sunrise ; clint barton

486 88 31
                                        


UWAGA UWAGA UWAGA UWAGA UWAGA UWAGA UWAGA UWAGA UWAGA UWAGA

SPOJLERY DO ENDGAME SPOJLERY DO ENDGAME SPOJLERY DO ENDGAME

poważnie, jeżeli jeszcze nie widziałeś/aś filmu, nie psuj sobie zabawy.
______________________________________________

Clint siedzi na dachu wieżowca, jeszcze przecież tak niedawno zamieszkiwanego przez Tony'ego Starka, chociaż doskonale wie, że to cholernie niebezpieczne, i w każdej chwili może się zsunąć, a wtedy skończy się to fatalnie. Nie przejmuje się tym jednak ani trochę, i ani przez chwilę nie przestaje machać nogami do melodii jakiegoś tandetnego hitu dwudziestego pierwszego wieku. Myśli, że dzisiejsza muzyka jest strasznie przemielona, a wszystkie kawałki z jego playlisty ułożonej przez algorytm brzmią tak samo. Nie fatyguje się jednak, aby przełączyć piosenkę na coś innego, bo tak naprawdę nuty jedynie przelatują mu przez uszy, nie zagłuszając irytującej tęsknoty tak, jak powinny.

Przez głowę Bartona przelatują setki myśli na sekundę, a on nie potrafi ich uciszać, być może nawet nie chce. Właśnie dlatego wyjechał ze wsi, chociażby na jedną noc, bez swojej rodziny - chciał pozwolić swoim wspomnieniom szumieć w jego umyśle, niszczyć go powoli, w spokoju. Laura rozumie, dlatego żegna go tylko delikatnym pocałunkiem w policzek, nie mówiąc ani słowa. Pozwala mu odejść. Ma nadzieję, że to pomoże jej mężowi uporać się z żałobą i okropnymi wyrzutami sumienia, jakie czuje po śmierci swojej najlepszej przyjaciółki.

Wszystko wokół zdaje mu się przypominać Natashę. Czasem, przechadzając się ulicami, przed oczami miga mu czyjaś ruda czupryna, a jego serce niezauważalnie przyspiesza. Momentalnie jednak czuje zawód, który powoli rozchodzi się po całym jego ciele, kiedy zdaje sobie sprawę, że to nie jest ten rudy odcień. Dla niego nawet identyczny kolor będzie inny, bo nie będzie należał do niej. I tak teraz właściwie zdaje mu się, że świat stracił swoje barwy.

Niekiedy, przepychając się przed tłum, zauważa kogoś z zielonymi oczami. Jednak nie ma w nich tego błysku, który był w jej oczach. Tego błysku, który sprawiał, że wyglądała jeszcze bardziej anielsko, gdy się śmiała, ale także dużo groźniej, gdy była wściekła. Jednak była idealna nawet wtedy, kiedy jej twarz była wykrzywiona w grymasie złości. Bo dla niego ona zawsze była piękna.

W jego uszach dzwoni jej głos - pamięta czasy, gdy potrafili rozmawiać godzinami, kiedy nie mogli spać. Pamięta ich wspólne treningi, i jej szept nad uchem - „Przegrałeś, Barton". Przez chwilę się nie odzywają, tylko po to, aby za krótki moment wybuchnąć głośnym śmiechem. Natasha chwyta go za rękę, i podnosi z ziemi, chociaż on się zapiera. Próbuje przywołać z zakamarków pamięci dotyk jej skóry. Pamięta, że miała ładne ręce, w niektórych miejscach pokryte bliznami - część z nich było całkiem świeżych, inne widziały już połowę świata. Jej dłonie były niezaprzeczalnie silne - jak ona sama.
Po chwili leżą na ziemi razem, i śmiejąc się cicho, ani trochę nie zgorszeni bólem w krzyżu po ich fizycznych przekomarzankach.
Pamięta także ich kłótnie. Jednak, ku jego zdziwieniu, nie czuje bólu, kiedy słyszy jej krzyki, odbijające się echem w jego głowie. Potrafiła strasznie głośno krzyczeć. Mimo tego, że potrafili zrobić niezły harmider, i tak zawsze kończyła w jego ramionach. Raz zajmowało to dłużej, raz krócej, jednak zawsze do siebie wracali, bo byli niczym bratnie dusze - nie umieli żyć bez siebie.

Poświęciła się dla świata, dla tych wszystkich ludzi. Poświęciła się dla niego. To nie tak miało być, to on miał skoczyć z tego pieprzonego klifu, i oddać życie za jej bezpieczeństwo. Ona miała przeżyć, ciało Bartona miało spocząć na dole kanionu. Wszystko poszło nie tak, jak powinno.

Żołądek Hawkeye'a ściska się w małą kulkę, a w jego oczach mimowolnie pojawiają się łzy. Pamięta jej słowa, jakby to wszystko wydarzyło się wczoraj. „Puść mnie. Wszystko będzie w porządku". Prosił ją, niemalże błagał. Ona nie posłuchała. To była zaledwie sekunda, kiedy jej dłoń puściła tą jego. Sekunda, która zaważyła na jej życiu. Sekunda, podczas której zabrakło mu refleksu, z którego przecież był taki znany. Sekunda, kiedy bezwładne ciało rudowłosej uderzyło w ziemię, a Clint nie zdążył jej uratować. Dostał w zamian tylko kamień duszy, jednak nic nie mogło wynagrodzić mu tego, że jej już z nim nie było. Nic nie mogło przywrócić jej życia.

Nie umie utrzymać nerwów na wodzy. Wybucha głośnym płaczem, chowając twarz w dłoniach, a przed jego oczami wciąż widnieje ostatni uśmiech jego Natashy.

Wszystko będzie dobrze.

Ociera łzy, wydaje mu się, że wciąż słyszy jej głos. Uspakaja go, a słone krople coraz wolniej spływają po jego policzkach. Ona zawsze tu będzie. Nie fizycznie, jednak wspomnienia, jakie po sobie zostawiła, zostaną na zawsze. Przed jego oczami migają obrazy, jednak są to tylko dobre wspomnienia. Wszystkie jej uśmiechy, jej łzy wzruszenia, ich treningi, misje, rozmowy. Wszystko sklejone w jedną całość, która wydaje się być jak plaster na złamane serce Bartona.

Na jego usta powoli wkrada się smutny uśmiech. Natasha chciałaby, aby był szczęśliwy. Nie wiedział, czy potrafi bez niej po jego stronie, jednak przecież obiecała mu, że wszystko będzie dobrze.

Mężczyzna powoli podnosi się z dachu, a ostatnie światła Nowego Jorku przed świtem odbijają mu się w czerwonych, opuchniętych od płaczu oczach. Obserwuje, jak powoli zza horyzontu wychyla się słońce, zwiastujące rychłe nadejście poranka.

Clint czuje niewidzialną dłoń na swoim ramieniu. Nie musi się odwracać, aby wiedzieć, że ona tam stoi. Nie musi też się odwracać, aby wiedzieć, że delikatnie się do niego uśmiecha. Zawsze kochał jej uśmiech.

Promienie słoneczne tym razem ani trochę go nie rażą.

Wschód słońca zawsze oznacza nowy początek.

______________________________________________

dziękuję bardzo za 200 follow kochani!
<3

sunrise - clint barton. [endgame oneshot] ✓Stories to obsess over. Discover now