, Zośka, o czym ty myślisz!!! - skarciłam samą siebie w duchu. Przełknęłam ślinę i podeszłam do niego, wyciągając rękę na przywitanie.
- Dzień dobry, Zofia Zawada. - powiedziałam witając się, miał dużą i zaskakująco przyjemnie ciepłą dłoń.
- Michał Strożyński, proszę usiąść, pani Zawada. - gestem wskazał krzesło za mną. - Widziałem wycenę i zgadzam się koszty, jakie pani oferuje. Jest pani w stanie wykonać całe zamówienie do świąt?
- Tak. - usiadłam na skraju krzesła. Jakbym była na dywaniku u dyrektora. - Problemem może być tylko przeniesienie wszystkiego na czas i ustawienie.
- Hm... - zamyślił się. - A jeśli wyeliminujemy problem transportu? - Spojrzał na mnie ciemnymi oczami.
- To znaczy? - zapytałam. Miał przyjemny, niski głos.
- Wszystko wykona Pani na miejscu i od razu je ustawi. Pozna Pani przy okazji dom i będzie od razu mogła udekorować go, jak należy.
Spojrzałam na niego jak na wariata. Czy on zaproponował mi właśnie mieszkanie u siebie? Jakby czytając mi w myślach odpowiedział:
- Przyjeżdżałaby Pani na standardowe 8 godzin pracy. Oczywiście pokryłbym dodatkowo koszty transportu. Do świąt zostało dwanaście dni, dziewięć nie licząc weekendów.
Skinęłam głową potakująco. Był logiczny, nie musiałabym tachać wieńców i stroików w kilkunastu transzach transportu.
- Dobrze, w takim razie jutro zostaną dostarczone do Pana domu wszystkie półprodukty i materiały. - powiedziałam po prostu.
Ustaliliśmy jeszcze szczegóły. Dostałam jego adres, oczywiście w willowej części miasta i wyszłam z jego gabinetu. Sekretarka podała mi płaszcz i odprowadziła do drzwi. Kiedy wyszłam z budynku, w końcu odetchnęłam pełną piersią. Te wieżowce zawsze mnie jakoś przytłaczały, nawet, gdy w jednym z nich pracowałam.
Z nieba zaczął prószyć drobny śnieg, założyłam kaptur i udałam się na przystanek autobusowy. Teraz czekały mnie jeszcze ogromne zakupy, na szczęście nie będę musiała targać ich do domu.
_________________________________________________
kolejna część już jutro :D
Napisałam je oryginalnie trzy lata temu, a teraz po pewnych (znacznych) poprawkach wstawiam teraz :)
CZYTASZ
Zasypane święta
RomanceW samym środku przedświątecznego chaosu Zośka dostaje zlecenie życia, udekorować cały dom na święta. Praca, która miała być tylko kolejnym kontraktem, szybko zapowiada się na coś znacznie więcej. Zamieć zmusza ja i jej pracodawcę do spędzenia ich ra...
