Zabawa W Chowanego

13 4 1
                                        

-AU! - Puściłam niebieski i czerwony kabelek po tym, jak iskra ze spięcia poparzyła mnie w palec.

- Widocznie to nie te - powiedziałam do siebie, wzdychając i chwyciłam za kolejne dwa z nadzieją, że to tym razem będą te właściwe.


Stałam już jakieś pół godziny przed skrzynką rozdzielczą i nie ustępowałam w próbie włączenia prądu. Westchnęłam kolejny raz, gdyby była tu moja siostra, zrobiłaby to w minutę. Niestety ona i reszta mojej rodziny byli jednymi z pierwszych ofiar Straszydeł. Tak ja ich nazywam. Nie mam pojęcia, jak inni ludzie je nazwali. Pewnie była to jakaś wybitna, kreatywna nazwa, wymyślona przez specjalistów od takich spraw. Teraz to już nie ważne, nazywają się tak, jak je nazywa ostatni człowiek na ziemi. Jasne, mogłam się wysilić, mogłam być bardziej kreatywna, ale po co? Nikt mnie już nie będzie oceniał, a Straszydła nigdy się nie dowiedzą, że tak ich nazywałam. Poza tym myślę, że to jak najbardziej adekwatna nazwa. Pasuje do nich. A czemu? Bo przybierają postać twojego największego lęku.


Mój lęk jest całkiem śmieszny, w dodatku bardzo utrudniał mi przetrwanie. Mianowicie, moim lękiem są ludzie. Zabawne prawda? Żeby bać się własnego gatunku. To dopiero Straszydła mają ubaw. Ciekawe w sumie czy wiedzą, jak wyglądają w moich oczach.

- AAAGHHH! - trzepnęłam ręką parę razy, a potem ścisnęłam palce, zamykając je w drugiej dłoni. Czułam, jak przez całą prawą rękę przechodzi mi fala odrętwienia. Zaraz jednak powróciło mi czucie. - Nie dam się głupia elektroniko! Wygram! Sprawie, że będziesz działać jak nowa, choćby nie wiem co!

Aż dziwne, że od tych wszystkich krzyków nie pojawiło się tu jeszcze ani jedno Straszydło. W końcu jestem ostatnia. Może stwierdzili, że nie ma sensu na mnie polować, bo prędzej czy później sama się na kogoś natknę, gdy będę szukać jedzenia. No cóż, tak się raczej nie stanie, ale gdy w prowadzę swój plan w życie, na pewno wiele z nich przyjdzie tutaj.


Chcecie może wiedzieć, skąd wiem, że jestem ostatnią przedstawicielką ludzkości? W końcu świat jest wielki, jakim cudem to wiem? To całkiem proste, wystarczy wyjść na dwór lub popatrzeć przez ogromne dziury w dachu budynku, w którym się aktualnie znajduję. Na szarym, pokrytym deszczowymi chmurami niebie widnieje napis. Wygląda niczym hackerskie zera i jedynki wyświetlane na monitorze komputera. Zielone z migającą liczbą. Napis obwieszcza:

„the number of mankind remained until the entire species will be eliminated: 1"

Wiecie to też część ich zabawy. Dodaje grozy. Ale trzeba przyznać, całkiem mądre te istoty. Wybrały język, który zna cały świat. W głównej mierze. Ten, kto go nie znał, dostawał jeszcze większej palpitacji serca, jak mu migała nad głową liczba odliczająca w tył. To tak jakbyś był uwięziony na arenie, pośrodku której stoi wielka klepsydra, odmierzająca czas do wpuszczenia do ciebie głodnych lwów.

Swoją drogą jestem ciekawa, jak długo jestem sama. Minęły cztery dni od kiedy wyszłam z mojego bunkra i wtedy już liczba wskazywała jeden. Miesiąc temu, gdy po uzupełnieniu zapasów się zamykałam, to pokazywało jeszcze z dobre dziesięć tysięcy ludzi.

Tak właściwie to ja od zawsze jestem sama. Dużo się nie zmieniło od przybycia straszydeł. Bunkier znajdował się w lesie niedaleko mojego rodzinnego domu. Znalazłam go, jak miałam dwanaście lat i od tego czasu większość mojego życia spędziłam w nim, czyli jakieś osiem lat. Miałam w nim wszystko, czego potrzebowałam: taką rzecz, która mi produkowała prąd - do teraz nie mam pojęcia, jak się ją nazywa - używałam tego do ładowania telefonu, grzania wody i czasem do zapalania światła jak musiałam iść do toalety. Zwykle przesiadywałam w ciemnościach wolałam poświecić sobie telefonem, albo zapalić lampki na baterie. Miałam jeszcze łóżko, szafę z ubraniami, kuchenkę na gaz, jakieś rondle, sztućce, talerze, kubki oraz wielgachny regał zapełniony książkami.

