Dlaczego nikt mi nie wierzy? Odpowiedź jest boleśnie oczywista. Zdradza mnie mój język. Niezgrabny, wijący się jak wąż czy raczej ryba usiłująca wymknąć się wędkarzowi. Plącze się między urywanymi zdaniami, jakby sam nie wierzył w to co chce powiedzieć. Co ważniejsze, nie wierzą w to również nauczyciele, moi rodzice ani (bez zaskoczeń) policjanci. Ci ostatni martwią mnie mniej niż przypuszczałem, wszyscy noszą niebieskie mundury. Znacznie bardziej obawiałbym się tych w czarnych kombinezonach przypominających zbroje. Szczerze mówiąc, czuję ukłucie rozczarowania, że to jednak nie oni po mnie przyszli, tylko ich niebiescy koledzy. Wydają się bardziej przyziemni. Patrzą tylko na mnie z mieszaniną gniewu, odrazy i lekkiego politowania. Wychodzi na to, że jestem świetnym kłamcą, ale najwyraźniej beznadziejny w mówieniu prawdy. Z drugiej strony, czy mogę ich obwiniać, skoro sam nie jestem pewien czy moje zeznania to nie urojenia? Według nich moja historia nie może być prawdziwa, nie ma takiej możliwości. Zbyt wiele rzeczy nie pasuje do siebie. Niemniej, to jedyna wersja jaką mam i muszę w nią wierzyć, choćby jako jedyny. Chyba, że zechcę przyjąć do wiadomości to co uważają policjanci, nauczyciele i uczniowie. A ja nie chcę. Nie chcę, nawet przez moment sądzić że mogą mieć rację. Boje się (pierwszy raz w życiu nie wstydzę się tego powiedzieć), że jeśli choć część z tego jest prawdą, to będę się siebie brzydził już do końca życia.
Ale to niemożliwe. Wiem co widziałem, nawet jeśli ciężko mi w to uwierzyć, dlatego muszę to opisać. Również dlatego, że nie chcę by wszyscy usłyszeli inną wersję wydarzeń od mojego matematyka. Pan Andrzej ma zwyczaj by podczas lekcji jak z rękawa sypać anegdotami zaczynającymi się od ,,Miałem kiedyś ucznia, który...'' albo ,,Nie uwierzycie, ale pewien uczeń...". Trafiłbym wówczas do wąskiego grona wiecznie żywych dzięki miłości naszego nauczyciela do dygresji. Nie muszę chyba jednak tłumaczyć, że zdecydowanie wolałbym inny sposób na zapisanie się w historii.
W każdym razie, dzień nie zaczął się najlepiej. W środy pierwszy jest zawsze niemiecki z panią Kawką. Za jej plecami mówimy na nią ,,Szprycha", bo jest wysoka i chuda jak szczapa. Do tego skórę ma pomarszczoną jak śliwka węgierka. Nie wiem co w tym wieku robi jeszcze w naszej szkole, ale z całą pewnością nie przychodzi tu z miłości do zawodu. Zdarza się, że przez całą lekcję nie powie ani słówka po niemiecku. Właśnie rozdawała nam testy, które pisaliśmy tydzień temu. Pamiętam, że założyła te ohydne czerwone okulary. Wyglądała jakby na nosie wyrosła jej para muchomorów. Zatrzymała sie nade mną, z miną jakby miała właśnie połknąć ślimaka, i oddała mi sprawdzony arkusz. Który jak stwierdziłem, ledwo zerknąwszy na ocenę, poszedł mi świetnie. Dostałem piątkę z małym minusem, co prawda, ale to już na własne życzenie. Gdybym zechciał, mógłbym napisać ten test na sto procent. W zasadzie, z moimi umiejętnościami mógłbym dowolny sprawdzian zaliczyć na szóstkę.
Byłem kanciarzem, najlepszym w swojej klasie, a może i w całej szkole. Ściągi, zarówno te na ekranie komórki jak i spisane na papierze, potrafiłem ukryć przed wzrokiem każdego nauczyciela. Spisywałem z kartek ukrytych pod ławką, na kolanach, czy schowanych w ubraniu. Miałem nawet sekretną kieszeń w rękawie, w której mógłbym ukryć telefon. Choć to akurat nie były żadne wyzwanie, bo posługiwałem się małą Nokią, którą miałem już od czasów podstawówki. Taką metodę zaliczania testów stosowałem odkąd pamiętam. Ani razu nie zdołałem dostrzec w tym niczego niewłaściwego. Jasne, perspektywa nakrycia przez nauczyciela trochę mnie martwiła, ale przecież ryzyko stanowiło część zabawy. Nie chodziło o same oceny, choć oczywiście przyjemnie było mieć tyle piątek i szóstek na świadectwie. Najlepsze w tym wszystkim było dla mnie samo wyzwanie i towarzyszący mu przyjemny dreszczyk emocji. Przynajmniej na początku, potem stało się to pewnego rodzaju kpiną z krótkowzroczności nauczycieli. Może nawet mógłbym nazwać to pewną formą młodzieńczego buntu. Jeśli tak to chyba lepiej niż gdybym zaczął się tatuować albo palić papierosy. Tak przynajmniej dostawałem dobre oceny.
YOU ARE READING
Oszust
Short Story"- Mam tego dość - powtórzyła ciszej Matylda. - Leopold myśli, że ja nie wiem co on o mnie sądzi. Uważa mnie za histeryczkę, słyszę jak mówi o mnie nastroszona mysz albo gorzej. Drgnąłem. Owszem zdarzało mi się tak nazywać Matyldę, ale nigdy nie zro...
