Wyszłam z autobusu. Przede mną rozpościerał się kolejny pas pięknych i potężnych gór, zabarwionych pomarańczem koron drzew. Podniosłam głowę ku niebu i przymykając oczy wzięłam duży, drżący wdech świeżego i orzeźwiająco chłodnego powietrza. Jego zapach był cudowny. Inspirujący. Wszyscy ludzie na tej planecie potrzebują go by istnieć; egoistycznie nie przestają z niego korzystać i zanieczyszczają je od lat. Jednak jego woń dalej była żywa, wyrazista, upajająca. Nie przestawał szarpać połami naszych płaszczy, trzymał nas w ryzach burząc nasze domy, dalej jednak litościwie podtrzymuje nas przy życiu.
Ruszyłam przed siebie pewnym krokiem, chociaż nadal nie znałam celu swojej podróży. Spojrzałam w dół, na swoje sfatygowane buty, na długość kroków które stawiałam. Jak wiele już ich zrobiłam? Jaką odległość przebyłam? Czy zostawiłam jakikolwiek ślad swojego istnienia?
Poczułam ból rozrywający moją pierś. Rozpacz i żal nie przestawały za mną podążać od kiedy opuściłam dom rodzinny i wsiadłam do autobusu podążającego w nieznane mi miejsca. Nie mogłam przestać dręczyć się wyobrażeniami reakcji moich rodziców i przyjaciół. Martwili się? Byli źli? Może w ogóle nie zauważyli, że coś się zmieniło? Szarpały mną sprzeczne emocje. Chciałam czuć się ważna, zauważona, doceniona. Mimo to wiedziałam, że lepiej będzie, jeśli po prostu spróbują zrozumieć powód mojego zniknięcia i nie będą się martwić zanadto. Po prostu nie mogłam już dłużej tam zostać. Czułam się potrzebna jak dziura w moście. Musiałam coś zrobić, spróbować to zmienić. Z każdym kolejnym dniem udawania, że nic nie zmieniło się w moim życiu, coraz bardziej gasłam. To stało się nie do zniesienia. Bałam się, że stanę się jesiennym liściem. Że moje kolory przygasną, skurczę się, stanę się krucha. Zbyt krucha by przetrwać. Szelest listowia łamiącego się pod podeszwami moich czarnych trampek był zbyt dotkliwy, rozdzierający. One kiedyś żyły. Myły się w rannej rosie i wyciągały ku słońcu. W przeciwieństwie do mnie, były potrzebne. Mimo to leżą teraz na ziemi, mieniąc się feerią jesiennych barw. Martwe.
Kiedy uniosłam wzrok, dostrzegłam budynek chowający się we mgle na tle wysokiej góry. Zaintrygowana przyśpieszyłam kroku, by podejść bliżej.
Nie miałam pojęcia kiedy przyjedzie tu kolejny autobus ani dokąd zabierze mnie tym razem, ale w tym momencie nie miało to większego znaczenia. Mimo że widziałam już podobne góry, drzewa, opadnięte liście i obłości wzgórz, to miejsce mnie zaintrygowało.
Kiedy podeszłam wystarczająco blisko, dostrzegłam, że budynek chowający się we mgle jest katedrą. Mały, biały prostokąt z rudą dachówką i stożkowatą wieżą zakończoną krzyżem. Uniosłam brwi w zdziwieniu i zamrugałam kilkukrotnie.
Co prawda w drodze widziałam kilka małych domków stojących przy jezdni, jednakże widok osamotnionego budynku w tak odludnym miejscu wydawał mi się nierealny. Podeszłam blizej budowli i podziwiałam jej chropowate ściany. Przejechałam po chłodnej powierzchni opuszkami palców. Była piękna jak sen, mimo iż stojąca za nią góra zdecydowanie ją przewyższała. Zdawała się krzyczeć „Patrzcie na mnie. Podziwiajcie, co może osiągnąć natura.". Mimo to katedra stała nieśmiale na środku wzgórza, kradnąc szczytom cały zachwyt. Mała i niepokonana, nie stłamszona wielkością i dumą cudów przyrody.
Myślałam, że nie mogę być bardziej oczarowana aurą budynku, kiedy drewniane drzwi otworzyły się, a z jego wnętrza wyłoniła się białowłosa, starsza kobieta. Ona również wydawała się zdziwiona na mój widok. Kiedy zauważyłam, że zaczęła chwiejnie iść w moim kierunku, szybko doszłam do niej, by oszczędzić starowince wysiłku.
