Rozdział I

92 9 4
                                        

Ciało opadło na ziemię. Niemal natychmiast wokół zwłok pokracznej, czarnobrązowej kreatury pojawiła się powiększająca się kałuża zgniłozielonej cieczy. Rozejrzał się po okolicy, upewniając się, że żaden z tutejszych nie usłyszał wystrzału. Opuścił broń, nadal jednak trzymając palec na spuście, i ruszył na przód. Przechodząc obok truchła, zachował bezpieczną odległość od radioaktywnego płynu. Trudno było uwierzyć, że te stwory były kiedyś ludźmi. 

Przygnębiająca cisza, niczym gęsta mgła, kłębiła się na opustoszałej ulicy, przykładając się do mrożącej krew w żyłach atmosfery. Widok zasypanej gruzami alei byłby czymś tragicznym dla człowieka będącego tu jeszcze przed wybuchem. Jednakże on uważał te widoki za codzienne, najzwyczajniejsze na świecie. Cóż się dziwić; urodził się kilkanaście lat po wojnie. 

Podszedł do na wpół zrujnowanego budynku. Trzymające się na jednym zawiasie stare drzwi zablokowane były odłamaną częścią dachu. Właśnie dlatego zmuszony był do wejścia przez okno. Rdzawe kraty nie poddały się bez oporu. Jednak co po nim, kiedy jednym kopnięciem dało wyłamać się całą konstrukcję. Nie musiał się już męczyć z szybą - została skruszona najprawdopodobniej trzydzieści lat temu, podczas pamiętnych dla wszystkich wydarzeń.

Wnętrze, o dziwo, zachowało się w dobrym stanie. Nie było tak wypalone, zniszczone jak pozostałe. Ruszył w głąb, gniotąc swoimi ciężkimi butami papiery oraz inne pozostałości po poprzednich właścicielach. Uważnie przeszukiwał każdy kąt, mając nadzieję na jakieś znaleziska.Badanie salonu okazało się kompletną stratą czasu. Nie znalazł tu nic prócz paru nadgryzionych zębem czasu figurek i fotografii. Ruszył ku innym pomieszczeniom, tym razem licząc na trochę więcej szczęścia. 

Ostatecznie znalazł jedynie przeterminowane leki przeciwgorączkowe oraz parę paczek ryżu. Mimo, że los nie obdarzył go tak cennymi nabojami, uważał wyprawę za udaną. Nie codziennie znajduje się tak dużo pokarmu, na dodatek o takiej dobrej jakości. Jedyne, co mu pozostało, to ugotować posiłek i modlić się, że jedzenie nie jest podgniłe lub zbyt skażone promieniowaniem.

Po kilkudziesięciu minutach był już w czymś, co na chwilę obecną było jego domem, choć może trafniej byłoby nazwać to kryjówką. Po upewnieniu się, że dobrze zamknął właz, zdjął maskę przeciwgazową. Nabrał nieświeżego powietrza w płuca, czerpiąc przyjemność z wdychania stęchłego smrodu. Zdejmując ciężki, umacniany ołowiem płaszcz, rozejrzał się po pomieszczeniu pełniącym rolę salonu. Jak można się było spodziewać - żadnej żywej duszy. Westchnął zrezygnowany. Zdjął buty, po czym ruszył do kuchni, a raczej czegoś, co miało ją przypominać. Z szafki wyjął stary, podniszczony garnek, do którego wlał odrobinę wody z kanistra. Włączył kuchenkę gazową, zapałką podpalając gaz. Osolił wodę, po czym nałożył na naczynie przykrywkę. 

Czekając aż woda się zagotuje, zajął się sprzątaniem mieszkania. Akurat wtedy, kiedy z kuchni dało się usłyszeć charakterystyczny bulgot, ktoś zaczął otwierać właz. Chłopak spojrzał w stronę wejścia, dla bezpieczeństwa przykładając dłoń do uchwytu pistoletu. Uważnie obserwował, jak ktoś po drugiej stronie zmagał się z wszystkimi zamkami po kolei. Gdy w końcu drzwi się uchyliły, mógł odetchnąć z ulgą. 

– Jak poszło? – zapytał przybysza, zakrywając nos rękawem znoszonej koszuli. 

– Nie uwierzysz, co znalazłem – odpowiedział przybysz radosnym tonem. 

Wszedł do środka i zamknął właz. Po krótkiej chwili chłopak znowu mógł oddychać swoim ukochanym, zatęchłym powietrzem. 

– Więc? – dopytywał się, patrząc, jak jego towarzysz ściąga maskę. 

