PROLOG

13.4K 361 25
                                        

Osiem lat wcześniej.

Budzę się zlana potem i oddycham szybko, jakbym właśnie przebiegła kilkunastokilometrowy dystans. Zapalam lampkę, stojącą na szafce nocnej przy łóżku w moim pokoju i rozglądam się dookoła, mrugając oczami, które przyzwyczajają się do światła. Cholera! Żadna terapia nie jest w stanie mi pomóc. Od miesięcy noc w noc śnią mi się te same twarze i głosy. Jedyne co wciąż się zmienia jest to, do czego ONI posuwają się w tym śnie. Cokolwiek by to nie było, nie mogło równać się z tym, co wydarzyło się naprawdę. Wstaję i ciągnę swoje ociężałe ciało do łazienki, by przemyć twarz. Gdy zimna woda przynosi mi odrobinę ulgi, opieram się dłońmi o blat i zwieszam głowę. Biorę kilka głębokich wdechów i powtarzam te same słowa, które rzucam codziennie po każdym koszmarze.

— To. Tylko. Sen. Jestem. Bezpieczna. – Podkreślam każde słowo, wierząc, że tym razem to coś da i kolejna noc okaże się lepsza od teraźniejszej. Wychylam głowę z łazienki i zerkam na cyfrowy wyświetlacz zegarka, który stoi tuż przy lampce nocnej. Piąta trzydzieści. Nie widzę sensu, by znów kłaść się do łóżka, bo o siódmej i tak muszę wstać, by zdążyć na kolejną sesję z doktor Civello. Podnoszę rękę do góry i przystawiam nos do pachy. Śmierdzę potem i strachem, a tego drugiego nie potrafię z siebie zmyć. Zrezygnowana rozbieram się i  wchodzę pod prysznic. Pozwalam by letnia woda spływała po moim nagim ciele, przynosząc niewielkie orzeźwienie. Odkąd wróciłam z tego piekła, do którego sprowadził mnie Gambino, jestem otępiała i nie potrafię wrócić do normalnej codzienności. Żal mi mojej mamy, która wciąż stara się, bym zaczęła zachowywać się tak, jak kiedyś. Jak normalna nastolatka, a nie wrak człowieka, niezdolny do egzystencji. Ale nie potrafię tego zrobić. Nawet ona przypomina mi, co mnie spotkało. Co spotkało moich braci. Dla jakich idei żyli. Bo właśnie ta idea, cały sens życia tych wszystkich głupich ludzi, którzy przewijają się w moim życiu, to nic innego jak dążenie do śmierci. Wolniejszym, bądź szybszym tempem, ale wciąż chodziło tu tylko o krew i piach, w którym grzebano każdego, kto przeciwstawi się ndranghetcie. Ja jestem zbyt słaba, by móc z tym walczyć. Nie potrafię zawalczyć o siebie, nie umiem przespać nocy, a co dopiero zmierzyć się z ludźmi, którzy rzekomo są moją rodziną. Jestem żałosna. Słaba i żałosna. Pozwalam, aby łzy zmieszały się ze strumieniem wody, który na mnie spływa. Jedynym sposobem na to, bym całkowicie nie straciła zmysłów, jest odcięcie się od tego wszystkiego. Mój ojciec nie żyje, bracia też nie, a ja jestem tematem plotek wśród całego towarzystwa, więc nie powinno być problemu z odsunięciem się od tych ludzi. Nikt przecież nie zaprosi do swojego domu niezrównoważonej Valentiny, którą gwałcono i szprycowano dragami przez miesiące. Mogłabym coś odwalić, zupełnie przez przypadek, bądź całkiem świadomie. Choć z drugiej strony, mieli by niezłe widowisko, więc dla samej zabawy mogą mnie do siebie zapraszać. Szlag! Nie chcę już o tym myśleć. Pragnę zapomnieć i choć terapia nie przynosi większych rezultatów, będę na nią uczęszczać z myślą, że jednak przyjdzie dzień, w którym cała przeszłość odejdzie w zapomnienie. Po umyciu się, wychodzę spod prysznica i naga, ociekająca wodą, wędruję do pokoju. Siadam na krawędzi materaca i czekam, aż woda wyparuje, łącznie z moim podłym nastrojem. Ale tak się nie dzieje. Nigdy się tak nie dzieje.

