Kamienne korytarze wypełniał ciężki odór wilgoci, pleśni i krwi.
Wizytówka każdej twierdzy.
Nie spieszyli się.
Posadzkę pokrywała gruba warstwa błota.
Jeden fałszywy krok i lądujesz tyłkiem w cuchnącej brei.
Woleli oszczędzić sobie tej przyjemności.
Zatrzymali się przy rozwidleniu korytarzy.
Gdzieś z daleka dochodził dudniący hałas regularnej bitwy.
Znajomy szczęk broni i głuche wybuchy.
- Mają maga? - Elf poprawił pas, podciągając kołczan trochę wyżej.
Musiał mieć swobodny dostęp do strzał.
Nie stać ich było na pomyłki.
Jak zwykle od nich zależał wynik rozgrywki.
Bez ciśnienia, jak mawiał dowódca.
- Może to zwykłe bomby. - Healerka wytarła spocone ręce w szkarłatną togę.
Była nowa, nic dziwnego, że miała stracha.
Każdy na początku ma.
Z czasem zastępuje go przyjemny dreszczyk ekscytacji.
Elf spojrzał na stojącego z przodu rycerza.
Ciekawe czy on się kiedyś bał.
Pewnie nie.
Pomyleńcy nigdy się nie boją.
- Co robimy? - Zapytał, zaciskając palce na gładkim drewnie łuku.
Rycerz gestem nakazał mu milczenie.
Ktoś się zbliżał.
Elf wyciągnął strzałę, ale ostudziło go kpiące spojrzenie.
Z półmroku wyłonił się młody chłopak.
Z trudem łapał oddech, z czoła spływał mu pot.
Oparł ręce na udach i zgiął się walcząc o oddech.
Ciemnozielony mundur uspokoił całą trójkę.
Znali chłopaka z widzenia.
Jeden z nowych żołnierzy.
- Wypchnęliśmy ich przed bramę główną. - Wysapał w końcu.
- Lewa wieża wolna? - Rycerz nie miał zamiaru marnować czasu na pogaduszki.
Chłopak skinął głową.
Elf rzucił spojrzenie na bladą healerkę.
- No to się pobawimy. - Posłał jej uroczy uśmiech.
Rycerz bez słowa ruszył lewym korytarzem.
Szybko trafili na schody.
Przynajmniej uwolnili się od cuchnącego błota.
Szli zachowując odstęp.
Rycerz wspinał się pierwszy.
Elf zostawił mu wystarczająco dużo wolnej przestrzeni na ewentualne manewry.
On sam nie potrzebował wiele miejsca, żeby naciągnąć łuk.
Jasne, przed misją próbowali mu wcisnąć kuszę.
Bo łatwiej manewrować w wąskich przejściach.
Gówno.
Spojrzał przez ramię upewniając się, że healerka nadal tam jest.
Zatrzymali się przy wyjściu na wieżę.
Rycerz pchnął drewnianą klapę i sprężystym skokiem wylądował na szczycie.
Elf przezornie poczekał.
Robili to wiele razy.
Słowa w takich przypadkach były zbędne.
Każdy wiedział, co ma robić.
Byli jak dobrze naoliwiona maszyna.
Nie marnowali ani sekundy.
Elf powstrzymał gestem dziewczynę, która zrobiła krok w stronę włazu, kiedy na górze rozległ się szczęk broni.
- Poradzi sobie.
I rzeczywiście, po chwili rycerz przywołał ich na górę.
Rześkie powietrze wypełniło ich płuca.
Z ulgą wzięli kilka głębszych oddechów.
Odgłosy bitwy przybrały na sile.
Jakakolwiek rozmowa nie miała sensu.
Musieliby krzyczeć.
Elf wychylił się lekko, lustrując sytuację na dole.
Masa kłębiących się żołnierzy.
Morze srebrno-błękitnych i ciemniozielonych mundurów.
Kłęby dymu.
Kilka płonących pagórków.
Więc jednak nie mają maga.
Bez trudu dostrzegli dowódcę.
W srebrno-błękitnej masie, wycinał sobie przejście w stronę zastępcy.
Oficer był w paskudnej sytuacji.
U jego boku tkwiła Piątka.
