Gdy tylko otworzyłam oczy poczułam jak mój pies liże mnie po twarzy.
- Misty! Misty, nie!
Usiłowałam zepchnąć z siebie psa w czym nie pomagał mi jej rozmiar. Misty to dwuletni owczarek niemiecki. Jak na tą rasę i psy w ogóle ma bardzo łagodne usposobienie.
- Misty, zejdź!
Pies posłusznie zeskoczył z łóżka. Ja sama wstałam z łóżka i podeszłam do lustra, które wisiało nad komodą. Z odbicia obserwowały mnie moje własne brązowe oczy. W zasadzie to moje oczy są trochę ciemniejsze niż taki naturalny brązowy. Czasami nie było widać źrenic. Rozczesałam włosy, a potem się ubrałam. Do mojego pokoju bezpośrednio przylega łazienka, w której spokojnie umyłam zęby nienarażona na mojego brata. Swoją drogą w mojej rodzinie panuje obsesja nadawania jej członkom imion rozpoczynających się na literę V. Ja mam na imię Valerie, mój brat to Vincent, mama Victoria, a tata Victor. W dodatku najmłodsza latorośl naszej rodziny ma być Veronicą. Mama jest już w piątym miesiącu ciąży i znosi to całkiem nieźle. Nie było żadnych omdleń ani nic w tym stylu. Tylko od czasu do czasu kontrolne wizyty u lekarza rodzinnego.
Nasz dom posiada jedno piętro, parter i piwnicę. Gdy byłam mała często zakładałam się z Vincentem ile wytrzymam w tej piwnicy przy zgaszonym świetle. Mój rekord to dwie minuty i trzydzieści cztery sekundy. Myślałam, że zaraz się popłaczę ze strachu. Teraz już nie boję się tam być.
Przy stole w jadalni siedzieli już wszyscy domownicy. Jak zwykle byłam ostatnia.
- Cześć.
Przywitałam się i zajęłam swoje miejsce. W odpowiedzi usłyszałam tylko jakieś ciche mruknięcie. Tata z gazetą, mój brat nieprzytomny, a mama pogrążona w myślach. Szurnęłam krzesłem trochę głośniej niż zamierzałam. Ten odgłos Vincenta z letargu.
- Cześć, Val. Wiesz, że wczoraj Ian o ciebie pytał.
- Słucham?
Zapytałam zaskoczona. Vincent uśmiechnął się tryumfalnie.
- Pytał się czy może razem ze mną podjechać po ciebie do szkoły. Był bardzo rozczarowany, gdy dowiedział się, że masz inne plany.
W tej chwili spojrzenie rodziców skierowały się na mnie. Oni nie wiedzieli o moich wyprawach w różne mroczne miejsca. Miałam ogromną ochotę udusić swojego brata.
- A gdzie byłaś Valerie?
Zapytała mama niby to niewinnym tonem.
- Poszłam na jezioro z Hazel, Frankiem i Luizą.
Miałam nadzieję, że rodzice się nie połapią, ale wyglądało na to, że znają mnie zbyt dobrze.
- Z Frankiem i Luizą? - powtórzył mój tata ze zdziwioną miną - Przecież ostatnio mówiłaś, że nie lubisz tych sztucznych dupków.
Boże, jaka ja jestem głupia pomyślałam Powinnam nic im nie mówić.
- Tak, tak mówiłam, ale Hazel bardzo chciała żebym poszła.
Rodzice nadal patrzyli na mnie podejrzliwie. Vincent nagle postanowił mnie wyratować z tych tarapatów.
- To prawda, serio. Zadzwoniła do mnie godzinę później i poprosiła żebym po nią przyjechał.
Mama i tata wyglądali na usatysfakcjonowanych. Poczułam jak wszystkie mięśnie mi się rozluźniają. Uratowana!
Godzinę później rodzice oznajmili, że jadą do sklepu kupić wyprawkę dla Veroniki.
- Obiad macie w lodówce!
Krzyknęła na odchodnym mama. Chwilę potem drzwi się zatrzasnęły. Spojrzałam z wdzięcznością na Vincenta.
- Dzięki. Nie masz pojęcia jak bardzo jestem ci wdzięczna. Gdyby nie ty pewnie bym wpadała.
- Spoko. W końcu to ja prawie cię wkopałem.
Uściskałam go, a potem popędziłam na górę. Zamknęła drzwi do swojego pokoju i zaczęłam szykować rzeczy na wyprawę. Włożyłam do plecaka lornetkę, aparat, scyzoryk, zapałki, latarkę, wodę utlenioną, bandaż i telefon. Potem założyłam kurtkę przeciwdeszczową i trapery. Nawet jeżeli wybierałam się tylko na cmentarz lepiej być przygotowanym na każdą ewentualność. Usłyszałam jakieś głosy dochodzące z parteru. Miałam nadzieję, że to nie rodzice. Stanęłam na najwyższym stopniu schodów. Nie, na szczęście to tylko Ian.
