Kiedy ścieżka, którą kroczymy, zaciska się wokół naszych stóp. Kiedy droga staje się rzeką z nurtem w jedną stronę. Śmierć czeka na nas wszystkich w Samarze. Ale czy Samarę można uniknąć?
Był kiedyś kupiec, który spotkał pewnego dnia Śmierć na bazarze. Była zaskoczona jak i on. Nie chciał umierać. Zastanawiał się jak może jej uniknąć. Nie był gotów oddać się w jej objęcia. Nie gdy układało mu się najlepiej. Słyszał o Samarze. Miejscu bardzo dalekim za pustynią, gdzie los nie powinien go dopaść. Wziął więc wielbłąda i ruszył w drogę. Podróż była długa i ciężka, mimo tego udało mu się.
Ale nie miał się z czego cieszyć. Śmierć już tam była. Czekała na niego.
- Jeżeli to faktycznie mój czas. Zrób to. Zabierz mnie ze sobą. Wpierw jednak odpowiedz mi na pytanie. Dzisiaj rano na bazarze. Byłaś zaskoczona widząc mnie. Dlaczego?
- Bo tego samego dnia mieliśmy spotkać się tutaj. W Samarze...
Nigdy nie przepadał za tą bajką. Gdy opowiadał ją dziadek wymyślał różne zakonczenia. Kupcowi zawsze udawało się uniknąć Śmierci. Jeździł po innych miastach i sprzedawał swoje drogocenne towary.
Teraz właśnie przypomniała mu się ta bajka gdy stanął oko w oko z przeznaczeniem. Stanął na drodze bez powrotu. Rósł tyle lat pod okiem mistrzów nieświadomy tego,że sam jest przeznaczeniem innych, że jest ucieczką jak i pułapką. Zakończeniem, każdej wojny. Matka zawsze mówiła mu, że jest wyjątkowy...wyjątkowo niebezpieczny, wyjątkowo...potrzebny. Nigdy jej nie rozumiał. Nie nie rozumiał aż do teraz. Teraz gdy stał przed wszystkimi, umorusany krwią, niekoniecznie swoją. Byli tu wszyscy, kłaniali mu się. Nawet jego mentorzy nieobliczalny Hades, nadopiekuńczy Chronos i wielu innych. Zaskoczył go pokłon również od matki - Nox.
- Twe imie od teraz brzmi Thanatos. - Powiedział do niego cichym ale stanowczym głosem Zeus. Władca ich panteonu. Ich - greckich bogów. Mówił niby normalnie ale kazdy w wielkiej sali mógł go bez problemu usłyszeć. Wręczył mu do ręki kosę, czarną z fioletowym elementami. Rękojeść wyrzeźbiona była na wzór kręgosłupa oplecionego cieniutkim jakby wtopionym w niego łańcuchem. Głownia zaczynała się czaszką o złowrogim pustym spojrzeniu. Oczy błysnęły zielenią gdy wziął broń do ręki, tak samo jak kamień, w którym już niebawem miały się wić dusze zmarłych. Ostrze było zupełnie czarne i lśniące jak krew w świetle księżyca. Podobała mu się ale czuł ogromny niepokój. Stał się kimś, kogo zawsze potępiał...
"Od przeznaczenia nie ma ucieczki" - pomyślał. Pragnął aby to był sen. Tylko zły sen...
