Czy bolało, jak spadałaś z nieba?
Tak. Tak, bolało, Jamesie. Bolało, bo upadłam w twoje ramiona.
Zaczynało się tak niewinnie. Tak idealnie. Pierwsze spotkania, kino, kolacja, spacer. Zauważyłam w tobie parę wad, ale przecież nikt nie jest ideałem. A ja byłam zakochana. Tak głupio zakochana.
Na naszą pierwszą rocznicę zabrałeś mnie na weekend nad jezioro. Było pięknie. Mogłabym zostać tam na zawsze, ale wróciliśmy.
Pół roku później zamieszkaliśmy razem. Wtedy to się zaczęło.
Pamiętam, jak wróciłeś do domu. Byłeś pijany i wściekły. Zwolnili cię z pracy. Chciałam być dla ciebie oparciem, ale ty zrobiłeś ze mnie worek treningowy. Rzuciłeś się na mnie z pięściami, a ja mogłam jedynie spróbować się bronić, ale nawet tego nie umiałam zrobić. Upadłam, a ty po raz ostatni kopnąłeś mnie w klatkę piersiową i odszedłeś. Czułam, jak całe powietrze jest wysysane z moich płuc. Nie mogłam oddychać. Dusiłam się. A ty nawet nie przyszedłeś sprawdzić, czemu tak gwałtownie próbuję łykać powietrze i mi to nie wychodzi. Jakby moje płuca były zapadnięte. Jakbym ja sama się zapadła. Nawet gdy już zaczęłam ponownie wdychać powietrze, wciąż leżałam na podłodze, skulona. Czułam na policzku wilgoć moich łez. Miałam szeroko otwarte oczy, szczypały mnie od rozmazanego tuszu. Wtedy jeszcze nie dowierzałam, że mógłbyś mnie skrzywdzić. Przecież mnie kochałeś. A ja kochałam cię. Więc wstałam i podałam ci obiad, a potem zasnęliśmy razem w łóżku.
Czy powiedziałam o tym komuś?
Tak. Tak, powiedziałam. Ale moja mama tego nie rozumiała. Zrobiłaś coś źle, Victorio. Musiałaś zrobić coś źle. To twoja wina. Tak mi powiedziała, a ja jej uwierzyłam, w końcu ona wiedziała najlepiej i chciała dla mnie jak najlepiej. Straciłeś pracę, byłeś pijany. Zawładnęły tobą emocje. Na trzeźwo nigdy byś mi czegoś takiego nie zrobił, prawda? Prawda, James, ja wiem.
Następnego dnia kupiłeś mi kwiaty. Moje ulubione – słoneczniki. Cały duży bukiet. I mimo że nigdy nie powiedziałeś słowa „przepraszam", to ja ci wybaczyłam od razu. Słowa nie zawsze są potrzebne, przecież gesty też wyrażają uczucia. Prawda, James?
Czy to się powtórzyło?
Tak. Tak, wiele razy. Po pijaku, na trzeźwo, w domu, poza nim. Czasami kończyło się na paru siniakach, które łatwo było ukryć. Czasami brałam wolne w pracy, bo nie miałam siły wstać z łóżka albo z podłogi. Ale zawsze następnego dnia dawałeś mi te kwiaty. Te pieprzone słoneczniki. Chciało mi się wymiotować na ich widok.
Przeczytałam gdzieś, że żółty to kolor strachu. Czy tak właśnie było? Czy się bałam? Czy dawałeś mi je, żebym o tym pamiętała – o strachu? Nie bój się, James. Pamiętałam.
Zakrywanie siniaków wcale nie było taki trudne. Trudniejsze było zakrywanie tego, że się rozpadam. Każdego dnia i każdej godziny. Moje myśli krążyły tylko wokół ciebie, James. Czy dzisiaj będzie ten dzień? Czy znowu będę płakać poduszkę, zasypiając obok człowieka, który doprowadził do płaczu? Czy następnego dnia znowu przyjdziesz z bukietem? Czy mimo że miałam ochotę rozszarpać te słoneczniki, to wyrwę im wszystkie płatki i włożę do książek, żeby się ususzyły na nasz ślub? Czy nadal zostanie we mnie nadzieja, że się zmienisz? Czy nadal będę cię kochać?
Tak bardzo próbowałam wszystko polepszyć. Starałam się z całych sił, ale ty chyba po prostu polubiłeś bicie mnie. Czyż nie była to twoja ulubiona zabawa? Kiedyś pewnie robiłeś to w swoich grach komputerowych, ale na żywo jest fajniej, prawda?
Stwierdziłam, że też znajdę sobie zabawę. Może będzie krótka, ale jaka piękna...
Widzimy się za tydzień, Victoria.
Tak, szefie. Do zobaczenia za tydzień. Uwielbiałam tę pracę.
Będziesz na moich urodzinach w czwartek?
Tak, Sarah. Będę, nie mogłabym ich przegapić. Pozdrów dzieci.
Odwiedzisz mnie, jak wrócisz, skarbie?
Tak, mamo. Odwiedzę i opowiem wszystko. Obiecuję. A potem poczekam, aż znowu usłyszę, że to była moja wina. Ale tym razem będziesz miała rację.
Nie wiedziałeś, że wyjeżdżam. Spakowałam walizkę i po prostu wyszłam. Może powinnam była już to zrobić dawno temu. Dojechałam na lotnisko taksówką i wsiadłam samolotem, który miał mnie zawieźć do Paryża, miasta miłości. Śmieszne, prawda?
Wszystko było piękne. Uliczki, ludzie i nawet ja na zewnątrz wyglądałam pięknie. Szkoda, że nie mogłeś mnie zobaczyć. Może zmieniłbyś się. Może odnalazłbyś w sobie trochę miłości do mnie. Może... Nie, już dawno powinnam przestać sobie mówić, że mnie pokochasz.
Piękna na zewnątrz, rozbita w środku. Trzeba przecież zachować jakąś równowagę.
Czy jest jakiś inny sposób?
Nie, nie ma. A przynajmniej ja nie znałam innego, żeby się naprawić. Bo przecież jak rozsypię się do końca, to nie będzie już żadnego „ja". Zostaną tylko kawałki, które już nigdy nie będą całością. Udręki dobiegnie koniec.
Tak więc zwiedzałam całe miasto z uśmiechem. Kochałam każde nowo spróbowane danie i każdy zabytek, który zobaczyłam. Miałam w sobie chyba za dużo miłości. Ty też ją przyjmowałeś, ale nie dostawałam jej z powrotem. Przykre, Jamesie, że nie umiałeś mi się odwdzięczyć dobrem na dobro. Przykre, że wypełniało cię zło, którym musiałeś się z kimś podzielić. Przykre, że trafiło na mnie, bo gdy wlałeś zło do mojej miłości, zaczęło mnie rozrywać od środka. A ja nie mogłam już tego wytrzymać.
Ostatniego dnia tych wakacji ubrałam się w zwiewną, lawendową sukienkę. Zaliczyłam ostatnią porcję zwiedzania i wróciłam do hotelu. Długo jeszcze siedziałam w pokoju. Ale potem zaczęło padać, a ja przypomniałam sobie ten wieczór, w którym mnie poznałeś, w którym mnie złapałeś. Też był wtedy lipiec i też wtedy padało.
Kojarzysz ten cytat, Jamesie?
„Pewnego dnia ktoś przytuli Cię tak mocno, że wszystkie twoje rozbite kawałki zbiorą się do kupy".
Miałam nadzieję, że to będziesz ty. Ale ty postanowiłeś przytulić mnie tak mocno, że rozpadłam się jeszcze bardziej. Przytuliłeś, podeptałeś, zniszczyłeś.
Weszłam na dach. Widok na miasto zapierał dech w piersiach. A ja wiem, co to znaczy. Słońce właśnie zachodziło za horyzontem. Czyż nie było idealnie?
Krople skapywały na moje policzki, zastępując łzy. Dzisiaj nie płakałam, nie. Myślę, że wyczerpałeś już mój zapas. A poza tym, nie miałam powodu do płaczu. Bo dzisiaj jest ten szczęśliwy dzień. Ten, w którym nie będę już dłużej smutna, zrozpaczona. Ten, w którym w ogóle przestanę być.
Stanęłam na krawędzi i przypomniałam sobie chwile, które mnie do tego doprowadziły. Oczywiście nie pamiętałam wszystkich. Tyle ich było... Uśmiechnęłam się. Tyle wspomnień. Mam nadzieję, że mnie zapamiętasz. Zapamiętasz na długi czas.
Gdy wystawiłam jedną nogę poza dach i zaczęłam spadać, poczułam spokój. Tak, teraz było mi dobrze.
Czy bolało, jak spadłam z dachu?
Tak. Tak, bolało, jak cholera. Bolało, gdy połamały mi się kości, a żebra przebiły płuca i znowu nie mogłam oddychać, Ale nie bolało bardziej niż życie z tobą, James.
YOU ARE READING
o zachodzie słońca
Short Story"Nie jestem zrujnowana. Jam jest ruiną". "Ruina i rewolta", Leigh Bardugo
