Moriarty.
No co tu dużo mówić był jednym wielkim, niebezpiecznym... Na pewno nie człowiekiem. Był jak wąż... Gad, który prześlizgiwał się cały czas Sherlockowi przez palce. Nie mógł go dopaść mimo, że Moriarty wciąż był gdzieś w pobliżu. Lubił o sobie przypominać. Chciał pokazać co potrafi, chciał zaimponować Sherlockowi, pokazać mu, że jest wart jego uwagi i jak dużo o nim wie.
Tak było i tym razem.
*
John Watson przebiegł przez mokrą ulicę osłaniając twarz od gęsto padającego deszczu. Wbiegł najszybciej jak mógł po schodkach i drepcząc z zimna w miejscu zadzwonił domofonem. Chwilę czekał oglądając się odruchowo za siebie na prawie niewidoczną w rzęsistym deszczu ulicę. Taksówka, która go przywiozła właśnie odjechała. Zerknął pospiesznie na zegarek, a później niecierpliwie jeszcze raz zadzwonił domofonem. Przez szum wody mknącej po chodniku, ściekającej z dachu i wypływającej z rynien ledwo dosłyszał drobne kroki po drugiej stronie. Szczęknął zamek i drzwi uchyliły się trochę, na tyle ile pozwolił zabezpieczający je łańcuch. John zmrużył oczy przed jasnym światłem, które go oświetliło wypadając przez szparę.
-To ja.- powiedział i otarł czoło z deszczu.
-John! Nareszcie!- usłyszał głos pani Hudson, po czym drzwi na chwilę się zamknęły by otworzyć się znów na oścież.
Wszedł pospiesznie, wycierając mokre buty, do ciepłej i oświetlonej klatki schodowej i zatrząsnął się, kiedy woda z karku zaczęła ściekać mu za kołnierz.
-Zapomniałem kluczy. – wytłumaczył się.-Strasznie leje.- powiedział jakby nie wystarczył sam widok skapującej z niego wody czy deszczu uderzającego o szyby.
-Nareszcie jesteś!- powtórzyła pani Hudson zdenerwowanym tonem.
John spojrzał na nią ze zdziwieniem ocierając i tak mokrym rękawem policzek. Wyglądała na wyraźnie zirytowaną, więc John od razu pomyślał, że z pewnością Sherlock znów był dla niej niemiły... Albo znów zrobił jakiś niebezpieczny eksperyment w kuchni... Strzelał do ściany...
-Co znów zrobił?- zapytał i mimowolnie westchnął.
-Od rana już taki był.- powiedziała nachylając się w jego stronę z konspiracyjnym szeptem.-Przyszłam z poranną herbatą chwilę po tym jak wyszedłeś i przyszły rachunki, położyłam je przy twoim fotelu. Sherlock oczywiście jeszcze nie wstał. Była chyba dwunastak kiedy zaczął.
-Co zaczął?- dopytał uprzejmie John, wiedząc, że pani Hudson niepotrzebnie będzie chciała budować napięcie.
-Puszczał muzykę. Od samego rana.- poskarżyła się, rozkładając dłonie na boki jakby to wszystko wyjaśniało.
-M-muzykę.- zawahał się powtarzając po niej.-Puszczał muzykę? Jakiś skrzypcowy koncert czy coś podobnego? Nigdy nie przeszkadzała pani jego...
-To nie były skrzypce! Zdecydowanie nie! To była muzyka współczesna! Pobiegłam do niego na górę, to znaczy szybko poszłam bo to moje kolano coraz bardziej mi dokucza szczególnie w taką pogodę...
-Tyle razy pani mówiłem niech pani przyjdzie do mojej przychodni, a...
-To w tym momencie nie ważne. Spytałam go co robi to wyprosił mnie za drzwi, powiedział żebym mu nie przeszkadzał swoim ''biadoleniem" i zatrzasnął mi drzwi przed nosem, a później cały dzień puszczał głośno muzykę. Mogę znieść strzały z pistoletu o poranku, mogę znieść grę na skrzypcach w środku nocy, ale jazgotu muzyki współczesnej nie zniosę. Przekaż mu to proszę i powiedz, że jeśli jeszcze raz powie, że biadolę to nigdy więcej nie zaparzę mu nawet filiżanki herbaty.
YOU ARE READING
Narkomanka
FanfictionMelodia zasłyszana dawno temu obudzi wspomnienia ukryte za jednymi z wielu drzwi Pałacu Myśli Sherlocka. Jednak drzwi te były zamknięte i opatrzone ostrzeżeniem. Czy okaże się, że warto było je otworzyć?