Zapytała mnie co tak młoda osoba jak ja robi na takim odludziu. Może nadal pod wpływem fascynacji klimatem tego miejsca, postanowiłam zaufać uśmiechniętej staruszce i opowiedziałam jej o powodzie swojej podróży. O swoich zmartwieniach dotyczących przyszłości, o poczuciu bezradności i ciągłej monotonii, której w żaden sposób nie mogłam się pozbyć. O utracie celu, sensu istnienia, radości z wykonywania prostych, codziennych czynności, które zawsze były dla mnie swego rodzaju wytchnieniem. Znałam je tak dobrze, że wydawały mi się bezpieczniejsze i bardziej trwałe niż mój dom rodzinny. One nie mogły tak po prostu zniknąć. Żaden wiatr nie był w stanie ich zdmuchnąć. Były. Gdziekolwiek i z kimkolwiek bym nie była, moje codziennie rytuały zawsze zostawały ze mną, trzymając mnie przy zdrowych zmysłach.
Teraz przestały mieć znaczenie.
Z każdym moim słowem starsza pani uśmiechała się coraz szerzej, aż w końcu powiedziała: „Nie godzi się, aby twoja dusza czuła się zmęczona tym życiem, zanim zmęczy się nim ciało.". Znałam te słowa. Chociaż Marek Aureliusz był stoikiem, to zdanie mogło odzwierciedlać również epikureizm. A może horacjanizm? Myślę, że właśnie ta postawa towarzyszyła mi całe życie. Szukanie złotego środka, który zgubiłam gdzieś po drodze. Odczuwanie, docenianie tych odczuć, zmysłów, emocji z nimi związanych, jednak nie zatracanie się w przyjemności zanadto. Utrzymywanie balansu i kontroli nad swoim życiem.
Kobieta przerwała ciszę mojego zamyślenia i opowiedziała mi historię budynku, o którą nie śmiałam zapytać. Ponoć wcześniej żyło tu więcej osób – domy zamieszkiwały całe rodziny, które regularnie odwiedzały katedrę. Jednak w pogoni za lepszym życiem młodsze pokolenia opuściły te okolice. Teraz to miejsce odwiedza tylko paręnaście mieszkańców pobliskich domostw. Mimo podeszłego wieku i związanych z nim licznych problemów zdrowotnych oraz skromnego budżetu, przychodzili tutaj by odnaleźć spokój i zadbać o swój „drugi dom".
Wpatrywałam się w budynek niczym zahipnotyzowana. Tyle pracy włożonej w jego budowę, naprawy, utrzymanie. Tyle czasu i wysiłku. Wszystko tylko dla garstki osób, dla których jest tak ważny.
Kiedy usłyszałam głos staruszki, odwróciłam się w jej stronę. Zdążyła odejść już paręnaście metrów ode mnie, prawdopodobnie kierując się w stronę swojego domowego ogniska. Dotarły do mnie tylko dwa zdania – „Ten całokształt jest tylko impulsem, metaforą. Wszystko co jest ci potrzebne do osiągnięcia spełnienia masz w sobie, Aina."
Myślałam, że nie mogę być już bardziej zdziwiona. Ponownie spojrzałam na budynek i powoli zaczęłam dostrzegać zupełnie inny sens jego istnienia. W teorii niepotrzebny, nie na miejscu, tutaj był najważniejszy, kluczowy. Dla tych ludzi był całym światem, źródłem dobrych wspomnień, podporą w trudnych chwilach. Był wyjątkowy przez emocje z nim związane.
Liście pod moimi stopami dalej kruszyły się, lecz nie po to, by zniknąć na zawsze, lecz po to, by wiosną narodzić się na nowo. Nie miały na to wpływu – musiały się pogodzić z przypisnym im losem. A kiedy to się stało, ich delikatność była ich najcenniejszym pięknem, najbardziej ulotnym, nieuchwytnym.
Ponownie wzięłam łyk powietrza przepływającego w tym magicznym miejscu i zachłysnęłam się nim, jakby był to pierwszy wdech w moim życiu.
Mogłam wrócić do domu.
____________________________________________________________
Jest to jedno z moich pierwszych opowiadań. Chciałam w nim przekazać głównie emocje i piękno natury oraz pozytywne przesłanie. Wszelka konstruktywna krytyka mile widziana.
YOU ARE READING
Katedra na wzgórzu
Short StoryKrótkie opowiadanie o podróży, emocjach i o tym, jak łatwo można odnaleźć się od nowa.
