Dzielnica wygląda niczym trup, na wpół zgniły, z zaropiałymi oczami ciemnych okien, ze szczerzącymi się otworami bram i klatek schodowych. Otulający budynki smog przypomina szal narzucony na szyję zmarłej kobiety. Miasto kona powoli, przygniecione smrodem, zniszczone biedą i ludzką głupotą. Pierwsze podmuchy zimy przeganiają krótką, intensywnie deszczową jesień. Rude, brudne kamienice przywodzą na myśl kaleki. Osypujący się w niektórych miejscach tynk odsłania nagie ściany i bloki wyglądają niczym upstrzone trądem, z ranami po strupach wokół okien i balkonów.
Deszcz siecze budynki kroplami ostrymi jak gwoździe. Zostawia na ścianach zacieki podobne do łez. Woda spływa ulicami, zabiera puste puszki po piwie, które odbiją się od krawężników brzękliwie, foliowe torebki po chipsach, namoknięte filtry papierosów, resztki jedzenia. Rzeka syfu szemra cicho, śmieci zatrzymują się przy kratce ściekowej, brzęczą niczym monety, kiedy popycha je kolejna fala. Rozgarniam je ręką, bo szkoda moczyć buty. Rzadko coś upoluje. Odpadki mają to do siebie.
Może najpierw powinienem się przedstawić? Cóż. Kiedyś z dumą wypiąłbym pierś i wydatny brzuch, podniósł dłoń, na której zalśniłby złoty sygnet, uśmiechnął się i potrząsnął trzema podbródkami. Teraz mogę jedynie pochylić zarośniętą głowę, wzruszyć ramionami i prychnąć. Stasiek jestem. Stanisław znaczy, Wojnarski. Kiedyś wielu kiwało głowami na znak szacunku, słysząc personalia. W oczach pojawiał się strach przed miejscowym przedsiębiorcą, który dorobił się na uboju krów. Majątek szacowano na setki tysięcy złotych. Willa była obiektem zazdrości, a żona pożądania. Tak. Stare dzieje.
Mijam kratkę ściekową i pełznę dalej, przytulam się do kamienic, jakby mogły mnie uchronić przed ulewą. Obchodzę blok, na którym jakiś idiota wysprejował: „Hitler, tato. Wróć!". Prawie nie zwracam na slogan uwagi. Hitler jest tak samo martwy jak ja, chociaż on przynajmniej tego nie wie. Nie czuje. Chyba że gnije w piekle...? We mnie pozostały jeszcze uczucia, strzępy emocji, które wyrzyguje codziennie wieczorem do pustego, zasmogowanego nieba. Nikt nigdy nie odpowiada.
Pewnie zastanawiacie się, jak to się stało, że ze Stanisława Wojnarskiego, przedsiębiorcy, męża, ojca i bogacza stałem się Staśkiem, który błąka się po ulicach miasta M., gdzieś na Śląsku. Gdybyście spytali jakiegokolwiek bezdomnego, odpowiedziałby tak samo. Wielu to ludzie, których zabiła pycha. Egoizm. Egocentryzm. Jak to jeszcze nazwać? Pławiliśmy się w luksusach, zapomnieliśmy o tym, co ważne.
Rzucam się przez ulicę tuż przed samochodem, igram z losem, śmieję mu się prosto w twarz. Kierowca wygraża pięścią, słyszę stłumione szybą przekleństwa. Nic sobie z nich nie robię. Człapię. Pociągam nogami po chodniku, resztki butów szurają po podłożu. Mijam paniusie. Jedna siedzi w oknie, wydatny biust usadziła na parapecie. To nic, że leje. Druga ma parasol z chińskim kotem, białym z kokardą. Już chyba za stara na takie badziewie, ale co ja tam wiem? Wypadłem z obiegu dawno temu. Zresztą nawet mnie to nie interesuje. Kiedyś ugięłyby się w ukłonach, zapłonęłyby krągłe policzki, a biusty poszłyby do przodu. Te czasy są tak zamierzchłe, że nawet nie wiem, czy mnie poznają. Chyba oszukuję sam siebie, oczywiście wiedzą, kim jestem. To moje błogosławieństwo. To moje przekleństwo.
Pierdzę, kiedy przemykam obok. Niech smród niesie się do ich nowobogackich nosów, do nozdrzy upiększonych kolczykami i mazidłem, które miało maskować niedoskonałości, a tylko je podkreśla. Gardzę nimi prawie tak bardzo jak samym sobą. Chichoczę, kiedy dobiegają mnie ich oburzone głosy.
Na początku przeszkadzało, że ludzie się gapią. Niby odwracają wzrok, ale świdrują kątem oka, analizują, porównują, sycą się porażką. Wstyd nie opuszczał mnie przez pierwsze pół roku. Teraz lubię ich wkurwiać. Ale wróćmy do początku, skoro już opowiadam. Lata temu firma prosperowała świetnie, a dochody zapewniały dostatnie życie. Taaak. Pamiętam jak przez mgłę wannę z nogami na złoconych lwich nóżkach, największy kaprys. Po robocie zaszywałem się w barach i kasynach, za nic miałem prośby żony. Szampan uderzył mi do głowy mocniej niż sądziłem. W swojej pysze byłem pewien, że to kontroluję. Przede wszystkim siebie.
