EGZEKUCJA THOMASA VOICE'A

27 2 0
                                        

I
Pierwszą myślą, jaka przeszła mu przez głowę, było, czy na pewno wybranie się do Mangled Mermaid tylko po to, by się napić po całym tygodniu ciężkiej pracy z dziećmi w sierocińcu na Osborn Street, jest konieczne. Nie chciał zamawiać prostytutki, nie było mu to potrzebne do „szczęścia"; wystarczyło dobre wino. A w Mangled Mermaid było jedno z lepszych, a szczególnie w tak stosunkowo niskiej cenie.

Przekroczył próg pubu. Oczy młodych dziewcząt zwróciły się na niego. Za każdym razem ogarniało go współczucie, gdy widział zmęczone spojrzenia dziewczyn, wycieńczonych ciągłym spełnianiem usług dla niewyżytych żeglarzy, którzy dobijali do pobliskich doków, by po pracy upić się i wykorzystać młode dziewczyny do tego, by ukoiły ich niesamowicie widoczne podniecenie. Płeć piękna, którą w tym miejscu traktowano nie lepiej niż nic niewarte starocie na bazarach, była wyniszczona przez choroby i pracę czasem przez dwadzieścia cztery godziny. Choć doskonale zdawał sobie, że nie wszystkie. Te najbardziej „luksusowe" ladacznice, które były tymi najbardziej wrednymi, siedziały sobie przy ich stałych, nadzianych klientach, pijąc drogie wina i szampany.

Usiadł przy barze. Gruby barman przywitał go z uśmiechem, stawiając przed nim kieliszek i wyciągając jego ulubione wino. Był jedynym mężczyzną, który nie przychodził na panienki, a jedynie po to, by napić się alkoholu, pogadać, a potem po prostu wyjść i wrócić za tydzień; nie dało się go nie zapamiętać.

— No i co? Jak ci się żyje po dwóch miesiącach we wschodnim krańcu? — spytał, a mężczyzna wypił odrobinę zawartości kieliszka.

— Prawdę mówiąc, po tym, jak rodzice straszyli mnie, że będzie istna sieczka, spodziewałem się czegoś gorszego — odparł, a w tym momencie usłyszał upadające ciało.

Odwrócił się i natychmiast wstał z krzesła, kucając obok młodziutkiej blondynki, która przez chwilę zasłabła. Pomógł jej wstać i usadził ją na stołku barowym. Jej skóra była blada, sucha. Policzki zapadnięte, gigantyczne sińce pod oczami pozwalały mu wyobrazić sobie, jak mało odpoczynku miała ta dziewczyna, a spierzchnięte usta dały mu wskazówkę, dlaczego zasłabła.

— Proszę, otwórz usta — poprosił, a dziewczyna uchyliła nieśmiało usta. — Troszkę szerzej.

Usta dziewczyny rozchyliły się bardziej. „Tak myślałem", pomyślał i podsunął kieliszek do młodej prostytutki.

— Napij się. Dobrze ci to zrobi.

Spuściła głowę, wpatrując się w swoje chude dłonie.

— Nie mogę — szepnęła, mimo że czuła niesamowitą suchość w ustach.

Westchnął i wyciągnął z kieszeni pomięty banknot.

— A jeżeli ci zapłacę? — Uniósł brew, a dziewczyna na niego swój wzrok.

Odgarnęła swoje blond włosy i uśmiechnęła się nieznacznie. Po chwili jednak znów posmutniała, spoglądając na swoje kolana.

— Przepraszam — powiedziała, wstając z krzesła.

Mężczyzna wstał i złapał ją za rękę.

— Tylko jeden kieliszek — rzekł, uśmiechając się do niej czarująco.

Nie oparła się, odpuściła, przyjmując szkło i wypijając całą jego zawartość. Zarumieniła się, odsuwając go od ust. Poprosiła o jeszcze jeden, a potem odeszła, zmuszona przyjąć kolejnego klienta. Barman zaśmiał się, podając mu drugi kieliszek i nalewając trunek. Mężczyzna zaczął go powoli sączyć, wysłuchując opowieści barmana na temat ostatnich plotek, które krążyły po Londynie. Jedna z nich szczególnie zainteresowała młodego lekarza. Zabójstwo w Westminster. Został otruty jakiś ważny bankowiec.

Opowiadał mu o wszystkim, aż nagle na chwilę zamilkł, a potem znów odezwał się ściszonym głosem:

— Oho. W końcu Crugermann wypuściła Alice z pokoju — mruknął, a mężczyzna odwrócił się, szukając wzrokiem kobiety, o której mówił.

