Jeszcze miesiąc temu siedziałam w więzieniu. Właściwie w zakładzie karnym w Grudziądzu. Od razu umieścili mnie w izolatce i nosiłam z dumą kombinezon w kolorze pomarańczowym. Byłam traktowana jak „groźny przestępca", mimo iż nawet nie umiałam się bić, a zabicie muchy powodowało u mnie ogromne wyrzuty sumienia. Zostałam więźniem kategorii „N". Dlaczego? Wszystko ze względów bezpieczeństwa, musiałabym być oddzielona od reszty, a moja cela całą dobę obserwowana, przez kamerę umieszczoną w rogu. Nawet podczas mojego prysznica, jakiś nadgorliwy strażnik, musiał mnie podglądać. Wszyscy znali mój dorobek albo na szczęście, tylko jego część i wiedzieli, do czego jestem zdolna, a ucieczka z takiego miejsca byłaby tylko formalnością.
Natomiast dziś piję wino, na najwyższym piętrze jednego z wieżowców w Warszawie. Ciekawi was pewnie jak to zrobiłam, jak uciekłam. Cała sztuczka polega na tym, że nie uciekłam. Policja, właściwie sama mnie wypuściła. Może nie do końca wypuścili, mam ich wspomagać łapać takich ludzi, jak ja kiedyś. Będę ich konsultantem i od dziś mam im pomagać przy sprawach i robić za „specjalistkę". Rozumiecie? Osoba, która jeszcze dwa lata temu, próbowała obrabować sejf jednego z najbogatszych Warszawiaków, dziś po odsiedzeniu tylko półtora roku wychodzi na wolność, aby pomóc stróżą prawa. Aby było zabawniej, wcześniej sami mnie pojmali i zamknęli za kratami. Jednak może wróćmy do początku, czyli jak trafiłam do Grudziądza.
Podczas obrabowywania sejfu, o którym wcześniej wspomniałam, mój przyjaciel, z którym łączyło mnie jednak coś więcej, zamknął mnie tam. Tak, dokładnie, zostawił mnie w sejfie i uciekł. Zabrał prawie wszystkie obrazy, po czym zostawił samą. Nie miałam jak uciec, byłam w potrzasku, zamknięta w wielkiej metalowej puszce. Gdybyście tylko widzieli miny policjantów, gdy zobaczyli zamkniętą tam szczupłą blondynkę. Wyglądałam jak spłoszona zwierzyna w sidłach.
Potem wszystko działo się szybko, skazali mnie na 20 lat, trafiłam do jednego z najbardziej chronionych więzień, ponieważ wiedzieli, że umiem włamać się wszędzie. Moja ucieczka z więzienia również byłaby tylko kwestią czasu. Jeśli uważacie, że nie myślałam o niej, to grubo się mylicie, zawsze coś planuję. Tylko czasem potrzeba na to więcej czasu. Jednakże nie musiałam wprowadzać w życie swojego planu, gdyż jednego z samotnie spędzonych dni w celi, odwiedził mnie agent Interoplu.
I1I
— Witam Liliano, a właściwie Lilith Rakosz, urodzona piętnastego maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego czwartego roku. — Odrobił pracę domową.
Tylko moi rodzice znali moje prawdziwe imię, wszystkim zawsze przedstawiałam się po prostu jako Lili. Cóż moje imię nie jest typowe jak dla Polki, którą jestem. Moi rodzice nie byli do końca normalnymi ludźmi, w końcu kto nazywa dziecko na cześć upiorzyce, znanej w folklorze żydowskim.
— Jestem agent Maciej Szulc, pracuję w Interpolu w wydziale przestępczości związanej ze sztuką. Wiem, że może to zabrzmieć dziwnie, ale potrzebujemy pani pomocy, a właściwie ja potrzebuję — mruknął mężczyzna, w widocznie drogim garniturze. Zapewne był robiony na miarę, ponieważ leżał na nim wprost wyśmienicie.
Usiadł naprzeciwko mnie w pokoju odwiedzin. Przyglądałam mu się uważnie, wglądał na bogatego. Rolex, skórzana teczka i piękne buty, z czarnej, najprawdopodobniej włoskiej skóry. Na tle gładkiego, granatowego garnituru jego biała koszula wyglądała olśniewająco. Poprawił delikatnie dłonią, swój idealnie dopasowany krawat w drobny wzorek.
Oparłam się o oparcie mojego drewnianego krzesła i przechyliłam głowę w oczekiwaniu, na to, co powie dalej.
— Może pan pójść, to sprawa wagi międzynarodowej i możemy wiedzieć o tym tylko ja i ta pani. Jest przykuta do krzesła, więc raczej nic mi nie zrobi — powiedział w stronę strażnika stojącego przy drzwiach.
VOCÊ ESTÁ LENDO
Fałszerka
AçãoOd samego początku wiedziałam, że praca z Interpolem nie będzie należeć do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych. Tym bardziej, że miałam być tylko konsultantką i tropić złodziei, którzy jeszcze dwa lata temu byli moimi przyjaciółmi. Nie wiedziałam...