Można powiedzieć, że zawitanie Straszydeł zmieniło moje życie na lepsze. Mogłam omijać każdego człowieka szerokim łukiem, z racji tego, że teraz każdy mógł chcieć mnie zabić. Poza tym mogłam bezkarnie i za darmo zabrać wszystkie interesujące mnie książki z magazynu znajdującego się niedaleko. Nie na wszystkie mnie było stać, ale już nie musiałam za nie płacić. Więc, jak widać, dla mnie same plusy. Wiem, że to źle tak myśleć. W końcu ludzie przez to umarli, ale nie czuje się winna, większość z nich była kanalią. Poza tym, co mam się obwiniać, to nie ja ich wybiłam. Nie twierdze, że jestem lepsza, samo moje myślenie w ten sposób mówi, że nie. Dlatego też wciąż próbuję wprowadzić mój, jakże misterny plan w życie, ale te kabelki naprawdę nie mają najmniejszej ochoty ze mną współpracować.

Zaczęło lać, a woda wdzierała się do środka przez dziury w dachu. Ładnie to wyglądało. Opuszczony niewielki budynek, chyba jakaś restauracja, ze zgniłym, podziurawionym i w kilku miejscach zapadniętym zadaszeniem. Obrośnięty mchem i bluszczem zwisającym do środka. W miejscu kuchni została tylko jedna ściana i kuchenka ze zlewem reszta leży gdzieś pod gruzami. Na blat, oddzielający kasjera od klienta, leje się ściana wody. Jedyne w miarę suche miejsce to parkiet, na którym kiedyś ustawione były prawdopodobnie stoły i krzesła. Teraz ostał się jeden, przewrócony w rogu. Ściana od strony wejścia była w większości szklana, ale została potłuczona. Tu też dobrze widać padający na zewnątrz deszcz i ulice, na której w pewnych miejscach powyrastały kępy wysokiej trawy, teraz już wyschniętej, w końcu mamy jesień. Za ulicą jest rzadki las. Większość liści już pospadała.

- Ło! - kabelki kolejny raz zaiskrzyły, ale tym razem usłyszałam jak lampy, które nie zostały zniszczone, wydały specyficzny dźwięk rozgrzewania świetlówek i zaraz się zapaliły. Tak się ucieszyłam, że aż zachłysnęłam się powietrzem. Wydałam z siebie niezidentyfikowany dźwięk radości i podbiegłam do miejsca, z którego mogłam się podłączyć do głośników. Wyciągnęłam odpowiednie kable i podłączyłam telefon. Pogłośniłam dźwięk, jak tylko się dało i włączyłam odpowiednią piosenkę, miała zacząć się za kilka sekund, więc zostawiłam wszystko i pobiegłam na środek parkietu.

Może chcecie jeszcze wiedzieć, jak wyglądam? Nawet jak nie chcecie to i tak powiem. Mam pofalowane, krótkie włosy do ramion, naturalnie są czarne, ale rozjaśniłam je do białego. Po wcześniejszym kolorze zostały tylko odrosty. Mam bardzo jasną cerę, duże czarne oczy, które wydają się jeszcze większe przez narysowane kreski na powiekach. I tyle też by było z mojego makijażu. Sama kreska mi wystarcza. Do reszty nie mam głowy.

Na tak specjalną okazję, ubrałam golf o makowym odcieniu z długim rękawem. Na niego sukienkę na krótki rękaw, za kolana, obsypaną we wzorki małych kwiatków w odcieniach od czerwieni do marchewkowej pomarańczy oraz kilkoma w kolorze czarnym. W talii miałam zapięty brązowy pasek ze srebrną klamrą. Na stopy wsunęłam długie szare skarpetki z małą pszczółką po bokach i brązowe, wypłowiałe, ciężkie buty do kostek. Na wszystko miałam zarzuconą starą, bordową, o kilka rozmiarów za dużą kurtkę.

Wyciągnęłam ręce przed siebie, układając je w taki sposób, jakbym trzymała partnera w tańcu. Z głośników zaczęła lecieć muzyka, łącząc się w harmonii z deszczem.

I'm headed straight for the floor

Zabawa w chowanegoWhere stories live. Discover now