Imperium

11 1 0
                                        

Ta historia opowiada o upadku. Albo o odkupieniu. Wszystko zależy od tego, kto i jak postanowi ją opowiedzieć.

Każdy z nas zapamiętał ten rozłam inaczej.

Jedni powiedzą, że był wyższą koniecznością. Inni – że największą zbrodnią w historii Imperium. Są i tacy, którzy do dziś twierdzą, że gdyby wtedy nie wzniesiono Muru, Stolica nie byłaby taka sama.

Siedem lat temu wszyscy byliśmy jednym narodem. Imperium rozciągało się od smaganych wiatrem wybrzeży aż po zimne, głębokie prowincje Północy. Stolica stanowiła jego tętniące serce – potężne metropolie zbudowane ze szkła, stali i światła. Oferowała wszystko, czego człowiek mógł zapragnąć, a nawet więcej.

Nazywano ją nową przyszłością.

Dopóki ta przyszłość nie zaczęła zadawać ludziom niewygodnych pytań.

Kto ma prawo z niej korzystać? Kto na nią naprawdę zasługuje? I co zrobić z tymi, którzy nie pasują do idealnego obrazu świata?

Odpowiedzią stał się System – bezduszną hierarchią praw starannie zaprojektowaną przez prezydenta Eliasa Camberna.

Początkowo nikt się go nie obawiał. Miał przecież chronić, porządkować i ułatwiać życie. Z czasem zaczął jednak decydować o sprawach, które dotąd należały wyłącznie do ludzi.

System decydował o tym, kto dostanie przydział na mieszkanie. Kto zasłużył na lepszą pracę. Kto opuści miasto, kto powoła na świat dziecko, a kto odda zdrowie w służbie ojczyźnie.

Aż w końcu odpowiedział na najważniejsze pytanie: kto w ogóle jest warty miana obywatela tak doskonałego świata?

Władza nazywała to ochroną odrodzonego społeczeństwa. Ludzie – najpierw szeptem, potem na całe gardło – zaczęli nazywać swój kraj więzieniem.

W końcu ulice pękły. Tysiące ludzi wyszło przed budynki rządowe, domagając się wolności i odzyskania prawa do własnego losu. Chcieli, by System przestał zaglądać im w najskrytsze myśli.

Początkowo pokojowe protesty szybko wymknęły się spod kontroli. Przez kilka przerażających dni obrzeża Stolicy płonęły i krzyczały. Wojsko wyszło na ulice z ostrą amunicją, a w miejscach, gdzie jeszcze niedawno parzono kawę, wyrosły czołgi i barykady. Szpitale przestały przyjmować rannych. Prąd odcinano całymi dzielnicami.

Ludzie, którzy jeszcze miesiąc wcześniej mijali się na klatkach schodowych z uśmiechem, nagle zaczęli wskazywać się nawzajem palcami, oskarżając o zdradę.

Imperium stanęło na krawędzi krwawej wojny domowej.

I wtedy przed kamerami stanął prezydent Elias Cambern.

Nie krzyczał. Nie groził. W idealnie skrojonym garniturze, z twarzą pozbawioną jakichkolwiek emocji, przemawiał spokojnie – jak człowiek, który decyzję podjął już dawno temu. Oznajmił, że nie zamierza mordować własnych obywateli, bo każdy zasługuje na wybór.

Mogli wrócić do porządku, podpisać deklarację lojalności, potępić bunt i cieszyć się dostatkiem Stolicy.

Albo mogli odejść.

OutcastsStories to obsess over. Discover now