Rozdział 1

70 3 7
                                        

Ash nie mógł sobie przypomnieć, kiedy przestał zwracać uwagę na ból. Całe jego ciało ogarniało stopniowe odrętwienie ostrzegające, że nie pozostało mu zbyt wiele czasu. Kolejna fala torsji zmusiła go do wyrwania się z letargu. Zaczynał się obawiać, że nie umrze od utraty krwi, a raczej w mało estetyczny sposób zadławi się własnymi wymiocinami. Nie żeby śmierć kiedykolwiek była estetyczna.

Ostatkiem sił rozchylił zapuchnięte powieki. Piętrzące się nad nim niewyraźne sylwetki zasłaniały przymocowaną do sufitu jarzeniową lampę, lecz światło nadal wydawało się zbyt ostre. W ciągu ostatnich trzech dni zdążył przywyknąć do tego widoku. Trzy dni... Miał wrażenie, że minęły co najmniej trzy tygodnie.

To normalne, że gdy jesteś torturowany dwadzieścia cztery godziny na dobę, czas wydaje się ciągnąć w nieskończoność.

- Panowie, śpiąca królewna się obudziła.

Ktoś uderzył go w twarz otwartą dłonią. W porównaniu z tym, co robili wcześniej przypominało to niemal przyjacielski wyraz czułości.

Mimo że samo oddychanie wymagało od niego ogromnego wysiłku, nadal mógł poruszać gałkami ocznymi. Wystarczyło by dostrzec postać potężnego mężczyzny, który bezceremonialnie ustawił się pomiędzy jego bezwładnie rozrzuconymi nogami. Wolał nawet nie dociekać co robili podczas gdy leżał pozbawiony przytomności. Gwałcą wykrwawiającego się faceta. Naprawdę musi im się nudzić. A może po prostu nie doceniłem ich pomysłowości... Żałował, że dał się złapać, jednak nie miał do siebie wyrzutów odnośnie wszystkich rzeczy, których się dopuścił, a które doprowadziły do jego obecnej sytuacji. Nie zastanawiał się, czy zasłużył na podobny koniec. Nie dbał też o swoje cierpienie – bardziej doskwierał mu fakt, że przekreśla to jego szansę na dalsze działanie. W końcu nie zdołał jeszcze zrobić tego, do czego zmierzał przez ostatnie jedenaście lat. Właśnie dlatego nie mógł pozwolić sobie na śmierć...

Z nową determinacją wbił wzrok w sufit, odcinając się od otaczających go śmiechów i docinków, a także od skurwysyna wbijającego się siłą w jego wnętrze.

Pozwolił swojej świadomości na chwilowe opuszczenie krwawej miazgi, w której aktualnie przebywał. Wydostawanie się z własnego ciała nie było zbyt przyjemnym procesem – trochę tak, jakby ktoś pocierał jego mózg papierem ściernym. Wolał tego nie robić, lecz rozumiał, że nie otrzyma innej szansy na przetrwanie. Mój czas się kończy. Nie mam już nic do stracenia.

Świat w dole był jednolity niczym nieskończony, mlecznobiały ocean. Nie było w nim budynków ani roślinności, jedynie różnobarwne punkty symbolizujące ludzi. Czerwona aura oznaczała żywego człowieka. Mógł oczywiście przejąć ciało takiej osoby, ale najwyżej na trzydzieści minut zanim zostałby z niego „wypchnięty". Potrzebował ciemnoszarej aury, czyli świeżego trupa, który nie zdążył jeszcze zesztywnieć ani tym bardziej ulec rozkładowi. Zazwyczaj ludzie w Paradipolis giną jak psy. Nie chcą się przekręcić tylko wtedy, gdy tego potrzebuję. Ziarno desperacji zaczęło kiełkować w umyśle Asha. W ciągu ostatnich lat całe jego istnienie skupiało się na jednym celu, do którego zmierzał bez względu na konsekwencje. A jeśli umrze, niczego już nie zdziała. Jeżeli teraz umrę, nigdy go nie odnajdę.


Czerwony, czerwony, czerwony... Wcześniej nie przypuszczał, że kiedyś ten kolor wywoła w nim równie skrajną awersję. Odnosił wrażenie, że całe to morze czerwieni śmieje mu się w twarz, szydząc z niego i z jego bezsilności. Jednak w pewnym momencie jeden z licznych, tętniących życiem punktów zaczął powoli wygasać. Ash nie czekał na dalszy rozwój sytuacji. Blednąca aura ciągnęła go jak magnes – realna szansa ucieczki bliżej niż na wyciągnięcie ręki. Niemal fizycznie odczuwał połączenie tworzące się między jego świadomością a ciałem umierającego człowieka.

Ulga, którą odczuł w związku z rozwojem wydarzeń jeszcze dwadzieścia lat temu wywołałaby w nim wyrzuty sumienia. Jakby na to nie patrzeć, z premedytacją wykorzystywał czyjąś śmierć by zapewnić sobie przetrwanie. Ale on zaszedł już zbyt daleko by żałować swoich czynów, lub tym bardziej współczuć innym ludziom. Sytuacja z pewnością nie należała do najbardziej komfortowych, jednak gdyby przegapił okazję z powodu moralnych rozterek byłby zwyczajnym głupcem.

Czerwień obserwowanej przez niego aury wygasła już niemal do końca. Ash, skupiając się na utrzymywaniu stabilnej więzi z ciałem, czekał w napięciu na odpowiedni moment. Trzy, dwa, jeden... Kurwa...! Nieoczekiwane szarpnięcie sprowadziło go z powrotem do rzeczywistości. Zaczerpnął konwulsyjnie powietrza niczym ryba wyciągnięta na brzeg, powitany przez znajomy sufit oraz jaskrawe światło jarzeniówki. Pośpiesznie dotknął nici połączenia upewniając się, czy nie została ona zerwana. Uspokoił się dopiero gdy doszedł do wniosku, że nadal jest tak samo stabilna jak jeszcze chwilę wcześniej. Teraz przeniesienie stanowiło kwestię parudziesięciu sekund. Biorąc pod uwagę stan jego zmaltretowanego ciała, nie odczuwał smutku ani rozżalenia. Nawet gdyby przetrwał, byłby kaleką do końca życia. Prawdopodobieństwo, że mógłby trafić z deszczu pod rynnę istniało, lecz zdawało się tak nieznaczne, iż postanowił je zwyczajnie zignorować.

- Co się dzieje? Kim jest ten człowiek? – Uwagę Asha przyciągnął chłodny, męski głos, który rozbrzmiał echem w zaskakująco cichym pomieszczeniu.

Przeniósł spojrzenie w lewo tylko po to, by dostrzec nienaturalnie jasne, stalowe oczy wpatrujące się w niego wzrokiem pozbawionym wyrazu. Był zbyt zdezorientowany, by przyjrzeć się twarzy mężczyzny, ale te oczy... Doskonale je pamiętał, również teraz, gdy przyglądały mu się bez cienia rozpoznania.

Ostatkiem sił wykaszlał gęsty płyn o obrzydliwie metalicznym posmaku, po czym przymknął powieki, ogarnięty falą nieoczekiwanego spokoju.

Jego zdrętwiałe, poobijane wargi rozciągnęły się w ledwo dostrzegalnym uśmiechu. W następnej chwili poczuł, jak nić połączenia napina się do ostateczności i wyciąga go bezlitośnie z jego ciała.


Niel...


Wreszcie cię znalazłem.

Pierwsza CzęśćStories to obsess over. Discover now