Szczęśliwego nowego roku!
Pozwolę sobie złożyć wam takie szybkie życzonka. Zdrowia, szczęścia i wszystkiego co tam chcecie - a w szczególności spełnienia marzeń!
Zgodnie z powstałą już u mnie tradycją, 1 stycznia zaczynam nową książkę. Utrzymana lekko w takim starym klimacie. Wiecie, walki na miecze, strzelanie z łuku, zamek, bale i barwne suknie... Takie krótkie opowiadanie o zderzeniu ze sobą dwóch całkowicie odmiennych światów i rozkwitającej przyjaźni, a może nawet czegoś więcej...
Rozdziały będą krótkie i lekkie. Mam nadzieję, że pozwoli mi to z powrotem wrócić do trybu pisania, z którego ostatnio wypadłam.
Neiti
1 stycznia 2024
* * *
*
* * *
Jake od kilku minut zabijał czas, myśląc nad sensem istnienia drzew. Podczas chwil takich jak ta, dla niego i przyjaciół były one porównywalne do daru zesłanego z nieba. Dawały bowiem świetną i niezastąpioną kryjówkę, jednak nic poza tym. Nieprzebyty gąszcz, pełen irytujących komarów, które nie zważając na niezbyt zadowolone miny trójki chłopaków wesoło brzęczały im nad uchem. Na dodatek w około unosiło się mnóstwo parującej wody, która zebrała się na liściach po nocnym deszczu. Czyniła ona powietrze strasznie dusznym i ciężkim, przez co każdy z nich miał już lekko zaczerwienione policzki i kropelki potu na twarzy.
- Niech to! – wykrzyknął Harry, gwałtownie zrywając się z miejsca. – Transport miał przejeżdżać tędy równo w południe, a po pozycji słońca dałbym sobie rękę uciąć, że dawno minęła druga! Nie usiedzę tu ani minuty dłużej - z daleka widać było, że jest naprawdę zniecierpliwiony i wykończony ciągnącym się wieczność czekaniem. Podczas gdy mówił, bardzo energicznie wymachiwał rękami a jego twarz przybrała jeszcze intensywniejszy odcień czerwieni.
Harry nie należał do wysokich osób. Niecały metr i pięćdziesiąt sześć centymetrów oraz pulchna budowa ciała sprawiały, że nikt nigdy nie brał go na poważnie, pomimo dawno osiągniętego wieku pełnoletności. Miał ciemnobrązowe włosy, które zroszone parą wodną i potem przylepiły mu się do wiecznie zaróżowionej twarzy.
- Wyluzuj stary, cierpliwość naprawdę popłaca – zwrócił się do niego trzeci z chłopaków.
Leo – bo tak go nazywali – siedział luzacko oparty o szeroki pień drzewa, a w ręku trzymał nóż, który z nudów ostrzył znalezionym gdzieś przez siebie kamieniem. Ten za to odmiennie od Harrego od urodzenia był chudy jak nitka. Ani mięśni, ani wypracowanej sylwetki nigdy nie posiadał, a gdy biegał, każdy kto na niego patrzył miał wrażenie, że zaraz się połamie. Swoje blond włosy miał w wiecznym nieładzie, tak jakby nigdy nie spotkały się jeszcze z grzebieniem.
- Łatwo ci mówić! Nie zliczysz nawet ile pająków ściągnąłem z siebie przez ten cały czas od którego tu siedzimy. Mam dość! Pewnie mieli po drodze jakiś wypadek i dzisiaj nie przyjadą. Nie ma sensu marnować czasu, wracam.
- Czekaj! – Jake złapał go za rękaw koszuli. – A ty Leo przestań szurać tym żelastwem. Coś słyszałem.
Pozostała dwójka zaciekawiona uniosła głowy. Czyżby jednak szczęście im jeszcze dzisiaj dopisało?
Jake wyprostował się i powoli przybliżył w stronę ulicy. Nie był bardzo przystojny, ale miał w sobie coś, co przyciągało ludzki wzrok. Gdy tak wytężał wzrok w dal wyglądał dostojnie i władczo – jak urodzony przywódca. Miał dłuższe, jasnobrązowe włosy, które od jakiegoś czasu przywykł związywać w kucyka z tyłu głowy. Dodatkowo, jego nieodłącznym znakiem rozpoznawczym było źdźbło przerośniętej polnej trawy, które miał przełożone między pasemkami. Nikt nie wiedział po co mu to było, a sam posiadacz tej wiedzy, nigdy nikomu jej nie ujawnił.
CZYTASZ
Drugi świat
Teen FictionAlice jako przyszła następczyni tronu, szykuje się do ślubu z księciem Frederickiem, jednak kiedy jej przyszły małżonek zjawia się w pałacu, wszystko zaczyna iść nie tak jak powinno. A może to właśnie tak miało być?