Uśmiechnięty od ucha do ucha, rzucił mu roziskrzone spojrzenie i wyjął z kieszeni kurtki małe, brzęczące przedmioty. 

– Łap. – Rzucił w jego stronę jednym z nich. 

Zdołał złapać obiekt, zanim uderzył w jego głowę. Zaciekawiony, przyjrzał się trzymanej rzeczy. 

– Kretynie, przecież wiesz że nie mamy broni takiego kalibru – odpowiedział, podnosząc wzrok na uśmiechniętą twarz pobratymca. 

– Zawsze można zdobyć - odparł tamten lekko, po czym, odstawiając na pobliską szafkę resztę amunicji, zaczął rozbierać się z kurtki i butów. – Tak w ogóle, gotujesz coś? 

Zaklął i nie marnując czasu na wyjaśnianie, wrócił szybkim krokiem do kuchni. Zmniejszył gaz, odkrywając garnek i do wrzątku dodał woreczek przeterminowanego ryżu, uprzednio szybko oglądając go z obu stron. Nie chciałby przecież jeść posiłku z robakami. 

Gdy skończył, powrócił do swojego towarzysza, który zdążył się już rozłożyć na kanapie. 

– Posprzątałbyś chociażby. 

– Tak, tak. – Zbył go ruchem ręki. – Gadasz jak moja matka – mówiąc to, spojrzał na niego, uśmiechając się wrednie. 

– A ty jak mój ojciec – odwarknął i usiadł na pobliskim krześle. 

– Co gotujesz? 

– Ryż, znalazłem w jednym z budynków – odpowiedział zgodnie z prawdą. 

– Ciekawe, jak bardzo jest przeterminowany – mruknął, jakby do samego siebie i spojrzał na sufit, wsłuchując się w dźwięk gotowania posiłku. – Chciałbym zjeść kiedyś mięso... – rozmarzył się cicho. 

– Jeżeli kwas i promieniowanie cię nie zrażają, to proszę bardzo! Możemy już jutro iść coś ci upolować. 

Zgromił go wzrokiem, po czym podniósł się do siadu, odgarniając z twarzy kosmyki ciemnobrązowych włosów. 

– Niedługo znowu będziemy musieli się przenieść – oznajmił, spoglądając na chłopaka. – Powoli kończą nam się zapasy, a tutejszy region nie jest zbyt urodzajny... 

– Wiesz już, gdzie się przeniesiemy? 

– Myślę, że moglibyśmy wyruszyć w góry – zaproponował. 

– Czy przypadkiem nie jest tam jeszcze bardziej niebezpiecznie niż w mieście? – Podniósł brwi, lekko zdziwiony propozycją znajomego. 

– Może i jest. – Wzruszył ramionami. – Ale zastanów się. Ile osób pomyślało tak samo? 

– Chcesz przez to powiedzieć, że jest tam więcej łupów niż tutaj? – dopytywał, pragnąc się upewnić. 

– Dobrze myślisz jak na kobietę – zażartował szatyn. 

– Skończ już. – Miał dość przytyków towarzysza odnośnie jego płci. 

– Spokojnie – zaśmiał się tamten z reakcji chłopaka. – Może powinienem zacząć mówić do ciebie Krysia? 

– Ale jeżeli góry są niebezpiecznym miejscem, nie powinniśmy się dozbroić przed podróżą? – zmienił temat. 

– Logicznie myśląc, chyba tak. Nawet wiem, gdzie możemy znaleźć dodatkową broń i amunicję. – Brązowooki spoważniał. – Te naboje – mówiąc to, skinął głową ku szafce przy włazie – znalazłem w starej wartowni, przy ratuszu tutejszego miasta. Możliwe, że w budynku będzie ich więcej. Jeżeli będziemy mieć szczęście, może natrafimy na jakąś przydatną broń. 

– Czyli mamy się wkraść do czyjejś kryjówki? A jeśli oni nadal są w środku? 

– Wątpię; gdyby tam byli, na pewno ktoś siedziałby w wartowni. A jeśli nie, zawsze możemy się wycofać. 

Najwyżej wszyscy umrzemy przez szanownego pana Dmitrija. 

– Chwila. – Przerwał rozmowę. – Ej, nie zapomniałeś czasem o ryżu? 

Chłopak wstał jak poparzony, o mało nie przewracając krzesła, i ruszył biegiem do kuchni. Wyłączył szybko gaz i wyjął durszlak, do którego przelał zawartość garnka. Niedługo potem posiłek był już gotowy.

~ Ame

ArmagedonDonde viven las historias. Descúbrelo ahora