Na ławce otoczonej złocistymi, odzianymi w jesienną szatę drzewami siedział młody, bardzo chudy rudowłosy chłopak. Na jego kościstych kolanach zakrytych kraciastymi spodniami leżał otwarty zniszczony szkicownik, w którym kawałkiem węgla trzymanym w palcach szkicował fragment zaniedbanego parku. Wiatr rozwiewał jego kędzierzawe włosy we wszystkie strony. Dzień był dosyć chłodny, ale nie przeszkadzało mu to w pracy nad rysunkiem. Co jakiś czas mrużył oczy, kiedy zachodzące słońce na kilka sekund osłaniało się zza zwiastujących deszcz jesiennych chmur i oślepiało go, utrudniając rysowanie.
,,Kiedyś nie będę sam", zanotował w rogu kartki. Jego oczy zaszkliły się. Słona kropla upadła na rysunek i rozpuściła tusz w miejscu upadku. Rudzielec zaczął szlochać. Na głowę narzucił kaptur kurtki, bo nie chciał zwracać uwagi licznych o tej porze dnia przechodniów swoimi łzami na policzkach...
Tej jednej rzeczy bał się najbardziej. Paraliżowała go myśl o tym, że być może do końca swojego życia zostanie sam.
W jego środowisku nie było miejsca dla wrażliwców takich jak on. Bał się hałasów, czuł niechęć do głośnych imprez, nie interesował się sportem, nigdy nie był w żadnym związku. Cały czas po szkole spędzał na rysowaniu i nauce. Był uznawany za osobę nieciekawą i sam siebie zaczął za taką uważać. Miał wrażenie, że nie zasługuje na zrozumienie, na przyjaźń czy miłość...
Jego pracę oraz przykrą zadumę przerwało dopiero nadejście półmroku, który uniemożliwiał rysowanie okrytego ciemnością parku.
*
Na niskim łóżku w niewielkim, zagraconym starymi przedmiotami pokoju leżała skulona postać. Jej ciało rytmicznie poruszało się na skutek cichego szlochania. Przy jej głowie leżał otwarty notes. ,,Zawsze będę sama", głosiły wielkie litery na górze strony. Łzy spływające z zaczerwienionych policzków wsiąkały w prześcieradło i zostawiały po sobie okrągłe plamki.
Miała już dosyć samotności. Nie mogła znieść widoku szczęśliwych par, natrętnych myśli o tym, jak cudownie musi być mieć poczucie, że kocha się i jest się kochanym.
Przez okno jej sypialni wpadało coraz więcej światła słonecznego, jak gdyby informując ją, że czas rozpoczęcia pierwszej tego dnia lekcji zbliża się wielkimi krokami i wyganiając ją z łóżka świecąc prosto na zapłakaną twarz.
Niewyspana po ciężkiej nocy dziewczyna ubrała pogniecione ubrania, których nie miała siły wyprasować. Poirytowana i zmęczona zabrała z krzesła płócienną torbę z przypadkowo wrzuconymi zeszytami i podręcznikami i skierowała swoje kroki w stronę kuchni. Usłyszała brzdęk wkładanych do zlewu naczyń, który poinformował ją, że w pomieszczeniu znajduje się już jej matka. Tylko ona je śniadanie tak wcześnie.
— Weroniko, znowu pobrudziłaś czymś kolejne nowe spodnie!
Dziewczyna zerknęła na nogawki i zobaczyła niezauważone przez nią wcześniej ślady niebieskiej farby, którą używała wczoraj na zajęciach. Postanowiła jednak nie dawać za wygraną. Nie zamierzała cofać się w celu zmiany ubrania. Nie przeszkadzały jej błękitne smugi.
,,To przecież bardzo ładny kolor" — pomyślała i uśmiechnęła się do siebie.
— No ale przecież kupiłam je w lumpeksie, a poza tym co złego w plamkach koloru na spodniach, skoro to moje spodnie? Niebieski jest fajny.
— Chyba nie zamierzasz w nich iść do szkoły? Mówiłam ci, żebyś na zajęcia z malarstwa nosiła coś na przebranie!
— Nie będę nosić nie wiadomo ile ubrań do szkoły, a poza tym jestem już dorosła, dlaczego ciągle interesuje cię to, jak się ubieram?