Byli ciasno otoczeni przez wroga.
Rycerz szturchnął elfa w bok.
Wskazał mu cel.
Poza zasięgiem.
Musieli czekać.
Czekanie, w takiej sytuacji, było najtrudniejszym zadaniem.
Widzieli wszystko jak na dłoni.
Padających żołnierzy.
Palące się ciała.
Ginących przyjaciół.
Dowódca spiął złotorudego gryfa i wzbił się w powietrze.
Widział ich.
Ale w tej chwili nie miało to żadnego znaczenia.
Musiał dostać się do zastępcy zanim będzie za późno.
Potężne pazury bez trudu zrobiły miejsce do lądowania.
Dwóch rycerzy z Piątki szybko się dołączyło.
Oficer nie tracił czasu.
Teraz mógł pobawić się bombami.
Powietrze wypełnił huk i smród palonych ciał.
Healerka odwróciła się ze wstrętem.
Czarne oczy elfa śledziły wrogiego dowódcę, który przebijał się w stronę sprawcy zamieszania.
Srebrno-błękitne wojsko zaczęło się cofać pod mur.
Na pagórku zrobiło się luźniej.
Teraz zastępca razem z dowódcą i Piątką ruszyli na przeciwnika.
Rycerz uśmiechnął się słysząc ich bojowy okrzyk.
Wrogi generał zbliżał się do wieży.
Z naprzeciwka napierała śmietanka ciemnozielonej armii.
- Zdejmij go. - Zimnie warknięcie rycerza przebiło się przez bitewny zgiełk.
Elf nałożył strzałę.
Widział go.
Wycelował.
Tuż obok gryfa wybuchła bomba.
Złotorude pióra stanęły w płomieniach.
Zwierzę wierzgnęło dziko, zrzucając z siebie jeźdźca.
Zastępca rzucił się w kierunku leżącego dowódcy.
Piątka zwarła szyk.
Porwała ich masa nacierających żołnierzy.
Gryf wleciał w bramę twierdzy, uderzając w jedno z jej skrzydeł.
Wrogi dowódca zniknął w tłumie kłębiącym się pod wieżą.
Rycerz zaklął.
- Nie miałem czystego strzału. - Powiedział zupełnie niepotrzebnie elf.
Spojrzenie jakim poczęstował go wojownik, odebrało mu chęć na dalsze tłumaczenia.
Dowódca szybko się pozbierał.
Jego ostrze cięło ze zdwojoną prędkością.
Był wściekły.
Może dlatego za późno się zorientował, że dał się ponieść.
Oficer został w tyle.
Wokół gęsto słały się trupy.
Miał go na wyciągnięcie miecza.
Wrogi dowódca stał wyprostowany.
W dłoni ściskał okrwawiony, dwuręczny miecz.
Elf wycelował.
Wróg uniósł ostrze.
Dowódcę zaatakował z prawej strony jeden z błękitno-srebrnych zadaniowców.
Bez trudu sparował cięcie, ale musiał obrócić się tyłem do wrogiego dowódcy.
Rycerz spojrzał na elfa, a potem skoczył.
Przecież czuł od początku.
Wiedział, że do tego dojdzie.
Wylądował ciężko na ziemi, osłaniając sobą dowódcę.
Masywny, dwuręczny miecz niemal wgniótł go w ziemię.
Dobrze.
Przejął impet wrogiego ataku i skoczył.
Nie musiał się wysilać.
Samo jego pojawienie wybiło przeciwnika z rytmu.
Zatopienie w nim ostrza nie przyniosło właściwie żadnej satysfakcji.
Donośny gong oznajmił koniec bitwy.
Wygrali.
Rycerz wytarł ostrze w pelerynę poległego.
Odwrócił się i stanął oko w oko z dowódcą.
W zielonych oczach płonęła wściekłość.
Po cuchnących korytarzach twierdzy, stajnia nie śmierdziała tak strasznie.
Jasne, że wolałby jak wszyscy wyciągnąć się w łaźni.
Ale widać nie dla psa kiełbasa.
Machnął widłami i kolejna porcja utytłanej ściółki wylądowała na wozie.
- Zaraz uczta, masz zamiar się pokazać? - Popatrzyła na niego z uśmiechem.