- Cześć Ian!
Krzyknęłam i zbiegłam ze schodów. Chłopak uśmiechnął się do mnie.
- Cześć Val. Gdzie idziesz?
- Na cmentarz.
Niemal czułam kpiący uśmiech Vincenta. Odwróciłam się szybko i szturchnęłam go w ramię.
- I co się uśmiechasz ciołku! Wczoraj widziałam tam coś dziwnego. Chcę sprawdzić czy nadal tam jest.
Nie chciałam tracić czasu, który pozostał mi do przyjazdu rodziców. Szybko minęłam Iana i rzuciłam tylko przez ramię:
- Jakby co: jestem u Hazel!
Na cmentarzu jak zwykle było chłodno. Ruszyłam powoli utratą ścieżką w kierunku anioła. Byłam pewna, że posąg będzie wyglądać tak samo jak wczoraj. Pomyliłam się jednak. Anioł miał pomalowaną czerwoną farbą twarz i rękę. Wyglądał przerażająco, a może ja pod wpływem zaskoczenia i strachu trochę to wyolbrzymiłam. Tak czy siak potrzebowałam chwili żeby ochłonąć. Dopiero potem wyciągnęłam z plecaka aparat i zrobiłam kilka zdjęć. Potem obeszłam anioła dookoła, ale nie zauważyłam nic innego. Ruszyłam dalej w kierunku starego grobowca, który był już trochę zniszczony.
- O rany!
Szepnęłam. Drzwi do grobowca były otwarte na oścież. Przez chwilę się wahałam. Była to przecież cudza własność. Moje wahanie trwało jednak tylko chwilę. Wyjęłam z plecaka latarkę i weszłam w ciemność.
W grobowcu było jeszcze zimniej niż na cmentarzu. Na jego środku stał niewielki stoli z małą miniaturką jednego ze starszych domów w okolicy. Rodzina, która tam kiedyś mieszkała dawno się wyprowadziła i zostawiła dom za sobą. Mama opowiadała mi, że właściciele chcieli sprzedać ziemię, ale ni mogli znaleźć kupca, więc w końcu się poddali. Dom powoli podupada i do dziś stoi pusty, ale miniaturka przedstawiała go w czasach świetności. Obejrzałam całą konstrukcję dokładnie. Zauważyłam, że jest jakby przedzielona na pół. Włożyłam latarkę do ust żeby nadal mi przyświecała i spróbowałam otworzyć budowlę. Chwilę się z tym męczyłam, ponieważ zawiasy lekko zardzewiały, ale w końcu udało mi się doprowadzić do otwarcia. We wnętrzu budowli nie było nic z wyjątkiem małego kawałka papieru. Wyjęłam latarkę z ust, a drugą ręką rozwinęłam papier. Było na niej napisane tylko jedno zdanie:
MAM CIĘ!
Wypuściłam latarkę.
W tej samej chwili drzwi od grobowca się zatrzasnęły.
Natychmiast pobiegłam w kierunku drzwi. Niemal potknęłam się o własne nogi w panującej tam ciemności. Zaczęłam walić rękami w drzwi.
- Pomocy! Błagam niech ktoś mi pomoże! RATUNKU!
Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Przerażona osunęłam się po drzwiach.
- Pomocy!
Krzyknęłam jeszcze raz, ale znów nikt mi nie odpowiedział.
- Spokojnie Valerie, nie panikuj. Dasz sobie radę. Masz przecież telefon, tak? Zadzwonisz do Vincenta, a on cię z tond wyciągnie. A teraz podnieś latkę.
Mówiłam sama do siebie i powoli wykonywałam polecenia, które sama sobie wydałam. Modląc się cicho aby mój telefon złapał zasięg zadzwoniłam do Vincenta.
Jest zasięg!
- Co?
Usłyszałam w słuchawce. Starałam się żeby mój głos się nie trząsł, ale nie wiem jak mi to wyszło.
- Vincent, posłuchaj. Ktoś zatrzasnął mnie w grobowcu i...
- Co?! Jak to?!
Niemal czułam panikę w jego głosie. Jakaś wredna, złośliwa część mnie pomyślała sobie: Ha! I dobrze ci tak. Było się ze mnie nie śmiać. Natychmiast jednak odgoniłam tę myśl.
- Uspokój się i słuchaj. Jestem sama na cmentarzu. Ktoś zatrzasnął mnie w grobowcu, w którym jest ciemno i zimno. Zaraz padnie w bateria w latarce. Naprawdę potrzebuję twojej pomocy, więc...
- Okay, okay! Już idę, a ty się nie ruszaj nigdzie.
- Och, jak dobrze, że to powiedziałeś. Właśnie planowałam urządzić super imprezę razem z paroma umarlakami.
Ale Vincent już się rozłączył, a mnie wcale nie było do śmiechu.