W końcu nadszedł dzień spotkania z nim!! Bardzo sie ciesze, ze to juz w końcu sie stanie.. ^^
Gdy wybiła godzina spotkania.. wyszlam z domu kierując sie w umówione miejsceB)). Okazało sie, ze byłam przed nim. Czekałam na niego. Nagle poczułam jak cos puka mnie w głowę, wiec odwróciłam się.. to był on! Kebuś! Przywitałam sie z nim i przytuliłam nie pytając o zgodę.
- teraz cie nie puszcze! - powiedzilam.
- O NIE! Puszczaj szalona babo! - wydarł się.
- Nie ;33.. - krzyknęłam.
Nagle zaczął się rzucać i puściłam go. On sie ode mnie odsunął i spytał:
- Gdzie idziemy?
- Na lody!
- Ok.
Poszliśmy do Lewiatana kupić lody na patyku. Oczywiście ja postawiłam za nas obojgaB)), nie wypada żeby kolega stawiał koleżance. Później poszliśmy do parku i podziwialismy rzeczke. Wzięłam mu loda i wysmarowalam go całego w nim, a po chwili wrzuciłam go do rzeki.
- idź sie wykąpać bo brudny jesteś w lodzie. - zasmialam się.
- HELP MEEE!!! - KRZYCZAL i popłynął z nurtem rzeki,
gdzie wylądował na trawie kilometr ode mnie cały
mokry. Pojawiłam sie przy nim w mgnieniu oka.
"BOŻE! ZNOWU ONA" - POMYSLAL.
Pomogłam mu wstać i poszliśmy na rowery. Pojechaliśmy na pączki. Jedlismy je w trakcie jazdy. Nagle przewrocil sie i dusil sie paczkiem.
- NIE WYGLUPIAJ SIĘ SMIESZKU. - Spojrzalam sie na
niego z psychicznym wyrazem twarzy.
On wołał pomocy w głębi duszy, ale nie mógł sie wyłowić, powoli tracił życie przez pączka. Po chwili zorientowałam sie ze serio umierato szybko ruszyłam mu z pomocą i uratowałam go!
- Lepiej Kebuś?
- Tak... dzięki...
Dla bezpieczeństwa odatawilismy rowery i poszliśmy na spacer przez pole. Kebebik postanowił sie odegrać i wrzucił mnie w pole, a ja utonęłam w zborzu i sie topilam. On sie cieszył. Potem wyskoczyłam wzięłam go na ręce i pobiegłaam z nim i wyprowadzilam go na drogę, ale taka bezpieczna, gdzie nilt prawie nie jezdzi prócz zboczencow. Posadzilam go na desce i podwiozlam go na niej pod górkę, a następnie zepchalam go i pojechał, gdzie pieprz rośnie. Skakalm i sie cieszyłam, ze fajnie mi sie z nim spedzam czas i nagle potknelam sie i poturlalam sie z górki jak naleśnik i dogonilam go jadącego na desce. Zderzylam sie z nim, on wlecial w pole a ja w rów.
- Oh, przepraszam! - zasmialam się.
- spoko! Gorzej być nie mogło.. - wyszeptał.
I nadszedł moment pożegnania się.. chcilam sie z nim przytulic na pozegnanie, ale nie dawał mi się, wiec zlamalam mu nogę i upadł, a ja korzystając z okazji skoczylam na niego i go przytulilam hihihi i siedziałm obok i tulilam go az w końcu powiedziałam mu:
- Juz mi nie uciekniesz kolego! Heheheh
- NIEEE!!! - wykrzyczal zdesperowany i poszkodowany biedaczek.
KONIEC