Odprężona gorącą kąpielą, zupełnie nie pamiętała strachu, który paraliżował ją w twierdzy.
- Nie wiem czy mogę. - Wzruszył ramionami, nie przerywając pracy.
- Jak to? Przecież jesteś bohaterem! No weź się nie wygłupiaj.
Czekoladowe oczy spojrzały na nią z rozbawieniem.
- Bohaterem. - Błysnął białymi i nienaturalnie ostrymi kłami.
Wyraźnie go rozbawiła.
Poczuła się nieswojo.
A przecież taka była prawda.
Gdyby wtedy nie skoczył, przegraliby.
Właściwie do tej pory nie zastanawiała się, jak to możliwe, że przeżył skok z takiej wysokości.
Mało tego, że po czymś takim, był jeszcze w stanie walczyć.
Powinien nie żyć.
Była w gildii od niedawna.
Właściwie to jej pierwsza akcja.
W dodatku w zespole Wybranych.
Nie chciała się wygłupić.
- Po bitwie nie zgłosiłeś się do namiotu, nie potrzebujesz leczenia? Po takim skoku? - Nie wytrzymała.
- Jak widać. - Więcej na nią nie spojrzał.
Jego ruchy były płynne i pozbawione wysiłku.
Może faktycznie wcale nie ucierpiał.
Nie będzie się przecież narzucać.
- To do zobaczenia. - Mruknęła, odwracając się na pięcie.
Nie odpowiedział.
Ze zdwojoną wściekłością zaatakował brudną ściółkę.
- Bohater. - Parsknął. - Rycerz herbu Końskie Łajno.
Po bitwie przeniosło ich do obozu.
Tradycyjnie ustawili się w kolejce do zielonego namiotu.
Każdy musiał przejść odprawę i kontrolę u uzdrowicieli.
Przy okazji dostawali punkty umiejętności i złoto, więc nikt nie narzekał.
Dowódca zamaszystym krokiem minął kolejkę.
Za nim, ociągając się, szedł rycerz.
Kilka osób obejrzało się za nimi.
Wielu wzniosło tradycyjny okrzyk.
Ale tym razem nie doczekali się odpowiedzi.
Obaj zniknęli w kwaterze głównej.
Dowódca poczekał aż rycerz przestąpi próg.
Trzasnął drzwiami.
Trochę za mocno.
Futryna zatrzeszczała ostrzegawczo.
Stanął przed rycerzem.
Skrzyżował ramiona na piersi.
Był wyższy o głowę i smuklejszy.
Ale to nie dlatego patrzył na rycerza z góry.
Był przed wszystkim dowódcą.
I wydał jasny rozkaz, który został zignorowany.
- Miałeś jedno zadanie. - Wycedził w końcu.
- Uratowałem ci dupę. - Zawarczał rycerz, patrząc mu prosto w oczy.
- Miałeś osłaniać Legglę. A teraz nasz najlepszy strzelec jest u uzdrowicieli!
Możesz mi to jakoś wyjaśnić?
- Nic mu nie groziło, ciebie mało nie zabili. Wybór był oczywisty.
- Jaki wybór? Dostałeś rozkaz.
Rycerz przymknął oczy.
- Zgodziłem się na twój łańcuch, Karasu, ale nie oczekuj, że będę stał z założonymi rękoma i patrzył jak giniesz.
- Kiedyś zginę właśnie dlatego, że jesteś zarozumiałym dupkiem.
- To weź mnie do Piątki.
- Nie. - Dowódca westchnął ciężko.
Przysiadł na brzegu okrągłego, drewnianego stołu.
Dopiero teraz zmęczenie bitwą dało o sobie znać.
Musi zgłosić się do namiotu.
Musi iść do łaźni.
Ale przede wszystkim, musi utemperować tego wariata, zanim będzie za późno.
Spojrzał na rycerza.
Nikt nie miał wątpliwości, że jest najlepszy.
A większość i tak nie znała nawet połowy faktów.
Karasu doskonale wiedział, że powinien wziąć go do Piątki.
Ale wtedy straciłby odział Wybranych.
Nikomu nie ufał tak jak Pieprzowi.
