Kwiecień 1940
Mimo że kalendarzowa wiosna na dobre zadomowiła się w ludzkiej świadomości, zaś do świąt wielkanocnych pozostały ledwie dwie niedziele, to chłód, jaki panował tego ranka, był nie do zniesienia. Andrzej przecierał ręce, by choć trochę zrobiło mu się cieplej. Przeklinał w duchu naturę i nerwowo zerkał na swój wysłużony piec – niby mógłby dorzucić kilka szczepek drewna, jednak przeczuwał, że to niespecjalnie pomoże. A gość, którego oczekiwał, z pewnością wytknąłby taki brak przygotowania i szacunku do urzędników wspaniałej Rzeszy. Mężczyzna westchnął i zbliżył się do pieca. Sięgnął po czajnik, w którym znajdowała się już wcześniej przygotowana woda. A być może zostało mu ze śniadania? Wszystko jedno. Najważniejsze, by zagotowała się na czas.
Andrzej po raz wtóry nerwowo zerknął na okno i zbliżył się do niego. Wojna, a raczej błyskawiczne zajęcie Rzeczpospolitej przez Rzeszę i liczne wojska niemieckie, które pojawiły się w Puławach, Kraśniku, czy w ogóle terenu Lubelszczyzny, sprawiły, że stał się nieufny wobec znajomych, a nawet sąsiadów, ci jednak szybko po wkroczeniu Niemców zniknęli. Początkowo Andrzej podejrzewał, że mogli im w tym pomóc okupanci, jednak szybko porzucił takie myślenie, tym bardziej, że zbiegło się to z tą przeklętą łapanką w Kocku. Łapanką, w której aresztowano jego żonę, Elę i dzieci – Janka i Zosię. Cholera, szepnął, to już ponad pół roku, a wciąż nie mam o nich żadnych informacji. Przeczesał swoje niegdyś złote, a teraz już siwiejące włosy i przetarł zmęczoną twarz. Jego gość nadchodził, w asyście dwóch żołnierzy. Po krótkiej chwili rozległo się pukanie do drzwi.
- Otwarte! – wykrzyknął, po chwili zdając sprawę z błędu. – Das ist, offen!.
Do niewielkiego mieszkania Andrzeja, razem z trójką Niemców wpadło zimne, jeszcze chyba zimowe powietrze. Polak mógł przysiąc, że na ramionach gości widział drobne plamki śniegu. Ale nie zwrócił uwagi, nie po to oni tu przyszli.
- Herr Sadowski? – spytał się ten w środku, ubrany w elegancki i sprawiający wrażenie bardzo ciepłego, mundur Wermachtu. Mężczyzna zdjął czapkę, ukazując starannie ułożone i uczesane blond włosy. Twarz jego była idealna, nie było na niej żadnego zarostu. Andrzej zwrócił uwagę na inny szczegół – czarną opaskę, zasłaniającą lewe oko gościa. Ktoś wprawną ręką wyszył na niej żelaznego orła. Przybysz budził niesamowitą grozę, mimo że nie mógł mieć więcej jak 30 lat. Efekt potęgowało dwóch młodych gefreiterów, uzbrojonych w MP 28.
- Ach, tak... - szepnął gospodarz, zapraszając gestem gości do środka i spoczęcia przy stole. A w myślach znów strofował się za użycie polszczyzny.
- Spokojnie, herr Sadowski, jeśli tak jest panu wygodniej, możemy mówić w pana języku. – zaśmiał się gość, zasiadając przy stole. Jego dwóch towarzyszy stanęło obok niego i dokładnie oglądali mieszkanie, jakby zaraz mieli je przeszukać. – W końcu jesteśmy u pana, prawda? – dodał mężczyzna. Andrzej zasiadł naprzeciw jego, będąc lekko zdziwiony. Nie wiedział, czego się spodziewał, ale na pewno – nie takiego gościa.
- Rozumiem pana zdziwienie, bo do kogo innego kierował pan pismo. – spoważniał gość, bawiąc się czapką. – Leutnant Heinrich Krauze, postanowiłem zająć się pańską sprawą – przedstawił się, wymuszenie salutując. – Jeżeli to prawda, co pan zgłosił... To myślę, że będziemy w stanie panu pomóc, herr Sadowski. – dodał z lekkim uśmiechem.
To chciał usłyszeć Andrzej. Rozpromienił się, zaś pozytywny wydźwięk tej wiadomości sprawił, że aż musiał wstać. Wpasowało się to akurat z momentem, kiedy czajnik na piecu domagał się zdjęcia z ognia.
- Napiją się panowie kawy, herbaty? – zaproponował, jednak jego oferta spotkała się z brakiem zainteresowania.
- Herr Sadowski, niech pan mnie źle nie zrozumie. Przyszliśmy tu tylko dla potwierdzenia informacji... - spoważniał Krauze. Wystarczyła dosłownie chwila, a z posłańca dobrej nowiny stał się mężczyzną, który był gotów własnoręcznie zakatować kogoś, posługując się plotkami. – Czy oni... - zaczął, jednak widząc przerażenie w oczach Andrzeja westchnął i mocno ściszył głos. - ...mówią po niemiecku?
Andrzej zaprzeczył kiwnięciem głowy, na co Krauze entuzjastycznie zareagował.
