W dusznym, letnim powietrzu unosiły się kłęby kurzu. Ilekroć Tsukishima poruszył nogami, wzbijały się w powietrze, doprowadzając go do napadów kaszlu i łzawienia oczu. Było mu gorąco. Pot lał się po jego czole i plecach, spływał po udach oraz szyi, a osiadający na nim pył chłonął go, nadając Kei'owi wygląd rzuconego w piach cukierka.
Zamrugał kilkukrotnie, chcąc pozbyć się drobinek spod powiek. Bolały go oczy, a dłonie i kostki piekły od zbyt mocno zaciśniętych, wrzynających się w ciało opasek zaciskowych. Kei miał wątpliwą przyjemność podziwiać, przesiąkającą przez swoje spodnie krew w ich pobliżu przy kostkach, a o nadgarstkach nie chciał nawet myśleć. Rany były głębokie, piekły niemiłosiernie i pogłębiały się z każdym ruchem.
Odzyskując odrobinę ostrości wzroku, rozejrzał się wokół, w myślach klnąc na swoją wadę, przez którą wciąż miał ograniczoną widoczność. W duchu obiecał sobie, że zacznie nosić soczewki zamiast okularów, albo chociaż będzie je nosił w czasie pracy.
Westchnął świszcząco, spoglądając w dół. Cement, pomyślał, widząc, czym jest ten cały kurz, unoszący się wokół niego.
To był zły znak, szczególnie w obecnej sytuacji. Powinien był od razu wezwać wsparcie, zamiast pchać się samotnie prosto w paszczę lwa, ale Kei nie sądził, że facet wciąż jest w domu. Wszelkie doniesienia świadczyły o tym, że opuścił miasto, gdy tylko zaczęli poszukiwania. Dyrektor wysłał Tsukishimę do jego posiadłości, by zabrał z niej pozostawione tam dowody. Oczywiście, zabronił mu iść samotnie, ale przecież mógł przewidzieć, że podwładny go nie posłucha. Kei nigdy nie słuchał. I takie były tego skutki.
Semi Eita został oskarżony o cztery morderstwa. Bestialskie i krwawe, stanowiły centrum ostatnim wydarzeń w mieście i spędzały sen z powiek całemu laboratorium, pracującemu nad dowodami z miejsc zbrodni. Kei w żadnym stopniu im nie zazdrościł. Widział ciała zaledwie przez kilka minut, a jego dobrzy znajomi musieli je oglądać znacznie dłużej. W takich chwilach cieszył się, że wybrał pracę jako agent, a nie jako patolog, jak to zrobił jego przyjaciel, Yamaguchi.
Tsukishima westchnął znowu, łapiąc nieco więcej powietrza. Kurz opadał wolno, a jego drobinki tańczyły mu przed oczyma, gdy rozglądał się w poszukiwaniu drogi ucieczki.
Góry żwiru otaczały go ze wszystkich stron. Szare i pochmurne niebo wiszące nad nim, nie nadawało tej sytuacji kolorów. Kei zdawał sobie sprawę, gdzie się znajdował. Na północ od miasta znajdowały się tereny wydobywcze, a kilka metrów od nich rzeka przecinająca miasto.
Cement i żwir to złe połączenie, stwierdził w myślach, poruszając się lekko. Ból pulsujący od kończyn na całe ciało, w takim przypadku mógł znieść. Lepsza była utrata ręki niż życia. A na to wskazywały dźwięki dochodzące z oddali.
Rytmiczne szuranie połączone z posykiwaniem przesypywanego piachu oraz stukaniem szufli. Zaklął pod nosem, cicho i niewyraźnie, szarpiąc przy tym nogami.
Tsukishima wiedział, że są ludzie, którzy wciąż stosują „betonowe buty", ale był pewien, że mafia w ich mieście już dawno tego nie robi. Nie żeby coś o tym wiedział. On po prostu znał swojego szefa na tyle, by wiedzieć, że współpraca z tymi złymi, wychodziła mu naprawdę dobrze. No, pomijając morderców.
Potrzebował czegoś ostrego. Czegokolwiek, co mogłoby choć naciąć plastikowy materiał, rozluźnić go na tyle, by nie wrzynał się w mięso.
Szukając wzrokiem wokół siebie, Kei uniósł głowę.
Siedział pod stalową kolumną. Blisko niej stały dwie maszyny wydobywcze i kilka mniejszych sprzętów. Obejrzał się w kierunku źródła dźwięków betoniarki, nasłuchując uważnie, czy nikt się do niego nie zbliża. Uznawszy sytuację za w miarę bezpieczną, począł przesuwać się wolno w bok, ku jednej z mniejszych maszyn, przy której dostrzegł wyraźnie zaostrzony kawałek metalu. Ten jeden szczegół mógł teraz zaważyć o jego życiu.
