Ostatnie promienie jesiennego słońca wpadały do wagonu, rytmicznie przecinane słupami trakcyjnymi pociągu. Przez uchylone szyby dostawał się letni wiatr. Ciężko o bardziej inspirującą scenerię. Wracałam z targów mody z Tuluzy do Paryża bazgrając kolejne strony notatnika. Co kilka chwil spoglądałam za okno zachwycając się niekończącym horyzontem pól i łąk. Byłam jak w transie, chłonęłam te kolory, podziały grządek, wzgórki i bezchmurne niebo. Prawie nie zauważyłam jak wjechaliśmy do tunelu; zrobiło się ciemno i zamiast przejmującej przyrody widziałam już tylko swoją skrzywioną w skupieniu minę i wywieszony kraniec języka.. Uhh no tak, po raz kolejny mi się to zdarza. Westchnęłam ociężale i dalej szkicowałam.
Kolejny raz coś mnie rozprasza, tym razem słyszę dziwny głos, jakby z generatora, albo przynajmniej kogoś na niezłej fazce. Zbliżamy się do Paryża. Zbliżamy się do domu. Jedno zdanie, a w mojej głowie zaczęło się kotłować i mieszać milion myśli na minutę. Koniec spokoju, czas powrócić do domowych zobowiązań Marinette. Mam nadzieję że chociaż ktoś mnie odbierze ze stacji. Nie mogąc się już dłużej skupić na projektach i uświadamiając sobie, że niedługo będę musiała zabrać z pociągu wszystkie swoje rzeczy, wspięłam się na palcach by dosięgnąć półkę z walizką, włożyłam szkicownik do jej wierzchniej kieszeni. Zasuwając powoli zamek westchnęłam. Powrót do Paryża to nie tylko zmierzenie się z piekarnią i szkołą, nie tylko znoszenie ciągłych upokorzeń ze strony Chole i Lii, nie zadania domowe i pośpieszne układanie włosów jedząc ciepłe croissant w drodze na poranne zajęcia. Powrót do Paryża to przede wszystkim powrót do Adriena. Adriena który jest moim przyjacielem. I nic więcej. Nasza ostatnia rozmowa skończyła się na stawieniu czoła niechcianej, tak mi się przynajmniej wydaje, prawdzie. Chłopak nieśmiało wyznał mi swoje uczucia.
Zszokowana wpatrywałam się w jego nieobecny wyraz twarzy, na zaczarowane usta wyznające mi jego miłość do Kagami. Do dziś nie wiem skąd miałam na tyle energii by nie dać po sobie poznać jak wiele bólu sprawia słuchanie o jego pięknej i silnej koleżance z szermierki. A tym bardziej, nie mam pojęcia, dlaczego przyszło mi do głowy by zaproponować mu, z uśmiechem na ustach (sic!!), wspólne wyjście na łyżwy. Nie dość że przyjęłam odrzucenie, choć nieme, bo z mojej strony wyznania nie było, to w dodatku sama przykładałam rękę do rozkwitu tej relacji. Czy to już masochizm sprawiać sobie takie cierpienie duszy?
Znudzony głos pociągu zakończył trasę pociągu, więc chwyciłam za walizkę, plecak i płaszcz. Spojrzałam ostatni raz na miejsce upewniając się, że niczego nie zapomniałam i chwiejnym krokiem ruszyłam w stronę otwartych już drzwi wagonu.
Rodzice na nich zawsze mogłam liczyć – pomyślałam uśmiechając się w duchu na widok stojącej na peronie pary moich staruszków.
- No w końcu, córcia nie mogliśmy się Ciebie doczekać. – Krzyknął rozbawiony Tom, choć w jego oczach szkliły się mikroskopijne łezki. Tato, nawet nie wiesz jak rosnę w sobie słysząc, że ktoś za mną tęsknił.
- Marinette, wyjeżdżasz już któryś raz, a my wciąż się nie możemy przyzwyczaić do braku porannego huraganu zbiegającego z góry. – Dołączyła się rozbawiona Sabine. Dziękuję mamo.
- Ja też bardzo się za wami stęskniłam! – krzyknęłam wybiegając z pociągu, potykając się o ostatni stopień i wpadając prosto na nich.
- Jak Ty sobie bez nasz radzisz Marinette?
Zakołopotana podrapałam się po czubku głowy próbując wyjaśnić, że to przecież wcale nie jestem taką fajtłapą... Ale przypomniało mi się o bagażu, który został przy krawędzi pociągu. Bez słowa odwróciłam się i wytargałam walizkę z wagonu. Tata, roześmiany patrzył się na moje zmagania, aż w końcu przejął od swojej kruchej córki toboły i w trójkę zmierzali w stronę samochodu. W drodze opowiadałam o wszystkim co działo się w Tuluzie, ile zobaczyłam, jak zareagowano na moje prace i nad czym muszę jeszcze popracować. Dojeżdżając pod kamienicę dostałam wiele mówiącą wiadomość od Ayli „Jeśli myślisz, że Twój powrót umknie najlepszej dziennikarce w mieście, to grubo się mylisz! Masz godzinę i widzimy się w kajucie Juleki – wszystko chcemy wiedzieć! I jestem pewna że Ty również czekasz na kilka nowinek!". Cała Ayla; nie znosząca sprzeciwu Ayla.
- Mamo, tato, pozwolicie że wpadnę do dziewczyn? Wiecie, plotki...
- Jasne, myślę że możemy Cię podrzucić, planowaliśmy jechać po parę składników po drodze, dostaliśmy duże zamówienie na tort z wiśniami, ale wciąż nie możemy znaleźć dobrych wiśni. Do Ayli Cię podwieźć? – Mama jak zwykle pomocna.
- Pod Sekwanę, tym razem zebranie będzie w kajucie Juleki.
- Nie ma sprawy słońce – mama odwróciła się z przedniego siedzenia uśmiechnięta. Jej uśmiech zawsze był tak szczery i nieskazitelny, pochłaniający całą buzię. – Ale może najpierw wniesiemy Twoje bagaże na górę? – Czy możliwym jest bycie bardziej kochaną osobą?
YOU ARE READING
Cytryny
RandomBo życie dało Marinette cytryny. Róbmy lemoniadę. ps niesprawdzane, pisane jednym tchem, obiecuję że poprawię
