Filip przyklejał nos do szyby, obserwując sypiące się z pociemniałego nieba płatki śniegu. Właśnie pokrywały drewnianą ławkę i trzepak, a po piaskownicy już dawno nie było żadnego śladu. Migocząca pierzyna zdawała się taka mięciutka, taka przyjemna, że tylko obecność mamy powstrzymywała go przed pojawieniem się na placu kamienicy i rzuceniem w biały puch.
Widział, jak robi na ziemi aniołka, a później otrzepuje sypki śnieg z kurtki, żeby w następnej chwili ulepić kulkę i toczyć ją, aż stanie się duża. Ogromna. Większa od niego! Niemal poczuł tę radość!
Nie dbał o to, że wiatr targał groźnie śniegiem w różnych kierunkach i że na zewnątrz było zimniej. Nawet klatka, ponura i cuchnąca, nie mogła przerwać tej błogiej wizji. Bo wystarczyło przebiec szybko z zatkanym nosem, a nie dosięgał go ten specyficzny odór.
Musiał tam iść, musiał dotknąć tego puszku!
– Mamusiu! – zawołał żałośnie, przeciągając ostatnią sylabę.
Zostawił koc na poplamionej kanapie.
Teresa kilka razy szorowała go różnymi preparatami, ale brud pozostał nietknięty. Wiedziała, że to wina słabej jakości środków czyszczących, a i na takie ledwo mogła sobie pozwolić. To pożyczyła troszkę od sąsiadki, to wzięła na próbę ze szkolnego składzika. I tak mieli dużo, a ona wciąż musiała przeliczać drobne na chleb.
Filip postawił stopy na zimnej podłodze. Chłód nie byłby tak dotkliwy, gdyby mała dziurka w skarpetce nie stała się dziurą obejmującą całą piętę.
Nie przeszkadzało mu to. Wiedział, że mama bardzo się starała i w pocie czoła pracowała, by zapewnić dach nad głową oraz jedzenie. Choć nie smakowało tak dobrze, jak kiedyś, choć porcje stopniowo malały, był wdzięczny za serce, jakie wkładała do przyrządzanych posiłków.
– Mogę iść na dwór? – Mała główka zajrzała do kuchni. – Tylko na chwilę, na pięć minut.
Na patelni skwierczał olej. Zapach smażonego mięsa przeplatał się w mocnymi przyprawami. Podszedł bliżej, żeby zobaczyć brązową i, jak mniemał, chrupiącą skórkę. Małe włoski najeżyły się na jego ciele. Już widział, jak wkłada do ust i odgryza ciepły kawałek, jak przypieczona skóra drapie podniebienie. Wyglądało pysznie i z pewnością tak samo smakowało.
Rzadko mógł cieszyć się tym smakiem.
Mięso stało w sklepach na najwyższych półkach, mimo że opakowane było w folię i traciło na świeżości podczas transportu. Nie mieli wystarczająco pieniędzy na takie luksusy. Zwykle jadali na obiad jałowe zupy, najczęściej te z pokrzyw i szpinaku, oraz ziemniaki z ogórkami.
Podejrzewał, że mama oszczędzała na święta, dzięki czemu sprawiała mu najlepszy prezent ze wszystkich możliwych. Niezmiennie od trzech lat przyrządzała takie pyszności specjalnie dla niego.
– Filip, tu jest zimno, a co dopiero na dworze. – Teresa spojrzała z troską na syna. – Przeziębisz się.
– Ale mamo...
Postanowił, że będzie twardy, męski, że nie złamie go pragnienie, lecz mimo woli w oczach zebrały się łzy, a chude palce gniotły w rozżaleniu róg cienkiego swetra.
– Filip... – Przygarnęła go do swojego boku, głaszcząc ciemne włosy. – Jeśli się rozchorujesz, nie będzie mnie stać na leki.
– Nie rozchoruję, obiecuję. – Spojrzał z nadzieją w górę.
Teresa nie mogła ulec temu słabemu głosikowi. Była w stanie oddać mu serce, poświęcić zdrowie i pracować dla niego do ostatniego tchu, ale zgoda na tę zachciankę, równoznaczna z chorobą, albo czymś znacznie gorszym, przekraczała jej wyobrażenia. Kurtka chłopca przepuszczała jesienny wiatr, a co dopiero wilgoć. Musiała więc go mieć pod stałą kontrolą, by czasem nie taplał się w lodowatej brei, a teraz nie miała na to czasu. Serce łamało jej się w konfrontacji z tymi dużymi oczkami, ale nic nie mogła na to poradzić.
YOU ARE READING
Cena poświęcenia
General FictionZawsze sprawdzajcie, co mama daje Wam do jedzenia. Zawsze! *** Praca wyróżniona w konkursie "Skrzydlate Słowa: Edycja Świąteczna" 2018 organizowanym przez LaylaWheldon.
