CYNAMONKA I DUŻA HERBATA ZIMOWA

75 8 12
                                        

Tego poranka wydawało mi się, że wiatr toczy zaciętą walkę z polaną. Z moją polaną. Polaną, którą odwiedzałam codziennie od ucieczki rodziców, których niegdyś w świat wysłała pasja do sztuki. Ja również wielbię sztukę, otaczam się nią na codzień, nie tylko dlatego, że mi się podoba. Jest to sposób w jaki mogę wyrazić swoje emocje, a dla mnie jest to łatwiejsze niż mówienie. W sztuce odnajduje spokój. I właśnie o tym myślałam tworząc kolejny obraz na polanie moich dziadków. Obraz przedstawiał jezioro przede mną. Wpatrywałam się w nie dokładnie, aby uchwycić każdy element na obrazie. Ten obraz akurat nie miał głębszego znaczenia. Wystarczyło, że na nie spojrzałam i już wiedziałam, że to właśnie na nim się skupie. W chwili gdy dodawałam ostatnie elementy, ostatnie machnięcia pędzlem, poczułam miły dotyk puchatej sierści Cynamonki, mojej malutkiej kotki. Nazwałam ją tak, bo moją ulubioną przekąską jest właśnie ona. Cynamonki są tak delikatne i piękne, moja kotka również taka jest. Całą jej sierść pokrywają małe łatki kolorze brązowym, a gdy się skupi na niej wzrok, można zauważyć też, że widnieją na niej, malutkie czarne plamki. Choć raz dziennie, leżę i podziwiam to jakie natura dzieła może stworzyć, jednym z nich jest właśnie moja mała Cynamonka. Zaczęła wiercić się i zaczepiać mnie, abym ją pogłaskała. Czasem twierdzę, że to najbardziej kochany kot. Wydaje mi się, że jej emocje są tak głębokie i mimo, że to "tylko kot" mogę powiedzieć, że Cynamonka to moja najlepsza przyjaciółka. Niezbyt ufam ludziom po tym co zrobili moi rodzice. Tak naprawdę? chyba nie potrzebuje ludzi wokół siebie. W stu procentach wystarcza mi obecność Cynamonki i otaczającej mnie natury. Głaskając tak kotkę, stwierdziłam, że domaluje jeszcze ją na obrazie. Mocno skupiłam się, aby precyzyjnie narysować kotkę. Każde machnięcie pędzlem, każda kreska, była taka złożona. Byłam tym tak pochłonięta, że o dziwo ani razu nie popełniłam błędu. Gdy przyszedł czas na narysowanie jej malutkich oczek, poczułam lekki głód. Spojrzałam na godzinę i uświadomiłam sobie jak późno już jest. Przyśpieszyłam więc tempo malowania, aby załapać się jeszcze na ciepły obiad w kawiarni i zarazem cukierni dobrej przyjaciółki mojej babci. Po około pięciu minutach skończyłam swój obraz i odłożyłam go do swojego pokoju. Nie zastanawiałam się nawet co na siebie ubrać, co prawda wyjęłam pierwsze lepsze ubrania z szafy, a gdy spojrzałam w lustro, stwierdziłam, że wygląda to całkiem dobrze. Dziwny kształt mojej figury zakrywała koszula o ciemno kremowym kolorze. Tak naprawdę, mimo ozdób i przeszyć pod szyją, była jedną z bardziej komfortowych i przyjemnych w szafie. Moje nogi przykrywała jednak długa, brązowa, jedwabna spódnica. Była na tyle długa, że przykrywała górę moich świeżo po wyschnięciu par martensów. Mój kawałek odsłoniętej szyi zdobił srebrny naszyjnik z zawieszką w kształcie księżyca, a na uszach założone miałam lekkie kolczyki z kryształkami, które dostałam w prezencie na osiemnaste urodziny od mojego dziadka. Mam je przy sobie cały czas, bo są dla mnie bardzo ważne. Po skończeniu przyglądania się sobie w lustrze, spakowałam w swoją małą skórzaną torbę, pieniądze, książkę,chusteczki, gdybym miała się ubrudzić oraz klucze do domu. Pośpieszając kroku, zamknęłam drzwi na klucz i wyszłam z domu. Co prawda kawiarnię nie dzielił ode mnie kawał drogi, ale minęło już ponad pół godziny od wyciągnięcia świeżego i ciepłego pieczywa, a ja liczyłam na naprawdę dobry obiad. Po około czterech minutach nucenia pod nosem jakiejś melodii, którą dziś przypadkowo usłyszałam podczas pobytu na polanie, wreszcie dotarłam do kawiarni pani Mirth. Była to serdeczna przyjaciółka mojej babci od jakiś trzydziestu lat, odkąd poznały się na weselu moich dziadków. Z chęcią słuchałam przez osiemnaście lat swojego życia historii ich poznania, ponieważ pani Mirth była jedną z osób, które szczerze lubiłam, oczywiście oprócz Cynamonki. Można powiedzieć, że od dziecka praktycznie codziennie odwiedzam jej kawiarnie. Kiedy byłam jeszcze młodsza, gdy pani Mirth nie patrzyła, podkradałam jakieś ciasteczka na później. Myśląc o tych wspomnieniach, szczerze uśmiechnęłam się, co było widoczne na mojej twarzy, zwłaszcza, że wydałam z siebie stłumiony śmiech. Ewidentnie właścicielka zauważyła mnie i ten mój uśmiech na twarzy, ponieważ odrazu odezwała się na mój widok

"Kochana moja, Audrey. Jakże ja dawno cię nie widziałam! Gdzieś ty podziewała się przez ten cały tydzień?"- Mówiła z takim uśmiechem na twarzy i przytulając mnie co chwila. Stęskniła się, ale był to uroczy gest.

