Szczęściarz

459 0 0
                                    

Otworzyłem oczy i spokojnym krokiem pomaszerowałem na swoje miejsce w towarzystwie dwóch innych osób, które usiadły obok. Po krótkiej chwili oczekiwania usłyszałem, jak ta siedząca na prawo ode mnie szepnęła mi na ucho „wstań", co też posłusznie zrobiłem, tak samo jak cała reszta obecnych na sali. Od razu zobaczyłem, dlaczego - przez drzwi weszła najważniejsza tutaj persona. Ubrana w długą, czarną szatę dostojnie podeszła do mikrofonu i powitała zebranych zwyczajową formułą. Po chwili nadeszła moja kolej. Wstałem ze swojego miejsca zacząłem mówić.

- Zapewne chcielibyście usłyszeć ode mnie słowa pocieszenia, bądź też to, co mam do powiedzenia na temat osoby, z powodu której się tutaj znajdujemy. Dlatego pozwólcie, że opowiem wam pewną historię.

Przyszedłem na ten świat w pewnej małej, górskiej miejscowości czerpiącej zyski głównie w zimie ze swoich stoków narciarskich. Urodziłem się chory, od urodzenia cierpiałem na słabą odporność, co w połączeniu z surowym górskim klimatem sprawiało, że większą część dzieciństwa spędziłem w domu. Mój ojciec zginął jeszcze przed moimi narodzinami, był drwalem i pewnego dnia miał wypadek - przygniótł go pień. Nie byliśmy zamożni, przez to moja matka, z zawodu krawcowa, musiała pracować nawet w święta, aby pieniędzy wystarczało na leki dla mnie i konieczne do życia rzeczy dla nas obojga. Z wielkim bólem musiała zostawiać mnie samego, lecz ja to rozumiałem. Jednak w przeciwieństwie do innych osób nienawidziłem świąt, w szczególności zaś Bożego Narodzenia. Co roku siedząc samotnie w niewielkim, pustym domu, obserwowałem przez okno moich sąsiadów zasiadających razem do wigilijnego stołu, śpiewających kolędy i jedzących pyszne potrawy, podczas gdy ja musiałem zadowolić się kilkoma odgrzewanymi daniami. Nienawidziłem wszystkich tych ludzi i jednocześnie zazdrościłem im ich szczęścia, a przynajmniej tak sądziłem do czasu, gdy spotkałem ją.

To było tego roku, w którym skończyłem jedenaście lat. Była wigilia, a ja tradycyjnie już siedziałem przy oknie i obserwowałem ludzi w sąsiedztwie. Padał śnieg, a na dworze było bardzo zimno. W pewnej chwili z domu naprzeciwko wyszła pewna dziewczyna. Tamtej zimnej, grudniowej nocy, gdy zobaczyłem tę niezwykłą, drobną osóbkę, zrozumiałem od razu, że się zakochałem. Nagle jej oczy skierowały się na mnie. Przez chwilę nasz wzrok się spotkał, po czym szybko schowałem głowę pod parapetem tak, aby nie było mnie widać. Moje serce waliło niczym młot, modliłem się o to, żeby dziewczyna nie zwróciła na mnie uwagi, gdy usłyszałem stukanie do drzwi. Szybko zarzuciłem na siebie ciepły sweter i otworzyłem je. Za nimi stała ta sama, najpiękniejsza na świecie osoba, którą jeszcze przed chwilą obserwowałem przez okno. Powiedziała, że zauważyła, że co roku jestem w święta sam, po czym zapytała mnie, czy w tym roku nie zechciałbym spędzić gwiazdki u niej. Nie byłem w stanie jej nic odpowiedzieć, zabrakło mi głosu. Do tej pory moja mama wstydziła się pytać sąsiadów, czy nie mógłbym być z nimi podczas Bożego Narodzenia, nie mogła mnie zabrać ze sobą do pracy, nie mieliśmy żadnych żyjących krewnych, a przynajmniej ich nie znaliśmy, więc byłem skazany na samotność. Do dziś pamiętam, jak stałem w tamtym momencie niczym słup soli z na wpół otwartymi ustami i musiałem chyba bardzo żałośnie wyglądać, bo dziewczyna po chwili uśmiechnęła się i wzięła mnie za rękę. Wciąż onieśmielony i chyba nie do końca świadomy tego, co robię, zamknąłem za sobą drzwi i poszedłem za nią prosto do jej domu. Tam zostałem przedstawiony całej rodzinie i zaproszony do świętowania. W ten jeden szczególny dzień, którego do tej pory nienawidziłem najbardziej ze wszystkich, wśród ludzi, którym do tej pory tak bardzo zazdrościłem, czułem się najszczęśliwszy na świecie. Jednak największym powodem mojego szczęścia była ta niewiele wyższa ode mnie, drobna blondynka o cudownym śmiechu. Tamtego wieczoru nie byłem nawet w stanie odwrócić od niej wzroku, wpatrywałem się w nią jak zaczarowany, wciąż nie będąc w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa. W końcu nadeszła pora dzielenia się opłatkiem i gdy razem stanęliśmy naprzeciwko siebie, ona odezwała się pierwsza. „Życzę ci, żebyś już nigdy nie był sam" - powiedziała z uśmiechem, zwracając się do mnie po imieniu i wyciągając w moją stronę swój opłatek. Wtedy ja, niezdolny do wydobycia z siebie głosu, ze łzami w oczach wziąłem jej skrawek i gdy ona brała mój, przełamałem się i powiedziałem na tyle cicho, żebyśmy usłyszeli to tylko my dwoje „kocham cię". Zaskoczona, uśmiechnęła się, zarumieniła i skierowała swój wzrok w podłogę, po czym pobiegła na górę, do swojego pokoju. Chwilę później, gdy doszło do rozdawania prezentów, zauważyłem, jak schodzi na dół i w rękach ma nieco niezdarnie zapakowany, niewielki prezent. Podeszła do mnie i go wręczyła, mówiąc: „Otwórz go dopiero, gdy będziesz sam". W tym samym momencie drzwi otworzyły się i weszła przez nie moja wyraźnie przestraszona matka. Na mój widok natychmiast się uspokoiła, powiedziała, że wróciła do domu i gdy mnie nie zobaczyła, zaczęła szukać, a teraz chce mnie zabrać. Pożegnałem się ze wszystkimi, zauważyłem, że nie ma wśród nich mojej ukochanej. Rodzice szukali jej i wołali, lecz nie mogli znaleźć. Kiedy już ze smutkiem zamknąłem za sobą drzwi wychodząc, usłyszałem jej głos i zobaczyłem, że wybiegła za mną na podwórko. Ze łzami w oczach podeszła do mnie, przytuliła, pocałowała w policzek i powiedziała: „Żegnaj". Poczułem wtedy, jak po jej ciepłej twarzy spływa łza. Po chwili odwróciła się i pobiegła do domu. W tamtej chwili jeszcze nie rozumiałem, co właśnie się stało, byłem jednocześnie szczęśliwy i zaskoczony. Stałem oszołomiony, kiedy przypomniałem sobie, że w ręku wciąż trzymam od niej prezent. Delikatnie go rozpakowałem i zobaczyłem niewielką kartkę, na której było napisane „Ja również cię kocham". To była najwspanialsza rzecz, jaką mogłem otrzymać.

Per aspera ad astraPrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz