- Isabella- zawołał mnie mój brat.
- Już idę!- od krzyknęłam i ostatni raz spojrzałam w lustro.
Miałam na sobie czerwoną, balową suknię do ziemi. Gdzie nie gdzie przez tiul przeplatały się złote nici oraz zdobienia. Rękawki gładko przylegały do rąk, a dekolt odsłaniał obojczyki i niewielką część ramion. Delikatny makijaż nie przyćmiewał mojej naturalnej urody, lecz usta pomalowane czerwoną pomadką przyciągały uwagę. Poprawiłam ostatni raz blond włosy, spadające kaskadami na plecy, następnie wyszłam z pokoju. Ostrożnie schodziłam po schodach, aby szpilkami nie przydeptać materiału sukni. Spojrzałam na osobę stojącą obok drzwi wejściowych. Mój ukochany braciszek prezentował się wspaniale w idealnie skrojonym granatowym garniturze, uśmiechnął się do mnie szeroko i podał ramię.
- Rodzice już pojechali- powiedział wychodząc z budynku.- Nie uważasz, że byłoby wspaniale, gdybyśmy spotkali swoje drugie połówki na tym balu?
- Może spotkamy, może nie- podeszliśmy do czarnego samochodu- Nie ma co robić sobie nadziei.
- Przy tobie nie da się marzyć- mruknął otwierając drzwi pojazdu.- Jak twój mate z tobą wytrzyma?
- Nie twoja sprawa- warknełam i usiadłam wygodnie na siedzeniu.
Po chwili wjechaliśmy w ciemny las, który nie napawał mnie strachem. Wychowałam się w nim, spędziłam dotychczasowe życie stroniąc od zwykłych ludzi. Wilkołaki, czyli podobni do mnie, uważają ich za gorszych, poniekąd tacy są. Zwykli śmiertelnicy, uważający się za niewiadomo kogo, a tak naprawdę są nikim.
Nawet nie zauważyłam, kiedy dojechaliśmy do sporej wielkości dworku, w którym odbywa się bal. Wyszłam z auta zanim brat pokazał, że jest dżentelmen. Biały, duży budynek, w niektórych miejscach pokrywał intensywnie zielony bluszcz. Niewiele światła dawały lampy naftowe stojące blisko marmurowych schodów. Wokół stały samochody różnych marek i kolorów. W kilku miejscach można zauważyć mężczyzn w garniturach oraz kobiety w strojnych sukniach. Skierowałam się w stronę wejścia, po chwili dołączył do mnie Aaron. Przy sporych rozmiarów, drewnianych drzwiach stali dwaj ochroniarze, bety. Zazwyczaj wszystkich chronią przed atakami gammy i delty, ale kiedy w jednym budynku są w większości alfy i ich rodziny te obowiązki przechodzą na lepszych członków watach. Mężczyźni skinęli głowami okazując nam szacunek. Od razu po wejściu do środka ruszyliśmy na salę, wydobywała się z tamtąd cicha muzyka oraz gwar rozmów. Zaraz, gdy przeszliśmy próg zielonooki szatyn gdzieś zniknął. Sala z białymi ścianami, a także ciemnymi, drewnianymi podłogami, z sufitów zwisały zdobione, złote żyrandole. Po obu stronach były ogromne okna, a pod nimi okrągłe stoły. Na nich znajdowała się droga zastawa, plakietki z nazwiskami, czerwone róże w wysokich, szklanych wazonach. Z mojej lewej, podwyższenie, a za nim muzycy, z ich instrumentów wydobywała się spokojna muzyka. Podeszłam do stolika, zauważyłam na nim plakietki z moim imieniem i nazwiskiem oraz moich rodziców, brata. Niestety nikogo przy nim nie było. Rozglądnąłam się jeszcze raz po sali, wzrokiem odnalazłam Aarona, oczywiście był ze swoimi znajomymi, szkoda, że ja nie mam nikogo oprócz jednego przyjaciela. Podeszłam do nich, przecież nie będę sama stać.
- Ile razy mam ci powtarzać, żebyś tego nie robiła?- krzyknął szatyn, chyba go przestraszyłam.
- Ja nic nie zrobiłam- uśmiechnęłam się uroczo do jego kumpli.- Nudzi mi się...
- To idź się zakręcić wokół jakiegoś kolesia, Bello- zwrócił się do mnie jeden z nich, nie pamiętam jak ma na imię. W ogóle nie pamiętam imienia żadnego z nich, mniejsza z tym.
- Jeszcze nie zauważyłam żadnego godnego uwagi. Chociaż... Tamten- głową dyskretnie wskazałam bruneta stojącego przy ścianie, były przy nim jakieś dwie laski- Wydaje się spoko.
- Powodzenia!- krzyknęli prawie równocześnie i zagłębili się w rozmowę o wyglądzie jakiejś kobiety. Nie słuchając ich dłużej ruszyłam do mojej 'ofiary'. Zdarza mi się podrywać jakiś facetów, robić im nadzieję, a następnie znikać. Nie wiem co mają w głowach, chyba to wiadome, że czekam na mojego mate i tylko z nim będę.
- Cześć, przystojniaku- odezwałam się do bruneta stając przed nim, starałam ignorować się zapach lasu i kawy, który drażnił mój nos. Mężczyzna spojrzał w moje oczy, a ja w jego, koloru czekolady, po chwili zmieniły kolor na wiśniowy. Znalazłam mate.
- Moja.
Obróciłam się na pięcie, zdąrzyłam zrobić tylko dwa kroki zanim zostałam porwana w silne, męskie ramiona. Mój mate wciskał mnie mocno w swoją klatkę piersiową, wtuliłam się w niego, wdychałam ten cudowny zapach.
- Mój skarbek. Moje kochanie. Moja piękna- szeptał mi do ucha czułe słówka.
- Chodźmy na zewnątrz, porozmawiamy w ciszy- zaproponowałam, starałam się od niego trochę odsunąć co nie do końca mi wyszło. Nagle poczułam, że coś odrywa mnie od podłogi- Co ty robisz?!
- Wychodzę z sali- posłał mi szeroki uśmiech. Schowałam twarz w zagłębieniu jego szyi i pozwoliłam nieść. Właściwie to on nawet nie pytał o pozwolenie, czy przy tylu ludziach może to zrobić. Faceci zrobią co im pasuje, pomimo, że nie zawsze jest to dobre rozwiązanie.
***
Bal skończył się niedawno, jadę właśnie do mojego domu, aby zabrać swoje rzeczy. Mój mate zadecydował o przeprowadzce do niego, a nawet mi się nie przedstawił!
~ Zapytaj się jak ma na imię nasz ukochany- odezwała się moja wilczyca. Czasem potrafi być irytująca, a czasem całkiem pomocna.
- Skarbie...- odezwałam się cicho. Siedzę u niego na kolanach z tył samochodu, pojazdem kieruje jakiś chłopak, pewnie to jego brat bo można zauważyć podobieństwo między nimi.- Jak masz na imię?
- Nataniel. Nataniel Smith. A ty kochanie?
- Isabell Collins.
- Jesteś córką alfy watahy "czerwonego księżyca"?- zadał pytanie kierowca.- Ja jestem Christian, brat tego idioty.
- Tak, jestem jego córką.
YOU ARE READING
Magiczna Wilczyca
WerewolfIch życie wydaje się idealne. Poznają się, zakochują w sobie, łączy ich więź mate... Ale czy na pewno będą szczęśliwi? Czy los im na to pozwoli? O losach Izabell i Nataniel'a dowiecie się czytając tą książkę, zapraszam! :D