— Która to?

— Ta czarna w czerni i bieli. — Wskazał palcem na dziewczynę, która właśnie starała się wydostać z kolan nastukanego żeglarza. — Co jak co, z buźki śliczna, ale ma dziewczyna gadane. — Oparł się jedną ręką o blat. — W jednym momencie udało jej się wczoraj uspokoić zapędy czterech facetów. Dlatego ta stara kurwa ją zamknęła.

— Dlatego, że odmówiła?

— Mhm. Nie mogła odmówić, a nie dała. Jest najtańsza ze wszystkich kurew w tym lokalu, na najniższym szczeblu, co z jej buźką daje skutek taki, że przychodzą do niej praktycznie wszyscy. Dwa tygodnie temu zemdlała z wycieńczenia, a po wybudzeniu nie mogła się ruszyć z łóżka przez kilka dni. Od tamtego czasu Crugermann jej szczerze nienawidzi, bo jej wtedy zarobki spadły. Wiesz, nowe futerko z lisa musiała sobie kupić, psia mać, bo w końcu jesień idzie. — Zobaczył, że zmierza w ich stronę, a mężczyzna, u którego jeszcze przed chwilą siedziała na kolanach, wije się przez ból krocza. — No, no, wrono, ładnie żeś go załatwiła.

— Groźby nie pomagały, to musiałam sobie poradzić jakoś inaczej.

Spojrzała na młodego lekarza i zmierzyła go ciekawskim wzrokiem. Kiedy zobaczył jej oczy, prawie zachłysnął się samym powietrzem. To były najpiękniejsze, najintensywniej zielone oczy, jakie kiedykolwiek spotkał.

Dziewczyna po chwili odwróciła głowę z powrotem na barmana.

— Powiedziałeś mu o zbrodni na Westminster? — spytała, kreśląc kółka na chropowatym blacie.

— Mhm. Tyle, ile wszyscy wiedzą...

— Nazwisko?

— Verdas — oznajmił, a dziewczyna uśmiechnęła się odrobinę.

— Panie Verdas — zachichotała — czy podejrzewa pan, co mogło się stać? — spytała, a Verdas pokręcił głową. — W domu Rollandów, rodziny, której głowa została zamordowana, jest piątka służących. Dwie służki, służący i dwóch praktykantów. Jak pan myśli, kto mógł go otruć?

— Niech mnie pani oświeci, panno...

— Liddell. — Posłała mu uśmiech wyższości. — Arszenik trzymano w szafce, pod papierami. Stażyści odpadają, oni nigdy do szafki nie zaglądali. Służący zawsze zbierał stare dokumenty na rozpałkę, ale nie miał motywów. Służące także. A żona? Niby także. Ale zawsze jest jakieś „ale".

Mężczyzna słuchał z zaciekawieniem. 

— Nikt nie zauważył, że dwudziestoletnia, młodsza służąca w środku nocy w samych pończochach i szlafroku potajemnie wchodzi do sypialni dla gości, gdzie była głowa rodziny.

— Żona dowiedziała się o zdradzie i otruła swojego męża? — spytał, zaintrygowany insynuacjami dziewczyny.

— Błąd, panie Verdas. — Zaśmiała się. — To byłoby za proste. Żona dowiedziała się o zdradzie. Kiedy to zaczęła go opieprzać, usłyszał to jeden z praktykantów. Był szalenie zakochany w młodej służącej, więc kiedy dowiedział się o tym, że jego pan miał z nią romans, postanowił go otruć, by mieć ukochaną dla siebie.

— Brawo, Alice. Dedukcja godna detektywa — pochwalił barman, wycierając kufel po piwie. — Ale czy prawdziwa?

— Mnie bardziej interesuje, skąd panienka wie o takich szczegółach — rzekł Verdas.

— Praca prostytutki obfituje w takie szczegóły, panie Verdas. A samo podejrzenie, które może być trafne nawet w blisko osiemdziesięciu procentach, postawiłam dzięki temu, czego się dowiedziałam od klientów.

— Niebywałe. — Podparł głowę na ręku. — Niech pani mówi dalej.

— Alice! — Rozległ się wrzask madam Crugermann.

Dziewczyna zerwała się z krzesła i usiadła Verdasowi na kolana. Mężczyzna chciał coś powiedzieć, lecz kiedy otworzył usta, poczuł jej wargi na swojej szyi.