"Dzień dobry pani Mirth. Również cieszę się na pani widok!"- Powiedziałam odwzajemniając jej uścisk. "Większość tygodnia spędziłam na malowaniu i przymierzaniu sukni wiktoriańskich. W końcu wie pani jak bardzo to uwielbiam."- Dodałam gdy już skończyłyśmy się obejmować. Porozmawiałyśmy jeszcze chwilkę, po czym wskazała mi stolik i przyjęła ode mnie zamówienie. Dzisiaj zamówiłam, duży kubek herbaty zimowej oraz dwa naleśniki z magicznym nadzieniem. Do dziś nie mam pojęcia dlaczego tak je nazwała. Za dziecka je uwielbiałam, głównie przez nazwę, ale śmietana z różnymi owocami również zdobyła moje serce. Czekając na moją herbatę i obiad, wyjęłam starą książkę, którą pare dni temu wypożyczyłam w bibliotece publicznej. Kochałam tam chodzić, ponieważ była taka stara, jej wykończenia były złote, a książki, które się w niej znajdowały nie były takie jak w innych bibliotekach. Były tam poszczególne i stare wydania wszystkich książek, co według mnie było przepiękne, a co lepsze, po wejściu schodami na górę, można było zamówić kawę czy herbatę w owej kawiarni. Jednak dla mnie żadna kawiarnia nie ma szans na wygranie z tą pani Mirth. Czytanie "Małych Kobietek" przerwał mi pan, który właśnie przyniósł mi moje zamówienie. Odłożyłam więc książkę zaznaczając stronę przypadkowym kawałkiem papieru, który leżał obok mnie. Taki był już mój zwyczaj zaznaczania strony czymkolwiek co znajduje się obok mnie. Po chwili posmakowałam zamówionych naleśników, które nadal smakują tak samo pysznie jak siedem lat temu. Mocno doceniam w pani Mirth to, że nie zatrudnia nikogo nowego i sama z kolegą tworzą swoje menu i posiłki. Oglądając przechodzące za oknem koty, sięgnęłam po herbatę, aby nie czuć aż tak bardzo słodkiego smaku śmietany i owoców. Upijając duży łyk herbaty, odrazu poczułam smak cynamonu, który tak bardzo kocham. Dopiłam jeszcze pare łyków gorącej herbaty po czym powróciłam do lektury. Czytałam i jednocześnie zajadałam swój obiad. Po zjedzeniu swoich dwóch naleśników, odłożyłam książkę i przez chwile patrzyłam na ludzi przechodzących po ulicy. Sięgnęłam ponownie za kubek herbaty i powróciłam do oglądania miejskiego trybu życia. Obserwując teraźniejszą modę, dopijałam ostatni łyk herbaty z miodem, goździkami, pomarańczą cynamonem i sokiem malinowym. "No i herbata się skończyła."- Pomyślałam ze smutkiem, kiedy to właśnie herbata była moim ulubionym napojem. Ziewnęłam oschle i podniosłam się, aby pójść zapłacić. Płacąc za obiad, wymieniłam z panią Mirth pare zdań po czym wróciłam do stolika po swoją torbę i lekturę. Wyszłam z kawiarni. Pogoda trochę się pogorszyła, wiatr zaczął być mocniejszy i zaczynało padać, dlaczego też zaczęłam iść szybciej. "Kurcze,  nie pójdę już dziś do sklepu z sukniami wiktoriańskimi"- Pomyślałam, co było dla mnie jeszcze bardziej smutne niż poprzednim razem. Po szybkim obmyśleniu moich planów w najbliższych dniach, ustaliłam, że do second-handu pójdę za dwa lub trzy dni. Wracając do domu, do mojej
głowy zawitała kolejna melodia, którą usłyszałam w kawiarni. Dlatego też podczas powrotu cały czas w głowie nuciłam "Wicked Game" od Chris'a Isaak'a. Właśnie tak minęła mi droga do domu. Ze zmęczeniem otworzyłam drzwi, zdjęłam swoje znów mokre po deszczu martensy i niezdarnie wspięłam się do góry po schodach. Gdy w końcu zawitałam do pokoju i usiadłam na łóżku, zorientowałam się, że przecież nie przywitałam się z dziadkami. Zeszłam więc znowu na dół, tym razem z lekturą w ręku i zauważyłam, że nie ma ich w domu. "Jak cicho" Pomyślałam. Postanowiłam więc to wykorzystać, usiadłam na miękkiej kanapie i chwyciłam książkę. Czytając piątą stronę, nie wiem kiedy złapało mnie takie zmęczenie. Zaczęłam coraz więcej ziewać po czym moje orzechowe oczy same zaczęły powolutku się zamykać i zamykać. Nie pamiętam chwili w, której popadłam w głęboki sen, z "Małymi Kobietkami" przy sobie.

Księżycowa wodaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz