✡ Rozdział 1 ✡

270 36 7
                                        

    William przeciągle ziewnął zakrywając dłonią usta. To chyba znak, że czas, by zrobił sobie małą przerwę od książek. Odsunął lekko zmęczony wzrok znad podręczników, spoczywających na jego udach i mrugając kilka razy swoimi szmaragdowymi oczami, skierował go na zatłoczone boisko rozpościerające się tuż przed nim. Niezbyt interesowało go to, co się na nim dzieje, ale nie wiedząc zbytnio jak spędzić swoją przerwę, oparł głowę na dłoni i począł obserwować.

    Naprawdę nie rozumiał, dlaczego wszyscy tak bardzo parali się tym sportem. Zawodnicy tylko biegali za jakąś piłką jak psy, brudząc się przy tym ziemią i błotem. Absolutnie nic, co chociaż w trzech procentach zachęcałoby blondyna, do spróbowania zagrania w to. Na serio to aż tak ich ciekawiło, że zamiast siedzieć w swoich dormitoriach i uczyć się na kolejne lekcje, chłopcy doskonalili umiejętności w tej dziedzinie? Właściwie to, kto do której bramki strzela?

    Nagle wzrok Williama natrafił na wysokiego bruneta biegnącego wśród tłumu. Lawirował on między zawodnikami tak szybko i płynnie, że aż kuło w oczy, jak mocno przewyższa wszystkich wokół. Jako jedyny wyglądał na pewnego swoich działań i wiedział czego chcę.

    Nie było to jednak przypadkowe i na pewno nie spowodowały tego lata ćwiczeń i praktyk. A dlaczego? Chłopak bowiem nie był zwykłym człowiekiem, a demonem. Dokładniej - nefilimem, pół demonem, pół człowiekiem, a do tego wielkim księciem, i dowódcą trzydziestu sześciu zastępów piekielnych. Przyczepił się blondyna już dobre kilka lat temu jak rzep psiego ogona, bo tylko on mógł wybrać go na następce Lucyfera spośród jeszcze trzech kandydatów.

    Ech... Naprawdę było to problematyczne. Tylko przez to, że posiadał w sobie dusze swojego prehistorycznego przodka Salomona, który w przeszłości podporządkował sobie siedemdziesiąt dwa demony i zdobył błogosławieństwo mądrości od Boga, William nie mógł w spokoju dążyć do swoich marzeń. Za to musiał na każdym kroku użerać się z takimi cudakami, jak ten na boisku. Nie dało się wybrać kogoś, kto bardziej para się tymi piekielnymi sprawami? Mu to tylko zawadzało.

    Nefilim przejął piłkę. Wszystkie mięśnie potomka Salomona momentalnie się spięły. Sam nie wiedział, dlaczego tak nagle zaczął się wczuwać. Może to przez tę ciężką atmosferę, która zapanowała między otaczającym go i krzyczącym tłumem?

    Nawet nie wiedząc kiedy i jak piłka wleciała wprost do bramki o milimetry unikając rąk.... Bramkarza? Chyba tak on się nazywał. Wszyscy siedzący na trybunach gwałtownie podnieśli się z miejsc, jeszcze bardziej zdzierając sobie gardła okrzykami radości. Blondyn o mało nie zrobił tego samego, lecz udało mu się zachować resztki godności i się powstrzymać. Gdy wszyscy zaczęli zbiegać z trybun w stronę boiska, on po prostu odchrząknął, po czym wrócił do nauki historii. Niech sobie ten demon nie myśli, że w ogóle obchodził go ten mecz.

    — Dlaczego nie patrzyłeś? — po kilku minutach usłyszał nad sobą znajomy, męski głos. — Gdybyś tylko widział jak ich wszystkich zmiażdżyłem! — chłopak zaśmiał się dumnie dosiadając się obok prymusa na drewnianej ławie.

    — Wiesz przecież, że nie interesuje mnie piłka nożna — odpowiedział spokojnie William powoli zamykając podręcznik.

    — Ale ten mecz był naprawdę ciekawy! Pierwszy raz przeciwnicy nie byli tacy słabi! Chociaż i tak nigdy nie byliby w stanie mi dorównać — podnosił własne ego ponownie się lekko śmiejąc.

    — Dokładnie Panie Dantalionie! — odezwał się jeden z małych nietoperzy (też demon) piskliwym głosem latając wokół.

    — Jak przystało na namiestnika piekieł! — dodał drugi idąc w ślady kolegi.

♔ Harmony ♔ [William x Dantalion]Stories to obsess over. Discover now