— Zamknij się i daj mi pracować — szepnęła.

Wzdrygnął się, gdy poczuł jej gorący oddech na swojej szyi. Pokiwał głową i oddał się wargom młodej kobiety, która specjalnie położyła jego rękę na swoim odsłoniętym udzie, które było odziane w czarne pończochy obszyte koronką w tym samym kolorze.

Madam Crugermann zeszła na dół i wzrokiem zaczęła szukać dziewczyny, która udawała, że wcześniej jej nie usłyszała.

— Alice! — krzyknęła ponownie, a młoda prostytutka uniosła głowę, odsuwając swoje usta od szyi lekarza.

Kiedy zobaczyła, że czarnowłosa przebywa na kolanach mężczyzny młodego, przystojnego i wyglądającego na bogatego, uśmiechnęła się z dumą. 

— W porządku. Myślałam, że znów się obijasz — powiedziała, ponownie wchodząc na piętro. Alice odetchnęła i usiadła na swoim poprzednim miejscu. Poprawiła skąpą sukienkę, chcąc odrobinę przykryć to, co przynajmniej w jakiś sposób mogła. Odchrząknęła i założyła nogę na nogę, patrząc na Verdasa.

— Pan wybaczy, panie Verdas. Jeżeli chcieliśmy kontynuować rozmowę, musiałam to zrobić — odparła, chichocząc. — A więc, co chciałby pan jeszcze wiedzieć?

II
24 września 1877 roku. Tego dnia cały Londyn wręcz huczał. Miała się odbyć egzekucja mordercy Rollanda. Dedukcja Alice była niesamowicie trafna. Gdy przeczytał w Illustrated, że mordercą był Thomas Voice, praktykant Rollandów, niemal nie wypsnęło mu się „Czyli Alice miała rację!". Morderstwo lub próba morderstwa swojego pana lub pani, i to jeszcze na dodatek trucicielstwo, stanowiło zaostrzoną formę przestępstwa, które znane było jako mała zdrada. Otrucie, oprócz przemocy, obejmowało elementy zdrady i nielojalności, a niejawność aktu sprawiała, że truciciele uznawani byli za najgorszy sort morderców.

Verdas razem z Harrym Wilsonem pojechał powozem do Westminster, przed Bramę Dłużników więzienia Newgate. Lud tłoczył się wokół przenośnych szubienic. Czekał, aż kaci wyprowadzą oskarżonych, przeczytają akty oskarżenia i powieszą zwyrodnialców na szubienicach. Choć czasem stryczek zdawał się nieodpowiednią, odrobinę zbyt delikatną karą, w szczególności dla przypadków, gdzie ofiarami są dzieci. Wykorzystane seksualnie.

Verdas poprawił surdut i rozejrzał się po tłumie. Wśród ludzi zauważył dziwnie znajome czarne loki i czarno-białą sukienkę. Uśmiechnął się pod nosem. Czyżby chciała zobaczyć, że jej dedukcja była trafna?

— Doktorze, zaraz przyjdę — odezwał się do lekarza.

— Oczywiście, Leónie. Tylko pospiesz się. 

Kiwnął głową i przecisnął się między ludźmi. Spojrzała na niego, uśmiechnęła się i zaczęła odchodzić. Zmarszczył brwi zaskoczony jej reakcją i zaczął za nią iść. Wszedł w zaułek, gdzie przywitał go półmrok i pustka. Nigdzie jej nie widział, nagle wyparowała, znikając z jego oczu. Rozejrzał się, idąc przed siebie. Nagle poczuł drobną, kobiecą dłoń na swoim nadgarstku. Ktoś pociągnął go w wąski zaułek, który był rozgałęzieniem. Zobaczył ją otuloną półmrokiem, uśmiechającą się do niego kąśliwie z dumnie uniesioną głową. Jej oczy błyszczały psotnie, gdy chodziła wokół niego, mierząc go wzrokiem.

— Cóż mogę rzec... — odezwał się.

— Nie mówiono panu, panie Verdas, że takie zapatrywanie się na pannę nie jest stosowne? — spytała.

— Mówiono, ale chyba ma na mnie pani zły wpływ. — Uśmiechnął się do niej.

— Jak mnie pan rozpoznał wśród tłumu? Hm? — Skrzyżowała ręce pod piersiami uwydatnionymi przez jej ubranie.

— Ta sukienka...