-Sehr gut, herr Sadowski! Wenn in der Tat gibt es zwei Familien finden es sicherlich Ihre Familie und persönlich wird sicherstellen, wieder heil und gesund zu kommen. Aber Sie verstehen, dass ich, um mehr Menschen brauchen, werde ich morgen ein paar Jungs senden. Bringen Sie Nachrichten von Familie und eine angemessene Vergütung. – powiedział, wstając z krzesła. Zauważył ulgę, z jaką westchnął Andrzej. Na koniec dodał: Ich wollte so viel zu wissen, also werde ich Ihnen morgen.
Po wyjściu niewiele zabrakło, a Andrzej zacząłby krzyczeć z radości. Nie chciał jednak wzbudzać podejrzeń Krauzego, który wraz z obstawą wracał do auta oraz dwóch żydowskich rodzin, które przebywały u niego w piwnicy. Zdawał sobie sprawę z tego, co robił – powtarzał to sobie od kilku tygodni, od momentu, kiedy rodziny Rokeachów i Czerninów przyszły do niego z prośbą o pomoc. To była jego jedyna nadzieja. Jedyna szansa, jaką dał mu los. Trzy życia w zamian za życia tych, którzy przez obecną władzę byli nieakceptowani. Tłumaczył to sobie bardziej dosadnie – prędzej czy później i tak by spotkał ich taki los. Jeśli nie teraz i nie Andrzej, to na pewno wpadliby przy jakiejś innej okazji. A tak przynajmniej pomogą mi uwolnić mi moją rodzinę pomyślał, opadając na krzesło.
Przesiedział kilka minut, pogrążony w rozmyślaniach, o tym czy dobrze robi. Miał wiele do stracenia i myślałby pewnie o tym więcej, gdyby nie pukanie do drzwi. Andrzej zerwał się z krzesła, niczym oparzony i szybko zbliżył się do okna. Nie mógł nikogo dostrzec. Leutnant Krauze czegoś zapomniał? Spytał się w myślach, zbliżając się do drzwi. A może to ktoś z tych sąsiadów, co się tu niedawno osiedlili? Zastanawiał się. Zobaczyli samochód i chcieli się spytać, czy wszystko w porządku....
- Kto tam? – spytał, łapiąc za klamkę. Nie doczekał się odpowiedzi. Gdy tylko zamilkł, rozległa się seria z chyba karabinu maszynowego. Sten? Przemknęła mu ostatnia myśl, to już się jednak nie liczyło. Bezwładnie opadł na ziemię i nie mógł nic zrobić. Powoli ulatywało z niego życie...
Drzwi się otworzyły, po czym do mieszkania wpadły cztery osoby, ubrane zupełnie inaczej, niż poprzedni goście. Tylko tyle był w stanie rozpoznać. Coś do niego mówili...
- I dlatego takich jak on należy likwidować. Zrozumieli?
- Tajest. – trzy osoby zawołały jednogłośnie.
- No to teraz szukać mi wejścia do piwnicy. Mamy kilka żyć do uratowania.
***
Następnego ranka...
Krauze klął w duchu. Gdyby to usłyszał oddział, który przyprowadził, to prawdopodobnie zakrywaliby uszy. Nie tak miała wyglądać zabawa. Jego ludzie mieli zrobić z piwnicy Sadowskiego durszlak, a jego samego pozostawionoby z płonną nadzieją ocalenia rodziny. Tymczasem ktoś mu bezczelnie popsuł zabawę i zabił samego Sadowskiego. Ze złości splunął w kierunku trupa. Słyszał plotki i próbował je powiązać z kilkoma podobnymi przypadkami – wizytami władz Wermachtu u osób, które chciały się zadeklarować jako sprzyjające władzy, po czym maksymalnie tydzień później ginęły w podobnych okolicznościach. Polacy już sobie utworzyli wizerunek bohaterów – mścicieli, a tymczasem dla Krauzego była to kolejna zwykła banda do wybicia. Polacy za bardzo tutaj szaleją. Pozwalają sobie na zbyt dużo... pomyślał, po czym zwrócił się do jednego ze swoich ludzi:
- Abbrennen.
Po raz ostatni spojrzał na Sadowskiego. A mógł być taki przydatny... Scheiße, zaklął, po czym wyszedł.
„To znaczy, otwarte!"
„Jeżeli faktycznie znajdują się tam dwie rodziny, to z pewnością znajdziemy pańską rodzinę i osobiście dopilnuję, aby wróciła cała i zdrowa. Ale rozumie pan, że potrzebuję do tego więcej ludzi, przyślę tu jutro kilku chłopaków. Przyniosą panu wieści o rodzinie oraz należyte wynagrodzenie. - ... - Tyle chciałem wiedzieć, więc widzimy się jutro."
„spalić"
STAI LEGGENDO
Łzy wojny [IN PROGRESS]
Narrativa StoricaPolska upadła. Alianci nie wychylili się zza kanału i zza Maginota. Niemcy i ZSRR, niczym 150 lat temu zaborcy, podzielili między siebie Rzeczpospolitą, nie licząc się z konsekwencjami. Część polskich żołnierzy zbiegła na zachód, część skryła się w...
![Łzy wojny [IN PROGRESS]](https://img.wattpad.com/cover/157907977-64-k638765.jpg)