2. Jak czarować

1K 105 99
                                        

      Vitalio wysuszył się i ubrał, zamknął sklep, wziął motorówkę i razem z Monkiem – a także, "chcącym to zobaczyć", Ketrą – wyruszyli jeszcze tego samego wieczora.
      Lio sterował, kozioł położył się na pokładzie, a tryton płynął za łodzią, ściskając zwisającą z niej linę. Fioletowowłosy wybrał najszybszą z maszyn, i wkrótce wpłynęli do niewielkiego jeziorka na łące przy lesie, za którym były bagna.
      – Chryste, jakiś ty ciężki! – stęknął, podnosząc Monka z wody "na księżniczkę".
      – To nie ja, to mój ogon. – Księżniczka zarzuciła mu ręce na ramiona z niewinną miną.

      Chłopak jakimś cudem się wyprostował, podszedł do centaura, który chwilę temu zszedł z zacumowanego pokładu na ląd, i posadził niesiony ciężar na jego grzbiecie.
      – Dobra, teraz powoli. A ty się tam trzymaj. 
      – Aj-aj kapitano. – Monk objął białowłosego w piersi, a ten ruszył, stawiając kopyta ostrożnie tak jak mu przykazano. Vito przeszedł na stronę, z której nie zwisał ogromny, utrudniający wszystko ogon, aby położyć asekuracyjnie rękę w dole syrenich pleców.

      Syren czuł, jak gdyby ciepło emanujące z ludzkiej dłoni zaczęło rozprzestrzeniać się po całym jego ciele.

      Przeszli przez las, wkraczając na moczary mroczniejsze i o wiele bardziej "bagienne" niż te, jakie mieli u siebie.
      Nie wspominając już o tym, że w tym miejscu powietrze aż wibrowało od przeszywającej je magii...

~~*~~

      – Aa! – krzyknęła, przystając w wejściu do namiotu, niziutka czarownica o wściekle czerwonych włosach i złotych oczach, upuszczając koszyczek ze świeżo zebranymi liśćmi herbaty. – Arti! Co tu się na Merlina dzieje?!
      Po całym namiocie latały przeróżne, otoczone wyblakłofiołkową aurą rzeczy. Książki przelatywały z półki na półkę, machając okładkami jak skrzydłami, mikstury wirowały, zostawiając kolorowe plamy na meblach, woreczki z magicznym proszkiem rozsypywały go wszędzie, a zamiatające w powietrzu miotły i zmiotki do kurzu – zamiast faktycznie zamiatać – tylko to wszystko rozmazywały i bardziej rozsypywały.
      Krzątający się w panice pośród tego całego bałaganu błękitnowłosy młodzieniec przystanął, przenosząc na nią wystraszone spojrzenie fiołkowych oczu.

      – Och, już pani wróciła? Ja... Ja chciałem posprzątać, bo... Łoł! – Uchylił głowę przed przelatującym grubym tomiskiem. – Bo mówiła pani, że wyczuwa nadchodzących gości i- Ach!... No i pomyślałem sobie, że szybciej będzie, jak użyję zaklęcia, ale trochę wymk... Aa! – Zasłonił twarz rękoma, gdyż zaraz uderzyć miał w nią kociołek, ale nic się nie stało.
      Odsłonił oczy i przez chwilę myślał, że wreszcie udało mu się to zatrzymać – co przez cały ten czas próbował zrobić – lecz oczywiście to Althea wyszła z amoku i stała teraz z uniesionymi dłońmi, a wszystkie przedmioty zastygły posłusznie na ten gest, teraz otoczone już złotą poświatą. Straciły ją i opadły na ziemię z brzdękiem, gdy tylko opuściła dłonie, jak przykładne rzeczy martwe. Arti odetchnął z ulgą. 

      – Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie próbował czarować beze mnie w pobliżu?! Spójrz tylko na ten bałagan! 
      – No wiem, przepraszam... – Opuścił poprószoną cynamonowym proszkiem głowę. Jego nieskazitelnie biała koszula, przewiązana w kołnierzu błękitną wstążką, i czarne, eleganckie spodnie także były nim "przyozdobione".
      Wiedźma westchnęła i podeszła do niego, jedną ręką łapiąc za dłoń i przyciągając w dół, a drugą sięgając do niebieskich kłaków, delikatnie otrzepując je z proszku, przy czym i tak musiała stanąć na palcach, by dosięgnąć do głowy sporo wyższego od niej chłopaka.

Saga Nici 2: Poróżnieni. |boys love story|Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz