·1·

18 2 0
                                        

Lubiłam chodzić sama na spacery nad rzekę i do lasu. Kochałam miejsca, które mnie wyciszały. Chodziłam sama, bo twierdziłam, że i tak nic mi po tych znajomych przecież nie wiedzieli co mnie dręczy. Gdy pewnego dnia byłam sobie w lesie i się wsłuchałam w szum drzew, tak sobie pomyślałam co jest we mnie nie tak. Usiadłam na zielonym mchu i myślałam czemu życie jest takie ciężkie dlaczego nie może być spokojne. Gdy tak myślałam różne myśli mi przychodziły. Po prostu siedziałam i płakałam. Stwierdziłam jakbym sobie coś zrobiła, to bym nie była ciężarem dla moich bliskich i znajomych. Pomyślałam, a jakby przyjść jutro tu ze sznurem i się powiesić na jednym z tych przepięknych drzew. Coś mnie drgnęło i powiedziałam nie, nie, nie mogę tego zrobić, bo będą jeszcze bardziej cierpieć. I znowu pomyślałam sobie, może wtedy sie pogodzą i będzie wszystko ok... Stwierdziłam, że nawet moja śmierć nie bedzię rozwiązaniem na ten pierdolony alkoholizm, który jest w domu... Bo jak już ktoś chleje ( nie pije ) tylko chleje dzień w dzień to już ten człowiek do końca życia będzie pierdolonym alkoholikiem i tak by go to nie przejęło, że nie żyje... Gdy wracałam do domu mijałam mały strumyczek. Pochyliłam się nad nim i zobaczyłam siebie, wyglądałam jakby mnie ktoś pobił... Byłam cała czerwona, dopłakana, łzy mi spływały strumieniami z policzków. Wziełam zamoczyłam ręce w wodzie i przemyłam twarz. Poczułam się lepiej ale i tak w świadomości miałam ten widok alkoholu, który się leje i mamę, która płacze...

Dlaczego? Where stories live. Discover now