Ten poranek był prawdziwie piękny. Słońce leniwie rozszerzało oświetlaną powierzchnię, przechodząc z sennego, niemalże magicznego różu, przez ciepłą pomarańcz do uspokajającego złota. Niezależnie gdzie postawiłeś swoją nogę, czułeś na swoim ciało delikatnie ciepło, które tak zabawnie łaskotało w nos za każdym razem, gdy zwróciłeś twarz w stronę Słońca i słyszałeś melodyjny śpiew ptaków, które jakby nic tylko chciały poprawić ci humor podczas spokojnej porannej przechadzki. Każdy mógłby być taki, pewnie pomyślisz, w końcu każdy musi mieć dobry nastrój po tak pozytywnym starcie, co? Hm, nie do końca.
Mianowicie jedna, nieco trzęsąca się dziewczynka ubrana jeszcze w piżamkę, spożywająca śniadanko w kuchni razem ze swoim ojcem, patrzyła się z nieokreślonymi emocjami w okno. co tam widziała? coś niebezpiecznego? coś przerażającego? cóż, to wie tylko Helena, bo takie imię nadano naszej bohaterce. wybierała je matka, ojcu nie wolno było, w końcu wybierał dla syna. Ah tak, to było jeszcze wtedy, kiedy nie było pewności czy urodzi się Helenka czy Arnold, bo tak zadecydował pewien wysoki blondyn, którego czasem ciężko było powiązać z dziewczynką. Ona odziedziczyła praktycznie wszystko po matce, od czubka głowy do palcy u stóp była jej malutką kopią, no, może była jedynie nieco wyższa niż rodzicielka w jej wieku. jedyną różnicą były jej oczy, które odziedziczyła po ojcu. szare, wyglądające na tak puste i nieobecne. cóż, była to nieco prawda, bo dziewczynka często się zamyśla, przez co wchodziła w ściany i meble, stąd jej plasterki na kolanach i dłoniach. w tej chwili miała na lewej ręce pięć (trzy były z nie do końca przyjemnego spotkania z nożem podczas robienia kolacji) a na prawej, dzierżącej obecnie łyżkę z płatkami i mlekiem, która zatrzymała się w drodze do ust, dwa. jednak zaraz dołączy do nich jeden, ponieważ wstając zacięła się o kartkę, która stanęła na drodze palcom szukającym budzika, tak szorstko budzącego Helenę co rano o piątej trzydzieści.
ja cię słyszę, serio. pytasz, 'dlaczego tak wcześnie?'. cóż, nie jest to do końca łatwe do wytłumaczenia i by to zrobić trzeba się cofnąć wiele, wiele lat wcześniej. więc, cofnijmy się do pewnego feralnego dnia, kiedy to wszystko się zaczęło.
czarne parasole i czarne stroje delikatnie zwilżone przez dopiero co zaczynający się deszcz. zapewne popada długo, w końcu nawet niebo opłakuje nowoprzybyłych. miarowe kroki, które stawiała zawodząca kobieta i dwóch jakże stoickich mężczyzn. poza wymienioną trójką, nad świeżo wykopanym grobem i zjeżdżającą trumną była jeszcze jedna, nie do końca rozumiejąca co się dzieje istotka, ubrana w czarne falbanki. nie wiedziała zapewne co się dzieje, w końcu przez całą ceremonię spała, jak na miesięczne dziecko przystało. gdy pozostałości po niegdyś matce zawiniątka przykryła gruba warstwa wilgotnej ziemi, niewielka grupka skierowała się w stronę granatowego auta, które prowadził wysoki blondyn. położył dziewczynkę w nosidełku na miejscu pasażera, po czym otworzył tylne drzwi starszemu małżeństwu, którzy podziękowali lekkim skinieniem. ten zaś, siadając za kierownicą, ściągnął grube okulary, chcąc nieco je przetrzeć. w końcu, deszcz od zawsze zostawia i będzie zostawiać po sobie ślady, jakże dokuczające osobom z wadą wzroku. starsza kobieta, siedząc za młodzieńcem nie wiedziała, co ten robi. jedyne czego była pewna, to to, że nie poruszają się.
- na miłość boską, Henryku, rusz już z przed tego cmentarza! - momentalnie przestała zawodzić, by zwrócić uwagę kierowcy. ah tak, zawsze można liczyć na teściową, nigdy nie zawiedzie.
- kochanie, nie teraz, proszę cię. - kładąc jej dłoń na ramieniu powiedział przysadzisty mężczyzna ubrany w czarny garnitur. - nie chcesz obudzić naszej wnuczki, prawda?
