Rozdział 1

432 20 3
                                        

Lindsey P. O. V

— Co teraz mamy? — zadałam swoje stałe pytanie, kiedy wyszliśmy z klasy Obrony przed Czarną Magią.

— Jak ja nienawidzę tej starej, obślizgłej ropuchy! — zamiast odpowiedzi na moje pytanie, otrzymałam opinię mojej złotowłosej przyjaciółki Marie na temat Umbridge.

— Nie tylko ty, cała szkoła uważa ją za jakiś nieśmieszny żart ze strony Ministerstwa. Dziwię się, że Dumbledore jej jeszcze nie wyrzucił. — Jayden odpowiedział Marie, również ignorując moje pytanie. Prawda, że mam kochanych przyjaciół?

— Nie wiesz? Ropucha przez to, że jest jakimś Wielkim Inkwizytorem nie może zostać wyrzucona, więc Dumbledore nic nie wskóra. — blondynka zaczęła energicznie wymachiwać rękami w wyrazie frustracji i bezradności.

— Co mamy teraz? — powtórzyłam swoje pytanie, tyle że tym razem, trzy razy głośniej.

— Lin, mamy już grudzień, a ty dalej nie znasz planu? — pokręciła głową z teatralnym zrezygnowaniem. — I ty śmiesz chodzić w barwach Ravenclaw'u?

Rozładowało to nieco atmosferę, gdyż po tej lekcji Jay i Marie byli nieźle sfrustrowani.

— Sama Tiara mnie tam przydzieliła... — zaśmiałam się, czując jak burczy mi w brzuchu. — A tak na serio... Teraz jest przerwa obiadowa, prawda?

— Tak Lin, teraz jest przerwa obiadowa. — wywrócił oczami Jay. — Możesz się najeść do syta, ale to stanowczo odradzam, bo następna jest Transmutacja ze ślizgonami.

— Ślizgoni wcale nie są aż tacy źli. Nie wiem dlaczego są te wszystkie przekonania, że Slytherin to dom egoistów i gburów. — wzrok tej dwójki zmusił mnie, bym znalazła jakikolwiek przykład. — Znacie bliźniaczki Carrow? Przecież one nikomu nie wchodzą w drogę, ani nic.

— Za to Malfoy jest idealnym przykładem, że ślizgoni to gbury i egoiści. — zaczął Jay, na co Marie zachichotała. Wiedziała, że podoba mi się Malfoy, i że to nie jest zbyt dobry pomysł by o nim przy mnie wspominać.

— Naprawdę? Nawet go nie znasz! Skąd możesz wiedzieć jaki on jest? — spytałam, czując się urażona jego słowami. Nikt nie będzie obrażał mojego przyszłego chłopaka, nawet jeśli on nie wie o moim istnieniu...

— Jakbyś ty go znała... — westchnął ironicznie Jay, dlatego Marie zareagowała. Zgaduję, że bała się, że wywiąże się z tego jakaś większa kłótnia.

Bez obawy, ani ja, ani Jay, nie jesteśmy zbytnio pamiętliwi. Nawet jakby coś wyszło, to za pięć minut nie pamiętalibyśmy o jakiejkolwiek akcji.

— Dobra, dobra, już starczy tych mądrości. Nie wiem jak wam, ale mi się okropnie śpieszy na obiad. — powiedziała lekko, co wywołało mój śmiech. Zgodziłam się z nią głośno, więc cała trójka przyspieszyła.

Zaczęliśmy rozmowę na jakieś przypadkowe tematy i tak nam upłynęła cała przerwa.

Wkrótce zjawiliśmy się w klasie od Transmutacji.

Ja usiadłam sama, a Marie z Jay'em w ławce za mną. Zazwyczaj siedziałam z Padmą Patil, ale ona od tygodnia leżała w skrzydle szpitalnym z jakąś grypą.

Jeszcze chwilę poplotkowaliśmy na temat SUM-ów, a następnie do klasy weszła profesor McGonagall. Po przywitaniu, nauczycielka rozpoczęła swój wstęp:

— Proszę usiąść. Dotychczas zajmowaliśmy się jedynie transfigurowaniem przedmiotów w inne. Dzisiaj zaczniemy naukę zaklęć powodujących znikanie. — tu przerwała na chwilę, uważnie przyglądając się tylnym ławką. — Panie Malfoy, zabierze pan swoje rzeczy i przesiądzie się do pierwszej ławki.

NOBODY'S PERFECT; draco malfoyStories to obsess over. Discover now