— Ach. Tak — mruknęła. — Czuję się w niej jak mumia. Ale, cóż, to jedyna, jaką mam. — Westchnęła. — Przyszedł pan z Wilsonem. Stażysta?

— Mmm... Tak. A ty? Przyszłaś sama? Bez madam Crugermann?

— Wzięłam pieniądze, powiedziałam, że idę w teren i że wrócę przed czwartą. Im rzadziej mnie widzi, tym lepiej. A im mniej słyszę wyzwisk w moją stronę, tym jeszcze lepiej. A jak nie muszę nikomu dawać, jest wspaniale, więc zobaczyć, że moje podejrzenia były trafne, to doskonała okazja, by trochę odpocząć. — Uśmiechnęła się nieznacznie.

— Dość ciekawa rozrywka. — Zaśmiał się pod nosem.

— Mniej wymagająca niż dawanie dupy za pieniądze. Póki nie muszę zaspokajać nikogo w ciemnym zaułku, każda rozrywka jest dobra. — Założyła ręce na biodra, przekrzywiając je  w lewą stronę. — Lepiej wracajmy, chcę zobaczyć, jak ten skurwiel zdycha na stryczku.

Pokręcił głową i wyciągnął w jej stronę zgięte ramię, wokół którego owinęła swoją rękę. Wyszli z zaułka i stanęli jak najbliżej szubienicy. Wprowadzono skazanych, w tym Voice'a, który niemiłosiernie szarpał się i wykrzykiwał, że jest niewinny. Wszystkie dowody na niego wskazywały. To on ostatni przyrządzał herbatę Rollandowi, to on miał motyw, by zabić pana domu i to on bez nadzoru podawał mu skażone arszenikiem laudanum. Kiedy założono mu pętlę na szyję, wykrzyknął tylko „Na pohybel skurwysynom!". Potem założono na jego głowę wór. Zapadnia się otworzyła. Droga była na tyle długa, by rozwalić mu kręgi szyjne i go udusić. Spojrzał na dziewczynę, stojącą obok niego. Patrzyła na stryczek bez jakichkolwiek emocji, z twarzą tak poważną, jakby słuchała rozmowy polityków lub oglądała niezbyt zabawną sztukę teatralną. Egzekucja nie zrobiła na niej żadnego wrażenia.

Kiedy ciało przestało się trząść w ostatnich skurczach, wezwano Wilsona i Verdasa, by stwierdzili zgon. Wziął ze sobą Alice. Kiedy Wilson ją zobaczył, zdziwił się. Mówili, że zginęła na morzu, gdy chciała płynąć do Francji, do swojej chrzestnej. Mylono się. Ona żyła.

Znał jej ojca, matkę, siostrę... i ją samą. Leczył ją po pożarze posiadłości, w którym zginęła cała jej rodzina. Znał wiele rodzinnych sekretów rodziny Liddell. Między innymi takie, że, mimo tego, iż jej ojciec, Arthur, był dziekanem na uniwersytecie oksfordzkim, miał zapędy detektywistyczne. Lubił się dowiadywać z gazet lub rozmów o różnych sprawach zaginięć lub morderstw i stawiać tezy, które nierzadko były prawdziwe. Alice odziedziczyła zapał do kryminalistyki po swoim ojcu. Kiedy była jeszcze w szpitalu przynosił jej gazety, by mogła próbować swoich sił w różnych sprawach. Jej talent do dedukcji przewyższał nawet jej ojca.

Kiedy stwierdzono zgon i przewieziono Voice'a do kostnicy, Wilson wraz z Verdasem i Alice wybrali się na małą kawę. A kiedy temat zszedł na to, że Alice udało się wydedukować, że to Thomas stał za morderstwem, Wilsonowi przeszła przez głowę myśl.

— A gdybyście spróbowali razem pracować? — zaproponował, mieszając kawę w filiżance. — Na przykład przy rosnącej liczbie przypadków otruć. Alice jest świetnym detektywem, ty, León specjalizujesz się w chemii i medycynie w dziedzinie kryminalistyki.

— Zawsze to lepsze niż prostytucja — mruknęła, podpierając głowę na ręku.

— Zawsze to coś innego niż tylko siedzenie z dzieciakami w sierocińcu. — Wzruszył ramionami. — Witam w duecie, panno Liddell. — Wyciągnął do niej dłoń, którą chwyciła z cwaniackim uśmieszkiem.

— Ja również, panie Verdas.

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Apr 24, 2019 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

Jesień trucicieliStories to obsess over. Discover now