Ostatni raz

8 2 0
                                        

    Wiatr owiewa moją suchą skórę i sprawia, że na policzkach zaczynam czuć dokuczliwe szczypanie. Drobne ziarenka piasku uderzają w moje ciało, powodując nieprzyjemny ból. Wzrok jednak nie może przestać wpatrywać się tępo w bezkresne morze, słuch jedynie łowi idealny śpiew fal, ręce powoli gładzą szorstką powierzchnię drobnych kamyczków, nos czuje morską bryzę, która rozchodzi się filigranowo po płucach.

    Stoję jeszcze chwilę i pozwalam sobie nacieszyć się tym widokiem. Gdzieś za mną słyszę skrzeczenie mew, jednak nie odwracam się, by spojrzeć, czy naprawdę tam są. Ja już nigdy się nie cofnę, nie spojrzę za siebie. Jednakże kieruję swój wzrok na piasek i upadam na niego, wydając z siebie cichy jęk i biorąc go garściami do dłoni. Wącham go łapczywie. Drażni moje nozdrza, dlatego kaszlę ostro. Mimo tego ponawiam czynność i staram się, by ta krótka chwila trwała wieczność. Nie potrafię jednak tego zrobić.

    Puszczam go i ponownie się prostuję, wracając do poprzedniej pozycji.

    Już czas.

    Stawiam pierwszy krok i obezwładnia mnie strach. Czuję, jak moje słabe serce wali i próbuje się wyrwać z klatki piersiowej. Przemarznięte przez wiatr ręce drżą, a włosy latają na wszystkie strony. Do oczu cisną się słone łzy, których już tak wiele straciłem.

    Mimo tego stawiam kolejny, szybszy krok.

    Wszystkie emocje się we mnie kotłują. Na twarzy pojawia się co chwila delikatny uśmiech, a po policzkach strumieniami spływają błyszczące krople. Wiatr jak na złość dmie tak ostro, że upadam, pojawiając się znowu w punkcie wyjścia. Mam wrażenie, że na nowo dotykam piasek, który szybko ucieka mi przez palce.

    Wstaję. Po raz ostatni.

    Już nie liczę kroków. Po prostu biegnę, coraz szybciej i szybciej.

    W pewnym momencie napotykam zlodowaciałą wodę. Na początku pieści ona moje palce, później ujmuje kostki, łapie kolana, zabiera biodra, wykrada każdą część ciała, aż w końcu czubek głowy zanurza się pod srebrzystą taflą. Mam wrażenie, że żywioł porywa moje ciało, zaciąga w swoją szeroko rozwartą paszczę. Fale atakują mnie i zanurzają coraz bardziej i bardziej. Wiem, że mogę się jeszcze wycofać. Wiem, że właśnie teraz musi paść ostateczna decyzja.

    Jednak przecież jestem pewien. Chcę to zrobić.

    Płynę. Płynę przed siebie, z każdą chwilą coraz bardziej tracąc grunt pod nogami. Następuje moment, w którym nie czuję już zimnego piasku, dotychczas pieszczącego stopy, zaś moje ciało pogrąża się w głębi morza. Nie mogę już zaczerpnąć powietrza.

    Ostatnie promienie prażącego słońca oświetlają moją twarz.

    Wyciągam rękę, by przez chwilę, przez króciutki moment poczuć jeszcze jak wiatr muska moją dłoń, jak próbuje mnie wyciągnąć, uratować.

    Pozwoliłem jednak na to, pozwoliłem się porwać.

    Zaczyna się. Warte tyle, co nic, ciało domaga się powietrza. Teraz ja podejmuję decyzję. Nikt nie będzie mi mówił, co mam robić. Nawet moja własna skorupa, w której umieszczona jest dusza. To tylko oznaka słabości, ludzkiej niedoskonałości, ramki, w którą Bóg umieszcza prawdziwe wnętrze człowieka.

    Moje usta żałośnie poruszają się jak u duszącej się ryby. Kończyny rzucają się na wszystkie strony, podejmując przegraną walkę z wodą. Do płuc wlewa mi się płyn, ogarnia mnie dziwne uczucie. Nie czuję bólu, ale wbrew tego męczę się niemiłosiernie i błagam, żeby skończyło się to jak najszybciej.

    Mimo że nic niewarty organizm instynktownie próbuje walczyć, to ja z każdą kolejną chwilą czuję ulgę.

    Nie dlatego, że to wszystko się kończy, nie dlatego, że nie wyleję już więcej łez, nie poczuję na sobie zawistnych spojrzeń, nie usłyszę obłudnych plotek. Nie dlatego, że za krótki moment wydam z siebie ostatnie tchnienie. Wcale nie dlatego.

    Czuję się szczęśliwy… Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuję się szczęśliwy, ponieważ wiem, że walczę z czymś, z czym żaden człowiek nie może się mierzyć. Potężny, bezlitosny żywioł rzuca mną niczym szmacianą lalką, a ja uśmiecham się do siebie i pozwalam na każdy jego ruch. Wygram tę bitwę, ponieważ koniec może być tylko jeden i to właśnie na takim zakończeniu mi zależało.

    Finał jest szybki, a ciągnie mi się tak długo.

    Opadam powoli na dno. W głębinach morza jest tak spokojnie. Dryfuję, odlatuję do innego, lepszego świata. Tutaj wszystko wygląda inaczej. Nie muszę już walczyć o przetrwanie, nie muszę się niczym martwić ani przejmować. Nie słyszę, nie czuję, nie widzę. Ogarnia mnie bezkresna, przyjemna pustka.

   To już koniec.

   Nareszcie koniec.

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: May 09, 2019 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

Ostatni raz płynąłemStories to obsess over. Discover now