Kująca trawa

48 12 0
                                        

Z niesmakiem zaciągam się, a po chwili dym wypełza z moich ust, niosąc światu nieme wieści, których nikt nie usłyszy. Leżę w bezruchu w jedynie trochę wysokiej trawie niedaleko torów kolejowych, a moja głowa wcale nie lata pośród chmur. Leży twardo na ziemi i walczy z natrętnymi myślami, próbując zagłuszyć je ciszą. Pomimo nieprzyjemnie wbijającej się w moją skórę trawy, ani jedna z tych myśli nie mówi o tym żeby wstać. Jej pojedyncze włoski irytująco zaczepiają skórę mojej twarzy. Drażni mnie również słońce, które uparcie i nieprzeciętnie silnie świeci, uniemożliwiając mi uchylenie powiek choćby na chwilę. Moje ciało nie rusza się z miejsca, nie wiem czy w ogóle wykonuje jakikolwiek ruch. Zamiast wstać wysyła nieme wołania o pomoc razem z dymem. Wśród kąsających twarz traw odróżniam jedne inne - ludzkie palce. Należą do leżącego obok chłopaka, który stawia palce na każdym z moich licznych piegów. Przyjąłem, że uwielbia to robić bo w jednym z moich snów tak powiedział, ale nigdy mu nie mówiłem, że znam ten sekret żeby nie było niezręcznie. Możliwe, że żeby nie wydać własnego, ale to przecież zdecydowanie mniej prawdopodobne. Zawsze zastanawiało mnie dlaczego robi to tylko w porze lata, ale nigdy nie odpowiedział. Nigdy też nie zapytałem. Tak jest lepiej - kiedy mogę się zastanawiać dlaczego, podczas gdy dotyka kolejnych fragmentów mojej twarzy. W pewnym momencie przestaje czuć delikatne palce przyjaciela, a przedzierające się przez powieki promienie wrednej gwiazdy przysłania jakiś materiał. Uchylam powoli powieki i widzę daszek czapki. Z każdym głębszym oddechem czuję przyjemny zapach właściciela czapki zmieszany z potem, co tylko pogłębia niechciane myśli. Chwilę później czuję dotyk na szczęce pod którego delikatnym naciskiem przekręcam głowę w stronę przyjaciela. Wydaje mi się, że pytam "czemu", zapominając, że to pytanie, ale pewności nie mam. Żaden z nas nie wie co czemu, ale oboje układamy w głowie odpowiedzi, których nie wypowiadamy. Przykłada palec do moich spierzchniętych, od upału, ust i mówi cicho: "Wiatr rozmawia za nas, my nie musimy.". Potem znów wędruje palcami po mojej twarzy, a gdy już słychać w oddali, zbliżający się pociąg mówi "czterdzieści dwa". Gdy chce odsunąć rękę szybko próbuję ją zatrzymać na swoim policzku co się nie udaje. Chodź tego nie widzę, bo moje oczy od jakiegoś czasu na powrót są zamknięte, wiem, że lekko się uśmiechnął, a przynajmniej chcę wiedzieć. Gdy pociąg jest blisko czuję niepokój. Strach przed wszystkimi przestrogami o torach kolejowych i rosnącym hałasem piekielnych szyn. Znajdując się kilka metrów od przejeżdżającego pociągu mogę przecież zginąć. Ze strachu. Nawet jeśli się nie boję. Gdy pociąg jest już blisko, a ręka chłopaka już bardzo daleko, co tylko pogłębia moje zdenerwowanie, gdzieś nad jego głową rozbrzmiewa utwór z lat 60 informując, że ktoś dzwoni - jestem prawie pewien, że na wyświetlaczu widnieje napis "mama" oraz zupełnie pewien, że powinienem od niej odebrać. Nie odbieram, a czapkowy właściciel nie pyta czemu. Możliwe, że nie wie co czemu, choć to prawdopodobnie zdarza się jedynie mi, tak samo jak tylko dla mnie słońce jest takie wredne. Telefon ucichł, a zaraz potem nie było słychać i pociągu. Możliwe, że ze strachu umarłem, a może po prostu zasnąłem, bo następne co pamiętam to przyglądające mi się spokojnie oczy oraz zalane krwią niebo w tle. Powiedziałem wtedy: "dziękuję, że zraniłeś wredne słońce i teraz krwawi upadając coraz niżej i kona". Pomimo, że nie wiem kto i co zrobił gwieździe uznaję, że zrobił to on, tylko po to żeby mieć wytłumaczenie dlaczego zaraz potem zetknąłem jego wargi z własnymi. Jest głupie, ale wystarczające. Stwierdziłem iż uznam, że w odpowiedzi podarował mi kolejny pocałunek, bo tak jest bardziej, znów nie wiem co, ale jest bardziej. Nie pamiętam czy tamtej nocy, któryś z nas wrócił do domu, ale pamiętam, że trawa była zbyt niewygodna by się stamtąd ruszyć.

Tym razem leżę sam, co byłoby nawet smutne gdyby nie fakt, że są rzeczy smutniejsze. Wspominam tamten dzień, bo o nocy wolę zapomnieć. Wspominam go bo był jak niespełnione marzenie. Był dniem, w którym miałem to czego mieć nigdy nie będę mógł. Był jak gwiazda w morzu - niemożliwa, co najwyżej będąca złudzeniem, odbijającym się w wodzie niebem. Może to moje najlepsze wspomnienie, może najgorsze, a może to wcale nie jest wspomnienie. Tym razem, gdy zbliża się pociąg nie czuje niepokoju, pomimo, że jestem znacznie bliżej niż wtedy. A ostatnim o czym myślę to to ile niemożliwych gwiazd mam rozlanych na twarzy w tym roku. Gdzieś w oddali słyszę jego wołanie bym tego nie robił, choć woła jedynie w mojej głowie. Potem już tylko umieram.

Przestaje oddychać. Jednak boję się pociągu, a ze strachu jednak można umrzeć. Pociąg się jeszcze nie skończył, a ja dalej leżę w miejscu. Pojedyncza łza wypłynęła z oka znikając wśród włosów, ale jestem zbyt martwy ze strachu żeby wstać. Gdzieś za sobą słyszę coraz głośniej nawoływania znajomego głosu, aż w końcu postać dobiega. Widzę jej zarys. Widzę jak od razu rzuca się na mnie i mocno zaciska ramiona. Wydaję mi się, że słyszę jak o coś pyta, mam wrażenie, że płacze. Słyszę jego podneisiony ton i zaczynam czuć jego łzy na swojej szyi, które wypalają mi skórę. On nie powinien płakać. Dopiero kiedy podnosi mnie do siadu gwałtownie spowrotem wyostrzają mi się wszystkie zmysły. Pierwsze co słyszę to zniekształcone przez łzy "dlaczego tak blisko?" jednak jednogłośnie (a raczej bezgłośnie) stwierdzam iż będę udawać że nie wiem co dlaczego. Prawdopodobne jest, że potem mnie pocałował, a jeszcze bardziej prawdopodobne jest, że najpierw wyciągnąłem rękę by otrzeć jego policzki z łez. Znów ktoś dzwoni. Ten sam telefon. Ta sama piosenka. Znów nie odbieram.

koniec

Wiatr rozmawia o nasStories to obsess over. Discover now