– Dwa trzydzieści sześć – odezwała się kobieta zza szyby.
Była starsza, całą jej twarz znaczyły zmarszczki. Nie wyglądała zbyt przyjaźnie, marszcząc czoło i patrząc groźnie znad złotych oprawek okularów. Pewnie pracowała już cały dzień, a znając życie – od kilkunastu lat na tym samym stanowisku. Wydawała się zmęczona i zirytowana tym, że ktoś wstrzymuje kolejkę.
Lidia też była zirytowana. Miała za sobą ciężki dzień, a teraz nie mogła znaleźć portfela w przeładowanej torebce. Druga torba ciągle spadała jej z ramienia, a szalik plątał się między dłońmi, przeszkadzając w poszukiwaniach. Dziewczyna czuła oddech zniecierpliwionych ludzi na karku, ale mówiąc szczerze, w tamtym momencie już o to nie dbała.
– Dwa trzydzieści sześć – powtórzyła kobieta w kasie.
– Moment – warknęła Lidia, w końcu wyciągając czarny portfel.
Rzuciła drobne na tackę i, nie czekając na kilka groszy reszty, zabrała bilet. Wbiegła po schodach na peron idealnie na czas – pociąg właśnie podjeżdżał. Lidia była świadoma, że ludzie stojący w kolejce za nią już na niego nie zdążą. Chociaż wiedziała, że powinno być jej przykro, nie czuła wyrzutów sumienia. Była zmęczona i zła. Marzyła o ciepłym łóżku, na którym mogłaby się położyć i chociaż przez chwilę po prostu patrzeć w sufit, nie robiąc nic konkretnego. Świadomość, że nie było na to szans, była przybijająca.
Podróż pociągiem jak zawsze trwała siedemnaście minut. Był to jeden z ulubionych momentów dnia Lidii. Tylko wtedy mogła być prawdziwie sama – jeśli to było tylko możliwe siadała z dala od innych. Mimo że znała tę trasę idealnie – jeździła nią codziennie do pracy od dwóch lat – wciąż z zaciekawieniem przyglądała się widokom za szybą. Teraz ledwo co mogła zauważyć przez wszechogarniającą ciemność, ale była pewna, że drzewa przybrały piękne jesienne barwy, a część z nich zdążyła już zgubić liście.
Męski głos oznajmił stację końcową, co wyrwało Lidię z zamyślenia. Dziewczyna zabrała swoje torby, upewniając się wcześniej, że nic jej nie wypadło pod siedzenie. Ustawiła się w kolejce do wyjścia i po kilku sekundach stała na peronie. Powietrze było przeszywająco zimne, co tylko potęgował silny wiatr. Początek listopada przyniósł nieprzyjemną pogodę, zacierając wszelkie wspomnienia o cieple lata.
Lidia przeszła przez dworzec, następnie kilka krótkich ulic i w końcu stanęła naprzeciwko niskiej, starej kamienicy. Elewacja została odnowiona kilka lat temu, ale niemal od razu po remoncie ktoś postanowił ozdobić ją bazgrołami. Na remont klatki schodowej nie starczyło już spółdzielczych pieniędzy, dlatego farba odchodziła miejscami od ścian, a zapachu wilgoci i kapusty nie dało się pozbyć. Wejście na trzecie piętro zajęło Lidii chwilę – z jednej strony dlatego, że torby z zakupami były naprawdę ciężkie, a z drugiej nie bardzo spieszyło jej się, by znaleźć się w środku.
Pierwsze, co usłyszała po otworzeniu drzwi, to płacz dziecka i krzyk mężczyzny. Uderzenie pięścią o stół, więcej płaczu dziecka. Lidia nie była tym zdziwiona, ale nie mogła powiedzieć, że jej to nie ruszyło – to nie było coś, do czego można było się przyzwyczaić. Jej humor pogorszył się jeszcze bardziej przez to, jeśli było to możliwe. Nie mówiąc ani słowa, poszła do kuchni. Zakrztusiła się gęstym dymem papierosowym, który wisiał w powietrzu. Lidia uchyliła okno, położyła torby na blacie i zaczęła rozpakowywać zakupy. Cały czas czuła na sobie wzrok.
– Ona płacze – powiedziała przez zęby, nie odwracając się w stronę mężczyzny.
– To chyba możesz się nią zająć, to twoja siostra.
Lidia nie odpowiedziała. Mogła warknąć, że to jego córka i jego obowiązek. Ale nie zrobiła tego z kilku powodów. Przede wszystkim przyniosłoby to żadnego pozytywnego rezultatu. Właściwie to mogłaby za to dostać w twarz od Tomasza albo wywołać kłótnię z matką, gdyby ta w końcu trochę wytrzeźwiał. Tego, że matka leżała gdzieś na podłodze pijana, nie zwracając na płacz córki, Lidia też była pewna.