Potrzebował go.
Tylko, że ten idiota nie chciał tego zrozumieć.
- Posłuchaj... - Zaczął.
- Jeśli masz zamiar tłumaczyć mi, że w Wybranych jestem ci bardziej potrzebny, to sobie daruj. - Wszedł mu w słowo rycerz. - Znam tę gadkę na pamięć.
- Więc może wreszcie weźmiesz ją sobie do serca.
- Oczekujesz ode mnie, żeby życie Legglego będzie dla mnie więcej warte niż twoje...
- Bo jest, do jasnej cholery! Jestem dowódcą. Mam prawo do wskrzeszenia! Leggle nie.
Zrozum wreszcie, że to najlepszy strzelec w pobliskich Krainach.
Odpowiedziało mu drwiące spojrzenie.
- Skoro tak twierdzisz.
- Co chcesz powiedzieć?
- Nic. - Pieprz wzruszył ramionami.
Był zmęczony.
Chciał się wreszcie pozbyć tej zbroi.
- Karny tydzień w stajni. Nie dostaniesz bonusu od zwycięstwa.
Pieprz zacisnął szczęki, ale nie odezwał się.
- Za ignorowanie rozkazów należy ci się pręgierz i dobrze o tym wiesz.
Odpowiedziało mu milczenie.
Niech go szlag.
Zawsze tak było.
Karasu trochę podziwiał łatwość, z jaką Pieprz potrafił się od wszystkiego odciąć.
Znał go, wiedział, że go wkurzył.
Tyle lat, a on ciągle nie potrafił do niego dotrzeć.
- Idź już. Muszę zobaczyć co z Albertem, nieźle oberwał. - Odprowadził spojrzeniem, wychodzącego rycerza.
- I dzięki. Ale następnym razem, jeśli zignorujesz rozkaz, własnoręcznie cię zamorduję.
- Nie dasz rady. - Pieprz błysnął kłami w złośliwym uśmiechu.
- Dupek.
Postanowił nie iść do namiotu.
Skoro i tak nie dostanie bonusu, to te ochłapy za misje może sobie darować.
Z ulga zrzucił brudne ubranie i wsunął się do gorącej wody.
Westchnął z zadowoleniem.
Zanurkował.
Mógłby tu siedzieć całą noc.
Wcale nie chciało mu się iść na ucztę.
Powinien świętować.
Ale jakoś zupełnie nie miał nastroju.
Może trzeba było powiedzieć Karasu o tym, co odstawił Leggle.
Miał okazję i nie zdjął Gotara.
Nie dał rady.
Nie można mu ufać.
Usiadł opierając się plecami o zimne kamienie na brzegu basenu.
- Nie powiedziałeś mu.
Elf usiał obok, wsuwając nogi do wody.
- Nie jestem kablem. Ty powinieneś mu powiedzieć.
- Nie miałem czystego strzału.
Rycerz odwrócił się gwałtownie.
Złapał elfa za nogę i brutalnie wciągnął do basenu.
Zacisnął palce na jego smukłej szyi i przytrzymał pod wodą.
Najchętniej by go utopił.
Przez chwilę nawet bawiła go ta wizja.
Szkoda, że konsekwencje nie byłby już takie zabawne.
Puścił.
Elf wynurzył się, rozpaczliwe walcząc o oddech.
Pieprz posłał mu ironiczne spojrzenie.
- Jesteś niebieski.
- Nie jestem.
- Dzisiaj udowodniłeś coś innego.
- Nie miałem...
- Jeśli jeszcze raz mnie okłamiesz, to przysięgam, że następnym razem cię wystawię. - Zawarczał rycerz.
Leggle przełknął ślinę.
- Kiedy ja naprawdę nie jestem niebieski, tylko... - Zawahał się.
Uciekł spojrzeniem przed badawczym wzrokiem wojownika.
- Tobie ciągle na nim zależy. - Stwierdził Pieprz z mieszaniną obrzydzenia i współczucia.
Elf bezradnie pokiwał głową.
- Leggle, ty debilu, on cię sprzedał.
- Wiem, ale...
- Ale. Poważnie? Masz jeszcze jakieś ale, do skurwysyna, który sprzedał cię jak szmatę, żeby ratować złoto?
