Czas to pojęcie względne. Czasami wydaje się, że głupia godzina trwa jak wieczność walcząc jak Jenny z King Kongiem na szczycie wieży. Tik tak tik kurwa tak. Chodzisz do pracy, szkoły narzekając na życie marząc o czymś niesamowitym, o czymś co i tak się nie wydarzy. Bo nie chcemy żeby się wydarzyło. Bo to zobowiązanie i to wielkie. Funkcjonowanie w ramach tak zwanej przyzwoitości i w objęciach rozsadku niweluje prawie do zera wszystko co wspaniale niezwykłe. Po ludzku brak na to miejsca w tej kurewskiej egzystencji gdzie każdy polityk mowi „więcej częściej ku chwale narody", a ksiądz, że cierpienie i ubóstwo uduchawia każdy czyn, po czym jak i jeden tak i drugi z wielkim rozpasanym brzuchem ładuje swoje dupsko w najnowsze AMG. Łyka to każdy jak pelikan suchą bułkę bez zastanowienia i uderzenia się w pierś prowadząc swoje chude dupsko w starych autach na kredycie. Gdy tylko choćby szeptem powiedzą „ idźcie walczyć” bez zastanowienia wezmą broń i poleci gawiedź na śmierć, jak szwadron śmierci uklęknie wołając, że to dla ojczyzny i honor nakazuje. A stado bab starych rzucać kwiatami zacznie po trumnach jak i na młodych co z postacią az kosa na ramieniu idą przy boku z bronią. Sumienie czyste mieć będą. Biała postać z centrum Rzymu powie, że Bóg błogosławi i grzech grzechem jak korektorem wydłubie za nędzne srebrników grosze. Biegnąc pośród ciał zostawią człowieczeństwo jak zbędna rzecz, jak śmieci w las rzucą liśćmi przysłaniając. Oczy pustką zajdą, dusza bagnetami przebita jakby prawdziwymi przyjaciółmi droga usłana była samymi. Nic nie czujesz tylko wegetujesz. Z dnia na dzień coraz ciężej, pętla na szyi a drzewo gałęziami szczuje swymi. Szeptem prosi wręcz „ chodź tu do mnie otulę Cię tańcząc na granicy, Twój dance macabre”. Kusząca motająca Cię hipnotyczna ostatnia droga. Ciasno się się robi, tchu brakuje. A ja się cieszę. Nogi bez podporu miotają się jakoby na wietrze. Cieszę i płaczę... w chwili gdzies znikam. Patrząc na Ciebie, choć Cię nie ma to jesteś. Nogi podporą, zatrzymujesz. Odbijasz mnie w tańcu stanowcza jak nigdy. Stajesz się światem, pięknym i delikatnym, kojącym. Zło gdzieś znika. Mówisz tylko jedno" czemu?” głaszcząc po głowie i płacząc. Bierzesz te rany, czule je tulisz. Otwierasz je i składasz na nowo. Ogarniasz szarość kolorami boleśnie zabierasz mrok. Co krok to łza. W ciągu chwili ogarniasz cały świat tylko po to by chronić sama plecy nastawiając. Co więcej powiedzieć.... dziękuję? Zbyt trywialne... ale dziękuję i w swej niedoskonałości być będę, bo życie moje bez wartości jest nadal, gdy Ciebie brakuje. Choć czy życie ma sens i jakąkolwiek wartość. Rodzimy się w bólu i smierdzimy krwią po czym cale zycie staramy jakoś wyglądać. Nie, nie być, tylko mieć. Gonimy ranimy i jesteśmy ranieni. Tylko na końcu ogarnia nas strach, ze nic nie zostawiliśmy. Materialnie a i owszem. Lecz w pamięci nie zostaniemy...