Dziewczyna skończyła chować produkt, po czym omijając siedzącego na krześle Tomasza, ruszyła do swojego pokoju. Na dwuosobowym, niepościelonym łóżku leżało roczne dziecko. Julka, bo tak miała na imię dziewczynka, była drobna, chorowita i ciągle płakała. Nie było to dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że opiekowano się nią dopiero, gdy Lidia wracała zmęczona z pracy. Przebierała wtedy dziecko, myła, karmiła (czasem zdarzało się, że "rodzice" zapominali robić to w trakcie dnia) i myła, a na koniec kładła Julkę obok siebie i tak zasypiały.
– Hej, skarbie – szepnęła dziewczynce do ucha, podnosząc ją z łóżka.
Lidia zaczęła ich wieczorną rutynę od zmiany pieluchy, potem przygotowała ciepłe mleko i nakarmiła dziecko. Julka teoretycznie była jej siostrą przez wspólną matkę, ale już od dnia narodzin Lidia była zmuszona traktować ją jak własną córkę. Nie wyobrażała sobie, by miała zgłosić sytuację jakiejś opiece i prawdopodobnie stracić Julkę na dobre. Była zmęczona zajmowaniem się "nie swoim" dzieckiem, a jednocześnie nie widziała przyszłości bez niej. Chciałaby móc po prostu zabrać ją z tego mieszkania, wywieźć gdzieś daleko i wychować, ale wiedziała, że nie da rady. Nie, kiedy zarabiała najniższą krajową, a każde otrzymane pieniądze wydawała na utrzymanie domu. Wszystkie oszczędności, jeśli tylko takie były, znikały po kilku dniach – nie ważne, gdzie je ukryła; miała kiedyś nawet konto bankowe, ale jej karta też "gdzieś się podziała". Lidia oczywiście wiedziała, kto stał za tymi kradzieżami. Na początku protestowała, teraz straciła już nadzieję.
Rzeczą, której Lidia bała się najbardziej, była przyszłość. Nie jej – dziewczyna była pewna, że coś takiego nie istniało. Nie obchodziło ją, jeśli miała do końca życia pracować w głupim sklepie, każdego dnia wracać do brudnego domu, nie mieć żadnej kontroli nad swoim losem. Martwiła ją jednak przyszłość Julii. Jak dużo czasu im pozostało, zanim ktoś się zorientuje w sytuacji rodziny? Zanim ktoś powiadomi policję czy opiekę, że dziecko płacze całymi dniami albo że z mieszkania dochodzą odgłosy pijackich walk? Zanim Julka spadnie z łóżka, kiedy jej nie będzie w domu, i...
Głęboki wdech, jeszcze jeden i jeszcze jeden. To nieco pomogło Lidii uspokoić nawał pesymistycznych wizji i czarnych myśli. Naprawdę nie chciała wyobrażać sobie, co może się stać. Gdzieś tam w środku – chociaż nie przyznałaby tego nawet przed sobą – płonął mały płomień nadziei, że jednak będzie dobrze. Nie wiedziała, jak miałoby do tego dojść, ale może kiedyś uda jej się wydostać z tego piekła. I co najważniejsze – zabrać stąd Julkę.
Lidia, kiedy udało jej się uspokoić płacz siostry i nawet rozbawić ją głupimi minami, przygotowała dla siebie kolację. Resztki zostawiła na blacie, wiedząc, że Anna, kiedy się ocknie, pewnie będzie głodna. Jeszcze kilka lat wcześniej dziewczyna martwiła się o matkę i było jej przykro, widząc, jak ta powoli pogrążała się w alkoholizmie. Chciała jej pomóc, ale była za młoda i brakowało jej wiedzy. Teraz już nie czuła współczucia. Była wściekła, że matka zaniedbywała Julkę, w dodatku pijąc przez większość trwania ciąży. Poznanie Tomasza dodatkowo pociągnęło ją na dno, a sam mężczyzna zachowywał się, jakby to on rządził w tym domu.
Lidii brakowało kogoś, z kim mogłaby porozmawiać na ten temat. Nie wierzyła, że cokolwiek zmieniłoby sytuację, ale wystarczyłoby jej, gdyby ktoś ją wysłuchał. Nie było to jednak możliwe – nie miała żadnych znajomych oprócz dziewczyn, z którymi pracowała. W pracy nie poruszała jednak tematu swojego życia osobistego. Nie ufała nikomu na tyle, aby powierzyć im przyszłość Julki.
Dlatego tego wieczoru, jak każdego poprzedniego, a zapewne i przez wiele następnych, położyła się spać z uczuciem niepokoju i samotności, uciskającym klatkę piersiową niczym imadło.
YOU ARE READING
Always pretending
General FictionHistoria dwójki młodych ludzi: Lidii, która zmuszona była dojrzeć za szybko, oraz Juliana, który musiał udawać kogoś, kim nie był. NaNoWriMo2020