- Dla ciebie wszystko jest takie proste. - Westchnął łucznik, odgarniając z twarzy długie, czarne włosy.
Pieprz nie odpowiedział.
Wyciągnął się w wodzie.
- Miałem ci powiedzieć, że Karasu chce z nami pogadać po uczcie.
- A ja myślałem, że po prostu chciałeś mnie obejrzeć na golasa. - Rycerz chlusnął na elfa wodą.
- To też. - Łucznik pokazł mu język.
Uczta na dziedzińcu trwała w najlepsze, kiedy dołączyli do stołu.
- Za bohatera! - Wrzasnął Deryl z Piątki, kiedy Pieprz klapnął na ławie.
- Żeby mu się końskie gówno lekkim było! - Dodał Jasny, drugi miecz Piątki.
- Walcie się. - Poradził im uprzejmie rycerz.
- Te tarcza! Kolanka nie bolą po tej glebie? - Cała Piątka zarechotała.
Stuknęli się kuflami i oblali udany dowcip.
- W namiocie jest twoje złoto i punkty. - Powiedziała cicho healerka.
Jak ona właściwie miała na imię?
Pieprz pomyślał, że to i tak bez znaczenia.
Opróżnił kufel i poszukał wzrokiem jakiejś niedopieczonej sztuki mięsa.
Jak na złość wszystko było mocno przyrumienione.
Wepchnęła się bezczelnie obok niego.
Ogarnęła z twarzy złoty kosmyk i postawiła przed Pieprzem michę pełną krwistego mięsa.
- Jaką trucizną doprawiłaś? - Zmrużył oczy.
- Wyjątkowo paskudną. Wyżre ci wnętrzności. - Powiedziała wesoło.
Zupełnie nie przypominała tej wściekłej healerki z rana.
Tamta zwyzywała go od ostatnich świń i rzuciła glinianym kubkiem.
Bez słowa nadział jeden z kawałków i połknął ze smakiem.
Za takie żarcie mógł iść do twierdzy.
Róża napełniła mu kufel.
Spojrzał na nią podejrzliwie.
- Czego chcesz?
- Zabierz mnie na kolejną misję.
Prawie się udławił.
Odkaszlną, a ona zdzieliła go z rozmachem w plecy.
Nie pożałowała siły.
- Chciałem dziś rano, pamiętasz? Prawie wywaliłaś mnie przez okno.
- Przespałeś się ze mną, a potem wziąłeś na misję Sol! Sol, która nie potrafi porządnie zasklepić rany!
- Żartujesz? - Popatrzył na nią zaskoczony.
Kopnęła go pod stołem.
Skrzywił się.
- Wziąłem ją, bo szliśmy na magmowe wzgórza, a ona ma ochronę od ognia na wysokim poziomie.
- Trzeba było powiedzieć. - Syknęła Róża.
- Kiedy? Między wyzwiskami, czy może zaraz po tym, jak prawie oberwałem kubkiem?
- Myślałam, że mnie wykorzystałeś!
- Ja ciebie? To ty mnie wykorzystałaś i to kilka razy. - Błysnął kłami.
- Mogłeś zabrać mnie dzisiaj.
Nie odpowiedział.
Wymiótł do czysta zawartość miski i opróżnił kufel.
A potem z wyjątkowo złośliwym uśmiechem wskoczył na stół.
- To teraz rozkręcimy imprezę!
I zanim ktoś zdążył go powstrzymać, zaczął śpiewać.
Ci, którzy znali tę sztuczkę i nie byli dość pijani, zdążyli zatkać uszy.
Reszta wpadła.
Pieprz miał głos, który hipnotyzował.
Potrafił złapać w piosenkę.
A kiedy już to zrobił, zmieniał słuchaczy w marionetki.
Spora część biesiadników wstała jednocześnie od stołu.
Sztywnymi, niezgrabnymi ruchami puścili się w tany.
Pieprz obserwował z mściwą satysfakcją, jak Piątka obija się o siebie.
A potem wrzucił ich w sam środek, zagrabionej przez siebie, gnojówki.
Ze stołu ściągnął go Karasu.
- Cholerny demon. - Z trudem zachowywał powagę.
