Dochodziła 6pm a ja zaczynałam być coraz bardziej znudzona. 19 grudnia 1996 roku był wyjątkowo zimny nawet w Californi. W dodatku miałam przed sobą najnudniejszego kompana, jakiego mogłam sobie wyobrazić. Zgodziłam się na randkę tylko dlatego, że pomógł mi ogarnąć fizykę. Zawsze byłam kiepska z nauk ścisłych, a on był najlepszy w mojej grupie. Po prawie dwóch godzinach słuchania o potędze nauki, marzyłam, żeby wrócić do własnego mieszkania. Mama w końcu zgodziła się na to, żebym zamieszkała sama. Dostałam pozwolenie na rozsądne korzystanie z konta, na którym ojciec ulokował ogromną kwotę pieniędzy. Każdy większy wydatek musiałam konsultować z prawnikiem, który miał opiekować się moimi pieniędzmi do czasu ukończenia 18 lat, czyli jeszcze przez niecałe pół roku.
- Nie wezmę jej do spółki – usłyszałam za plecami lekko podniesiony głos – Nie będę ryzykował Pat.
- W takim razie potrzebujemy jeszcze jednej osoby – rzeczony Pat był całkiem spokojny.
Wszystko było bardziej interesujące niż mój towarzysz. Próbowałam ignorować jego niekończący się monolog, co było dosyć trudne. Miał bardzo irytujący głos.
- Ja, Jim, Jason i Doug... Kur*a. Znajdziemy kogoś... Pier*olone 27 tysięcy. Sam mógłbym je wyłożyć. Ale jeśli ona złoży papiery, będę musiał podzielić się tym co mam...
Próbowałam subtelnie zerknąć dla kogo wydanie 27 tysięcy dolarów jest niczym, ale było to naprawdę trudne. Że też musieli usiąść za mną.
-Słuchasz mnie? – Kevin lekko dotknął mojej dłoni próbując zwrócić na siebie uwagę. Skutecznie. Spojrzałam na niego niezadowolona. Że też nie mogłam poprosić o pomoc nikogo innego.
-Mógłbyś się przy... uciszyć – warknęłam, w ostatniej chwili zmieniając ostatnie słowo. Trochę kultury Mei. Kątem oka widziałam, jak próbował coś powiedzieć. Bezskutecznie.
-Jeśli kogoś znajdziemy, to wytwórnia może ruszyć na początku następnego roku.
-Byłoby ku*wa genialnie.
Ignorując oburzone spojrzenie mojego towarzysza, wzięłam głęboki oddech i w końcu się odwróciłam.
-Przepraszam, że przeszkadzam – zaczęłam beztrosko.
Mężczyźni spojrzeli na mnie niemniej zaskoczeni niż Kevin. Kto normalny, ubrany w czarną sukienkę w stylu vintage zagaduje dwóch nieznajomych facetów.
-Och – ciemnowłosy, dosyć młodo wyglądający facet, lekko się uśmiechnął – Dla kogo?
- Dla kogo? – zapytałam zaskoczona, nie za bardzo wiedząc o co mu chodzi – Dla kogo co?
-Co? – spojrzał na mnie zdezorientowany.
Okay. O co tu chodzi?
-W czymś możemy Pani pomóc? – drugi z mężczyzn uśmiechnął się sympatycznie.
-Millie - usłyszałam zza pleców. KEVIN.
-Słyszałam Waszą rozmowę – zaczęłam całkiem naturalnym tonem, jak gdyby podsłuchiwanie było czymś normalnym – I jeśli szukają Panowie kogoś do spółki, to... Jestem zainteresowana – skończyłam widząc kpiące spojrzenie jednego z nich.
-MILENE – Kevin nie odpuszczał nawet na chwilę. Co za wrzód.
-Kev. Idź sobie – powiedziałam przez ramię, nawet na niego nie spoglądając – Więc jak? – zwróciłam się do mężczyzn: rozbawionego i oniemiałego.
-Nie sądzę, żebyś miała aż tak duże kieszonkowe – ten rozbawiony nie krył jak bardzo poprawiłam mu humor.
-To bardzo miłe z Pani strony – jego towarzysz miał w sobie więcej kultury – Ale szukamy kogoś z konkretną ilością gotówki.
-I bardziej odpowiedzialnego – dodał ten drugi.
-Nie znacie mnie – stanęłam przy ich stoliku, kompletnie ignorując dalej tkwiącego na swoim miejscu Kevina. – Dysponuję gotówką, która jest Wam potrzebna. Mogę i CHCĘ zostać partnerką w biznesie.
Oboje siedzieli oniemiali. Sama byłam lekko zaskoczona swoją bezczelnością, ale czułam, że chcę coś zrobić z pieniędzmi, które zostawił mi ojciec. A przynajmniej z ich niewielką częścią.
-A co Ty wiesz o prowadzeniu wytwórni? – powoli zaczynał mnie denerwować ten ironiczny i protekcjonalny ton jednego z mężczyzn.
-Nie mniej niż PAN – powiedziałam twardo, próbując nie stracić wigoru, chociaż widziałam, jak zaczął się otwarcie śmiać z mojej wypowiedzi – Ja mam kasę, WY potrzebujecie partnera. Jakiś problem? – warknęłam ostrzej niż planowałam.
-Lubię ją – Pat pokiwał głową – Wydaje mi się, że....
-NAWET NIE ŻARTUJ – drugi przerwał mu, przybierając całkiem poważny wyraz twarzy – Nie potrzebujemy dzieci do niańczenia.
-Billie...
-Tak bardzo Cię boli, że jestem młodsza od Ciebie i w dodatku nie jestem facetem? – zapytałam z przekąsem. Widziałam jak spojrzał na mnie zaskoczony, co zignorowałam – Wykładam 30 tysięcy i macie problem z głowy.
Byłam pewna, że zrobiłam z siebie pośmiewisko. Sama nie wiem co mi strzeliło do głowy. Mężczyźni siedzieli w całkowitej ciszy patrząc na mnie jak na wariatkę. Powoli zaczynało mnie to irytować.
- Więc? – uniosłam brwi do góry w oczekiwaniu na JAKĄKOLWIEK odpowiedź. Kątem oka widziałam jak Kevin NARESZCIE rusza się z miejsca i ciągnie w kierunku wyjścia. Ma najlepsze stopnie, ale cholernie dużo czasu mu zajęło zrozumienie, że nic tu po nim.
- Proszę usiąść – Pat przesunął się na kanapie robiąc mi miejsce – Musimy omówić kilka rzeczy.
YOU ARE READING
Seesaw
Fanfiction-Ponieważ chłopcy zabrali najlepsze życzenia - odezwał się Billie - Pozostaje mi życzyć Ci dokładnie tego samego - spojrzałam na niego spokojnie, chociaż gdzieś w głębi wiedziałam, jak ogromną przyjemność sprawiłoby mi gdybym go zwyczajnie uderzyła...