                          ***

— Do zobaczenia w piątek – rzekła Alessia Civello, gdy każdy z członków grupy podnosił się z miejsca i kierował się ku wyjściu. Uśmiecha się do mnie, ale ja nie potrafię odwdzięczyć się tym samym. Dzisiejszy dzień był jednym z tych gorszych, ale Alessia stwierdziła, że czasem musi być tak, że robimy krok w tył, żeby zrobić dwa kroki naprzód. Marne szanse, by tak było w moim przypadku. Zrezygnowana i zmęczona wychodzę z budynku. Słońce razi mnie w oczy, więc unoszę dłoń i robię z niej daszek, by móc rozejrzeć się po okolicy. Dziś nie mam ochoty na pieszą wędrówkę do domu. Chcę się tam znaleźć jak najszybciej, więc rozglądam się w poszukiwaniu taksówki. Jak na złość, żadna nie stoi na postoju. Zamiast tego widzę czarnego mercedesa, który wydaje mi się dziwnie znajomy. Srebrne, wypolerowane felgi i przyciemnione szyby już jakiś czas temu rzuciły mi się w oczy, więc musiałam go widzieć niejednokrotnie. Nie dostrzegam kierowcy za szybą, ale po chwili drzwi od strony kierowcy otwierają się i wychodzi z nich mężczyzna, którego zdążyłam poznać i któremu kazałam się trzymać ode mnie z daleka. Marszczę brwi i zaciskam usta w wąską linię, czekając, aż do mnie podejdzie.

— Witaj – mówi pewnym siebie głosem, uśmiechając się łobuzersko. – Nie sądziłem, że Cię tu spotkam. – Wiem, że kłamie. Doszło to do mnie w momencie, gdy wysiadł z samochodu.

— Łżesz jak pies – mówię kąśliwie, szykując się do ucieczki. Jego twarz i oczy to wspomnienia, o których chcę zapomnieć. Ale on mi nie pozwala, po raz kolejny stając przede mną. – Mówiłam Ci, że nie chcę Cię widzieć. Czego nie zrozumiałeś?

— A ja mówiłem Ci, że dam Ci czas, na podjęcie właściwej decyzji. Szybko zapomniałaś, kto Ci pomógł. Tak mi się odwdzięczasz? – mówi z uśmiechem, przez co dłoń świerzbi mnie niemiłosiernie. Mam ochotę go spoliczkować, ale nie potrafię się na to zdobyć. Patrzę na niego wściekle i wykrzywiam twarz w grymasie niezadowolenia.

— Jesteś bezczelny – warczę, stwierdzając fakt. Vitale śmieje się gardłowo, przez co jeszcze bardziej korci mnie, by go uderzyć. Niestety, moje ciało jest bezwładne. Zbyt wiele razy musiałam się bronić, co i tak mi nie pomogło, więc oprócz mordowania go wzrokiem, nie robię nic.

— Pójdziesz ze mną na obiad? – wypala jak filip z konopii.

— Mówię Ci, chyba już dziesiąty raz, że nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego. Z Tobą, Twoją rodziną i tym wszystkim – wskazuję dłońmi na otoczenie.

— Masz na myśli to miasto? – pyta z ironią, choć dokładnie wie, o co mi chodzi.

— Tak. Mam dosyć wszystkiego, co znam. Więc wypieprzaj z mojego życia, bo zdania nigdy nie zmienię –  warczę i odwracam się, by w końcu znaleźć się z dala od niego. Odwracam się jeszcze raz i widzę, że stoi z rękoma w kieszeni, z wściekłym wyrazem twarzy i odprowadza mnie wzrokiem. Widząc, że patrzę na niego, kącik ust unosi mu się nieznacznie. – I przestań mnie śledzić, do cholery! –krzyczę, ale Vitale nie odpowiada. Robię to, o czym marzyłam od początku, gdy zobaczyłam go po raz pierwszy. Było to w jego domu, gdy odbito mnie z rąk Gambino. Uciekam. Pędzę przed siebie. Dłonie zaciskam w pieści, wbijając boleśnie paznokcie w skórę.

— Pieprzony samarytanin ze spluwą w dłoni – mamroczę pod nosem, po czym wpadam na czyjąś twardą pierś. Zadzieram głowę do góry w momencie, gdy dłonie mężczyzny wędrują na moje ramiona. Patrzy na mnie, uśmiechając się lekko. – Przepraszam – mówię cicho, próbując wyswobodzić się z jego rąk. Ten dotyk mnie przeraża, choć w jego oczach nie dostrzegam niczego niepokojącego. Twarz mężczyzny zdaje się rozbawiona, a łagodne spojrzenie lustruje mnie od stóp do głów. Zdejmuje mi dłonie z ramion i odsuwa się na metr.

— Nic Ci nie jest? – pyta, posyłając mi kolejny uśmiech. Kręcę przecząco głową i łapie się na tym, że czuję się przy nim swobodnie, choć jest zupełnie obcy, a ja wpadłam na niego jak taran, dosłownie przed sekundą. Wyciąga do mnie dłoń, więc niepewnie podaję mu własną. – Sebastian Davis – przedstawia się i unosi brew, gdy nie odpowiadam. – A Ty?

— Valentina – odpowiadam nieśmiało, po czym uśmiecham się do niego i potrząsam jego dłonią. – Valentina Caramussa.

— Miło mi Cię poznać, Valentino.

— Wzajemnie, Sebastianie.

Valentina Where stories live. Discover now