Pieprz bez protestu dał się zaciągnąć do kwatery.
Leggle poszedł za nimi.
- Upiłeś się. - Stwierdził dowódca popychając rycerza na krzesło.
- Chyba nie wystarczająco. O czym chciałeś rozmawiać? A i na następną misję wpisz mi Różę, bo mam zamiar...
- Zamknij się. - Parsknął elf.
- Pieprz, przestań sypiać z healerkami, to się źle skończy.
- Dobrze, skupcie się. - Dowódca klasnął.
Umilkli.
- Dzisiejsza bitwa przeniosła nas do kolejnego etapu.
Dostaliśmy maga.
Pieprz wyprostował się na krześle.
Elf zamrugał.
- Maga?
- Tak. Dostaliście boską mnie! - W progu stała mała blondyneczka w zwiewnej, zielonej sukience.
W ręku trzymała laskę z ciemnego drewna, na czubku której siedziała napuszona, granatowa sowa.
Pieprz otworzył i zamknął usta.
Dowódca uśmiechnął się szerzej.
- Muffinkowa czarodziejka. - Elf wytrzeszczył oczy na widok berecika, przypominającego ptysia posypanego cukrem pudrem.
- No, nie ma jak gorące powitanie. - Prychnęła.
- Ale jak? Przecież błękitni...
Karasu machnął ręką.
- Bonus. Złoto.
- Chcesz powiedzieć, że zaiwaniłeś mój bonus, żeby nająć tę dziewczynkę?
- Słuchaj, klocu jeden... - Czarodziejka uderzyła w ziemię laską.
Śpiąca sowa spadła na ziemię.
Ptak zamrugał nieprzytomnie, a potem zmienił się w wysokiego, chudego chłopaka.
Członkowie gildii Złotego Gryfa zaniemówili.
Druid otrzepał zieloną togę i poprawił wianek z bladoróżowych kwiatów.
- Znowu nie dajesz mi pospać. - Burknął. - Musisz tak machać tym kijem?
- To jakiś żart? - Pieprz wstał.
Leggle położył mu dłoń na ramieniu.
Rycerz strącił ją ze złością.
- Stary, to jest czarodziejka! Ptysiowy armagedon! Muffiny zagłady! - Machnął ręką na widok miny rycerza.
- Weźmiesz ją do Piątki? - Przeniósł spojrzenie na dowódcę.
- Co za zabawa beze mnie? - Do sali wszedł, a właściwie wtoczył się zastępca.
Zamarł na widok czarodziejki.
- Mamy maga! - Klasnął w dłonie.
- Zawsze wiedziałem, że elfy są upośledzone, ale po tobie spodziewałem się czegoś więcej. - Skrzywił się Pieprz.
- Zamknij się, siło nieczysta. - Poradził mu oficer, kłaniając się czarodziejce.
- Zaraz nieczysta... - Burknął obrażony Pieprz.
- Zabierasz ją do Piątki? - Zainteresował się Zastępca. - Oddasz mi kogoś?
Czarodziejka chrząknęła.
- Ja tu jestem...
- A nie widać. - Prychnął rycerz i zarobił potężnego kopa w piszczel.
Dowódca zachichotał.
- Przydzielę cię do Wybranych.- Zwrócił się do dziewczyny.
- Brzmi nieźle.
- Mowy nie ma! - Pieprz zerwał się z krzesła.
- A co cię to obchodzi? - Czarodziejka stuknęła laską.
Druid się skrzywił.
Dyskretnie odsunął się pod okno.
Na parapecie stał słoik z ciastkami.
I tak nikt na niego nie patrzył.
- Pieprz, przecież to czarodziejka.
- Nie będę nastawiał za nią karku! Chcesz się mnie pozbyć, to po prostu powiedz!
- Nie mam zamiaru z nim pracować!
Karasu przejechał dłonią po twarzy.
- Gorzałki? - Oficer wyciągnął w jego stronę dzbanek.
VOCÊ ESTÁ LENDO
Onlajny
FantasiaPozycja pełna świrów, demonów i innych armagedonów. Każdy znajdzie coś dla siebie. Są walki, misje i żelki. Czytanie na własną odpowiedzialność ^^
