Rozdział I

33 3 3
                                        

Evelin
Styczeń 

  Chłód zimy przedziera się przez grube mury podziemnego schronu, pełznąc po betonowej podłodze, pokonując bariery z grubych warstw koców i pierzyn, zamieniając oddech w obłoki pary, osiadając szronem na pękniętej tafli starego lustra o podrdzewiałych ramach.
Gdzieś wysoko ponad nami, śnieg pobielił zamarzniętą ziemię a wiatr roznosząc kruche białe płatki, tańczy wśród nagich gałęzi drzew. Mocniej otulam się grubym futrzanym płaszczem i z całych sił skupiam się na tym, by nalać wrzątku do filiżanek sztywnymi od zimna dłońmi. Zerkam pod ścianę pokoju gdzie Jay  mocuje się z ogrzewaniem co rusz wyrzucając z siebie niecenzuralne słowa. Zaparzam ostatnią torebkę imbirowej herbaty nie rozlewając ani kropli wody  i z niepokojem sprawdzam zapasy - Dwie puszki kawy, puszka herbaty, susz z mięty który przygotowałam pod koniec lata. Przeliczam w głowie ilość na potrzeby - damy radę. Odstawiam napar na półkę i podchodzę do chłopaka. Długi, ciężki płaszcz o wiele na mnie za duży z cichym szelestem ciągnie się za mną po podłodze.
- Jay. - Staję za nim i kładę mu dłonie na ramionach. Ignoruje mnie i dalej dłubiąc w kablach wścieka się na swoje niepowodzenie. - Jay. -  Powtarzam spokojnie zaciskając drobne, zdrętwiałe palce na jego ramionach, a raczej na kilku warstwach kurtek, dzielących mnie od ciepła jego ciała. Tym razem reaguje. Zostawia w spokoju swoją  i tak na ten moment nie rokującą powodzenia misję i odwraca się do mnie powoli ze zrezygnowanym spojrzeniem. Uśmiecham się delikatnie i klękam obok niego. - Zrobiłam nam herbaty.     

- Muszę to skończyć zanim...

- Nie. - Przerywam mu stanowczo ujmując jego szczupłą twarz w ukryte w skórzanych rękawiczkach dłonie  i delikatnie muskam jego usta. - Musisz, ale odpocząć Jay.                                     

 Wzdycha i powoli podnosi się z podłogi otrzepując spodnie z niewidzialnego kurzu.

- Jak zamarzniemy, to będzie twoja wina. - Uśmiecha się szeroko i całuje mnie w czoło. Oddaję uśmiech i kieruję się w stronę wydzielonej w schronie kuchni. 

- Dobrze kochanie. - Podaję mu kubek, podciągam się na rękach i siadam na chwiejnym blacie.  -  Sorrel przyniosła jakieś wieści? 

Jay chwile milczy obracając w dłoniach filiżankę. Przechylam głowę na bok i przyglądam mu się jak zawsze próbując zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Blada twarz, ciemnie, niemal czarne falowane włosy sięgające ramion i duże, błękitne oczy, jakich u nikogo jeszcze nie widziałam. Pełne usta o wyraźnym konturze zwykle zaciśnięte w wąską linię , orli nos i podłużna blizna biegnąca od kości policzkowej do mocno zarysowanej linii żuchwy były tym, co składało się na niezwykły, budzący respekt wygląd Jay'a Graysona, dowódcy grupy z którą wiele lat temu opuściłam Osadę Largest Mountain, uciekając przed ludźmi z Instytutu, za wszelką cenę próbującego utrzymać nas w ryzach swoich zasad i ,,nowatorskich i bezpiecznych" badań po których nikt już nie był taki sam. Nigdy. 

- Kiedy tak na mnie patrzysz, wyglądasz jak mała dziewczynka . - Uśmiecham się jak dziecko a Jay wybucha śmiechem, sprowadzając mnie na ziemię z ponurych rozmyślań.                                     

- Wiem. - Sięgam po filiżankę i ostrożnie podnoszę ją do ust.- Nie zmieniaj tematu Jay.                      

- Dobra, dobra... - Wzdycha i staje naprzeciw mnie opierając się lekko o moje nogi - Sorrel i Yva znalazły działające łącze w północnym schronie. Chcemy połączyć go z dziuplą, jeśli znajdziemy wzmacniacze.

- Myślisz że to zadziała? - Pytam cicho opierając dłoń na jego torsie. Jay wzrusza ramionami i wypija spory łyk naparu.

- Zobaczymy.

- Myślisz, że to bezpieczne? - Przenoszę dłoń na jego policzek i muskam kciukiem wypukłą bliznę  wyróżniającą się na jego gładkiej skórze. Jay zastanawia się chwilę nad odpowiedzią ale zna ją równie dobrze, jak ja. Zrządcy Largest Mountain podobno kontrolowali łącza na zachodzie, gdzie według legend ukrywali się buntownicy, a skoro mogli mieć kontrole nad nimi tam, dlaczego tu na południu nie mieliby zrobić tego samego ? Upijam z filiżanki kolejny łyk, za wszelką cenę próbując utrzymać w dłoniach kruchą porcelanę. Czuję jak ciepło napoju rozchodzi się po całym moim ciele , wzmocnione ostrym aromatem imbiru. Jay wciąga głośno powietrze i wypuszcza je z cichym westchnieniem.

- Nie wiem Evelin. Ale musimy spróbować... - Odkłada na bok delikatne naczynie, odgarnia mi włosy z twarzy i opiera dłonie na moich biodrach. - Będzie dobrze kochanie.

- Wiem. - Odpowiadam spokojnie udając że mu wierzę. - Jak zawsze.
Uśmiecha się szeroko i przysuwa mnie do siebie nachylając się tak, by nasze usta zrównały się  na jednym poziomie. 

- Kocham cię - mówi cicho, i nie dając mi nawet sekundy na odpowiedź, łączy nasze usta w delikatnym pocałunku. Odkładam na bok filiżankę i obejmuję go za szyję, a gdzieś ponad nami niesiony wiatrem śnieg wsypuje się przez powybijane okna do domów, które kiedyś widziały piękniejsze sceny i słyszały więcej tych słów, niż ktokolwiek lub cokolwiek innego, na tym świecie, choć dziś są jedynie ruinami po których snuje się pozbawiona barw samotność.








|| Obiekt || Where stories live. Discover now