Każdego dnia mijamy setki ludzi, możliwe że tysiące. Każdy idzie w swoją stronę. Nie zastanawiamy się co dzieje się z innymi, po prostu są. Nawet nie zauważylibyśmy, że jedna z tych osób zniknęła, nie pojawia się w tym samym autobusie, nie czeka na tym samym przystanku. Ale czy to jest ważne? Życie innych? Przecież jeden nic nieznaczący człowiek nie zmieni naszego życia, nie będziemy cierpieć z powodu jego utraty, bo niby czemu. Nie znaliśmy go, a on nie znał nas. Żyliśmy w pewnego rodzaju harmonii, która bez niego by nie istniała. Nawet po jego zniknięciu nie odczuwalibyśmy pustki, spowodowanej zaburzeniem naszej rutyny. Zostałaby zastąpiona przez nową. Więc czy powinniśmy się martwić? Odczuwać ból z powodu straty nieznajomego? Wydawałoby się, że głupotą byłoby zamartwianie się śmiercią zupełnie obcej nam osoby, mimo że w jakiś niezauważalny dla nas sposób wpływała na nasze życie.
Dlaczego mielibyśmy się martwić, przecież żyjemy w egoistycznym i zakłamanym świecie w którym nie ma miejsca na okazywanie emocji. Bo to one są naszą zgubą. Naszą zagładą. Okazanie ich może być naszym końcem. Ludzie spróbują nas zranić, nie ważne czy nas znali czy nie. Jesteśmy potworami wyniszczającymi siebie nawzajem i nic nie możemy z tym zrobić. Chociaż są śmiałkowie, którzy próbują naprawić ten zepsuty do szpiku kości świat. Próbują nakierować go na właściwe tory. Mimo że w naszym stopniu zepsucia społecznego jest to niemożliwe. Więc czy ich starania mają sens? W pewnym stopniu tak, bo to dzięki nim mamy nadzieję, że kiedyś będzie lepiej, że coś się zmieni i ludzie zaczną zauważać innych. Że zauważymy że nie jesteśmy najważniejsi. Że inni po prostu są, bo bez nich nie byłoby naszego życia. To dzięki innym możemy żyć i zawdzięczamy im wszystko, nasze szczęście jak i cierpienie.
Jednak nadzieja że coś się zmieni jest złudna. Ludzie nie zaczną z dnia na dzień przejmować się losem innych. Jest to długotrwały proces, na który nie mamy czasu. Naprawiający nasz świat zanim zatamują wyciek jadu, sączący się z innych, umierają. Ich starania są zapominane, a jad pozostaje. Na świat przychodzą nowi naprawiacze, od urodzenia pełni nowej nadziei. Jednak z biegiem lat jest ich coraz mniej i mniej, aż pewnego dnia będą traktowani jako gatunek wymarły. Nasz świat pogrąży się w ciemności i nienawiści. Ludzie staną się bezdusznymi potworami odbierającymi sobie to co pozostanie dla nas najważniejsze - życie. Bo bez tej iskierki nadziei jesteśmy niczym. To ona nadaje sens naszemu życiu. Jest jak promień słońca, a przecież bez niego nie mamy prawa istnieć.
Dopiero kiedy pogrążymy się w mroku zdamy sobie sprawę do czego doprowadziliśmy. Ale z powodu naszego egoizmu i chęci obrony naszego, już dawno nieistniejącego honoru, nie przyznamy się, że to z naszej winy. Będziemy oskarżać o to wszystkich tylko nie siebie, bo przecież co jeden malutki człowieczek mógł zrobić, jak miał przyczynić się do tej katastrofy?
I z jednej strony będziemy mieć racje, bo do tej katastrofy doprowadziliśmy MY, ale to MY składa się z takich pojedynczych jednostek.
Nie wiem czy to co napisałam ma jakikolwiek sens i znaczenie dla innych, ale nie musi. Piszę to wszystko w pewnym sensie dla siebie. Po prostu gdzieś muszę wylać swoje emocje i pozbyć się chociaż na chwilę myśli,
Do następnego.
CZYTASZ
Świat jest okrutny
Teen FictionKażdego dnia mijamy setki ludzi, możliwe że tysiące. Każdy idzie w swoją stronę. Nie zastanawiamy się co dzieje się z innymi, po prostu są. Nawet nie zauważylibyśmy, że jedna z tych osób zniknęła, nie pojawia się w tym samym autobusie, nie czeka na...