Henryk, bo tak miał na imię mężczyzna siedzący za kierownicą, nic nie powiedział. wiedział, że to jest najlepsze co tylko może zrobić podczas konfrontacji z tą kobietą. milczenie jest złotem, tak?
wspomniany mężczyzna kończył już wycierać brudne szkiełka. nałożył po chwili okulary na nos i podciągnął rękawy, zamaszyście wkładając kluczyk do stacyjki. sprawnym, wyuczonym ruchem przekręcił go i już po chwili jechał niezawodnym wozem przez zimny, jesienny krajobraz miasta, kierując się do swojego mieszkania. w końcu będzie mógł położyć jego najukochańszą córeczkę w łóżeczku, gdzie będzie bezpieczna. gdzie nic jej nie grozi. wcisnął sprzęgło, zmieniając bieg i dalej jechał jak najszybciej. nie chciał spędzać ani jednej niepotrzebnej sekundy w towarzystwie teściów. zacisnął jeszcze mocniej dłonie na kierownicy, chcąc uniemożliwić pojawienie się jakichkolwiek oznak żalu za zmarłą żoną. nie tu, nie teraz, nie przy wszystkich.
jak dobrze, że dziadkowie Heleny mieszkali po drodze, więc nie było potrzeby gdziekolwiek kluczyć. co prawda, miała się odbyć jeszcze stypa, ale Henryk wymigał się stwierdzeniem, że córeczka jest zbyt zmęczona, by później ją przenosić, więc natychmiastowo po wysadzeniu teściów skierował się na własną ulicę, by po chwili znaleźć się w garażu. ciepłym i suchym, w przeciwieństwie do otaczającej go obecnie pogody.
wyciągnął malutką dziewczynkę z nosidełka, by następnie delikatnie położyć jej drobniutką główkę na swoim ramieniu. była taka śliczna, taka . . . podobna do Amelii. jak mógł tego wcześniej nie widzieć? może nie chciał? nie dopuszczał tej myśli do siebie, w końcu córka była córką, żona żoną. a teraz widzi je jako jedno. ten nos, kolor króciutkich jeszcze włosów, to jak marszczyła czoło, gdy się budziła i gdy płakała. nie mógł się nadziwić, jaki skarb trzyma. wiedział, że nie może go zostawić na pastwę losu, że teraz musi być dla niej wszystkim, czego tylko potrzebuje. nie może dopuścić do. . . kolejnej straty. już jedna bolała wystarczająco, by załatwić kolejne tysiąc lat pogrążonych w smutku, po stracie córki nie miałby już co robić na tym świecie. byłby tylko kolejną gębą do wykarmienia. stoczyłby się tak szybko, wiedział o tym dobrze. nie mógł więc doprowadzić, by cokolwiek stało się Helenie. zamknie ją w domu, tak, to dobry pomysł. tu będzie bezpieczna. nikt i nic jej nie skrzywdzi w tym kloszu, był przecież tak idealny. różne myśli kłębiły się w jego głowie, gdy niósł dziewczynkę do jej pokoiku, aby położyć ją w malutkim łóżeczku. wyglądała jak aniołek, jak ósmy cud świata. otworzył drzwi z lekkim skrzypnięciem i położył ją, wciąż śpiącą.
-spokojnie, nic ci się nie stanie- pogładził ją delikatnie po główce -Heleno.-
-Heleno?- dziewczynka usłyszała głos ojca, przez który niemal rzuciła łyżką. spojrzała się swoimi nieobecnymi oczami miejsce, gdzie przed chwilą siedział ojciec, było puste. - Heleno, wołam cię od pięciu minut. - teraz zdała sobie sprawę, skąd dochodzi dźwięk. widziała jak ojciec wchodzi do garażu. tam jej nie wolno było wejść, nawet, by pomóc rodzicielowi.
Dziewczynka tylko pytająco się spojrzała na Henryka.
- wychodzę. ubierz się i zacznij powtarzać łacinę. - powiedział, nakładając fedorę na głowę - przepytam cię jak wrócę.
i zniknął kolejny raz w czeluściach zakazanego pomieszczenia a Helena, jakby nigdy nic wróciła do jedzenia śniadania, wesoło i nieco mimowolnie machając nogami pod stołem.
____________________________________________
1088 słów
YOU ARE READING
propaganda
Teen Fictionmłoda dziewczynka zawsze chętnie uczestniczy w swoich lekcjach, powtarzając łacinę i studiując zawiłe wzory fizyczne, które zazwyczaj są pomijane przez jej rówieśników. czemu więc ona znajduje determinację do nauki? cóż, wszystko dzięki jej ojcu, kt...
